POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Jan Stanisław Kiczor » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2011 r.
Zamknięty przez: Leszek Wlazło
2018-02-18, 20:01
Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2011 r.
Autor Wiadomość
Leszek Wlazło 


Wiek: 64
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 18822
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2018-02-18, 20:00   Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2011 r.

Sen świąteczny (mimowolny).

Wyśniłem dań dwanaście na misach złocistych,
Rozbarwioną w półświatłach choinkową ckliwość,
Z wzajemnej życzliwości dźwięk kolędy czysty;
Krótko mówiąc - wyśniłem wigilię szczęśliwą.

Wszystkim było do siebie kawałeczek bliżej,
O strzęp zwykłej nadziei, o okruch opłatka,
O szepty tkanych z własnej codzienności - życzeń,
I wspomnień sznurowanych w pożółkłych okładkach.

A wyśniłem ten wieczór nie całkiem daremnie
W kolorach przebudzenia o wzorze nietrwałym,
Lśni bardziej wyobraźnia, choć w pokoju ciemniej,
A bombki matowiejąc jakby nie istniały.

Wolne miejsca zajęte. Lecz ja mam herbatę,
Trochę sianka, jedlinę i mały opłatek…


Artysta

Każdy się składa z własnych krajobrazów
Których szczeliny wypełniają myśli,
Gdzie promień światła rysy peryklazu,
W czysto formalnych szeregach uściślił.

W skrajnej percepcji, natłokiem skojarzeń,
Budując wizje samolubnych natręctw,
Czernią nasyca dekadenckie twarze,
I szepcze tylko sobie znaną mantrę.

Czyjś gest, spojrzenie na kruchość płaszczyzny,
Pnączem owija czas oczekiwania,
Cienie się gubią w zaułkach przeciwnych
A sukces błądzi po wielu rozstajach.

Treść spopielała, naga, autentyczna,
Tkwi w ułomnościach, pęknięciach i bliznach.


Rozstanie

A kiedy się zdarzają rzeczy ostateczne,
Nikt nie gładzi powierzchni, nie szlifuje kantów.
Przekraczając bariery pamięci koniecznej,
W powtórzeniach buduje życiodajne pantum.

Zupełnie niepotrzebnie mieszkasz w moich myślach,
Jakby brakło na świecie cieplejszego locum,
Gdy pogasły przedświty, które rozum wyśmiał
I niczego już dojrzeć nie można w półmroku.

Jak zawsze słów za mało na chęć zrozumienia,
Nie ostoi się ciszą pisane przymierze.
Skreśla wersy realizm w dawnych założeniach
Na miarę własnych potrzeb i nowych spostrzeżeń.

Zgaszę światła i okna niechęcią zacienię;
Zapatrzone w nic oczy, nie grzeszą widzeniem.


Nie śpi spokojnie duch przeklęty.

Zamknięty w klatce niedosłyszeń
Buduję własną wersję zdarzeń
I na szkieletach białych myszek,
O promień kłócę się z witrażem.

Z jakiejś potrzeby potwierdzenia,
Wyciągam chciwie rdzawe palce,
Sznurując okrzyk w światłocieniach,
Trzymam odpowiedź – chleb z zakalcem.

Nie było nocy, nie ma świtu,
Ból ulokował się w pościeli
A nowe wersje starych mitów
Każą zdjąć z siebie płaszcz nadziei.

Niedoświetlone fotografie
Ułomnie kreślą linię dachów,
Zabrakło kiedyś celnych trafień,
Usypiam w łóżku pełnym strachu.


We mgle

Na nieopatrzne strzępki słowa
Echo zarzuca swoje sidła,
Treści nie można nigdzie schować,
Sens się rozciąga na prawidłach.

Płyną nadwyżki słów niechcianych,
Wzdłuż amplitudy spraw i losów;
Rozum nadmiernie uwikłany
Nie chce swojego słyszeć głosu.

Coś się wydarza tu i teraz,
Złuda się może nocą wyśnić,
Zginęły asy w pikach, kierach
A z blotek nie ma nikt korzyści.

W przestrzeni rosną jakieś ściany,
Wilgoć, opary. Nic przede mną.
I tańczy bełkot spraw pijanych
I coraz szybciej kwiaty więdną.


Zachmurzenie

Nie było czasów bardzo złych, lecz dobrych czasów też nie było,
Apokalipsa wciąż się tli i coraz większy w murze wyłom.
Przekleństwo jakby dłużej trwa, w chóralne śpiewy fałsz się wkrada
Od rana skrzypią stare drzwi i kot się szlaja po sąsiadach.

Taką nijakość trzeba przejść – brak jest obżarstwa, brak też postu,
Można zbudować każdy dzień, choćby z suszonych wodorostów.
Kwitnie magnolia, a ja znów zamiast radości - czuję grozę.
Bo przewiduję, że już dziś kwiatami zajmie się przymrozek.

W nierozproszonym świetle lamp widzę płonący krzew dyptamu,
Nawiedził mnie samotny scynk i porywisty objął samum.
Kieszenie pełne ziaren snów, specjalnie nic się nie zmieniło;
Zakwitł spokojnie biały bez, a głupi mówił że to miłość.


Ranek na szlaku bieszczadzkim

Kurczowo uczepiony do źdźbła wiotkiej trawy
W pożółkłość zwiędłych jaskrów wpatrzony boleśnie,
Zasłyszeniem tęczowym rozbarwił się pawik,
Nie wiedząc czy coś odkrył, czy był tu już wcześniej.

W głębiach ciemnozielonych, gdzie ostoja żubra,
Przecieram twarz na szlaku z pomiętej wilgoci,
Lis przemyka, swój nowy prezentując kubrak,
Ostrożeń pełen kropli, jakby się zapocił.

Przy ścieżce, nad potokiem, jędrność lulecznicy
Wabi wszelkie owady pachnącą nadzieją,
Opar wzniósł własne kształty pół zjaw bladolicych
I opadł sił ostatkiem bezgłośnie się śmiejąc.

Jeszcze zwinna jaszczurka pod kamień się wciska,
Odpocznę. Nikt nie czeka na mnie w Lutowiskach.


Z bacówki "Pod Małą Rawką"

Pamięci Jerzego Harasymowicza (1933-1999)


Z widoków na Caryńską
W pokoiku na piętrze
Jerzy Harasymowicz
Jeszcze dziś pisze wiersze:

O kamieniu gładzonym przez potok Wetliny,
Lecz wcześniej wyszczerbionym od czarcich uścisków
I o rannym spojrzeniu, w dal na połoniny
I o ciszy wieczornej tuż po rykowisku.

Nie pogubi obrazów
Choć po grzbietach zmierzch idzie,
Można na tym pięterku
Niewidzialne - też widzieć.

Jąkając się słowami które spadły nagle;
Wąchać mdłe wilczomlecze, złocieniom być bratem,
Pod Honem echo pieśni odnaleźć pradawnej,
Lub po prostu przemierzać szlak na Wołosate.

Został z ciała kurz rudy

Zapach mchu na sandałach
I na Wyżniej Przełęczy
Grób, nie grób, pamięć, brama.



"...został z ciała kurz rudy..." cytat z wiersza J.Harasymowicza "Buki stare, brodate
"


W polach

Świątkowi nie jest wszystko jedno,
Gdy tkwi w kapliczce, na rozstaju,
Gdzie kwiaty wcale nie chcą więdnąć,
A ludzie szczerzej - przeżegnają.

Brak tu kadzidła i ornatu
Nie brzmi pochwała w wielu pieśniach,
Lecz bliżej stąd do ludzkich światów
I piękniej o nim pisze Leśmian.

W archikatedrze łąk i lasów
Częściej się ludzie w modłach gubią
Jakby też mieli więcej czasu;
Tak dużo mówią – nic nie mówiąc.


Na zawsze

Zostań. Dom zbudujemy, w którym każde echo
Wróci do nas z wędrówki po zbadanych kątach,
Jaskółka własne gniazdo ulepi pod strzechą
Na szczęście pająk w sieci będzie nam się krzątał.

Sympatycznym kolorem – antykwą, gotykiem
Wypiszemy na ścianach wszystkie za i przeciw,
W ogrodzie urządzimy wzorzyste kwietniki.
I lampę zapalimy. Niech po prostu świeci.

Spójrz pod światło. Zobaczysz wszystkie pory roku,
Zachwyty lub grymasy – zwykłe marudzenie,
Czyżyka co się zgubił w liczeniu podskoków
I ze zbóż upleciony dożynkowy wieniec.

Na przęślicy już zwisa tegoroczna kądziel,
W zaroślach rosną głosy. Śmiech całkiem pobłądził.


Coraz bliżej zmierzchu

Z nadmiaru własnych rzeczy wyszukuję wszystkich
Którzy nie chcą powietrza. Wystarczy im kamień.
Rozpoznane są straty, podliczone zyski,
Tylko czasem coś chłodem szarpie moje ramię.

Mijam się sam ze sobą, potykam o siebie,
Zatrzymuję na kształtach które nic nie znaczą,
Lub od słowa do słowa usiłuję przebiec
A one drżą po kątach, bojąc się i płacząc.

Oprowadzam wspomnienia po własnej pamięci,
Zapomniane zaułki porośnięte kurzem,
Jakiś strzęp się ożywił, lecz inny uśmiercił,
I tylko wciąż wędrówka jakby trwała dłużej.

Powiększam pod soczewką co jest i co było;
Pęka mur i z dnia na dzień, coraz większy wyłom.


Terra, ubi leones

Mijają mnie galerie woskowych półtwarzy
Uśmiechniętych retuszem firmowej dobroci,
Horoskop nie rozpozna zwykłych, szarych zdarzeń,
Choć bieg potargał włosy i czoło zapocił.

Chłód wokoło i wróżba nie całkiem dosłowna,
Przemyka się szukając własnego znaczenia
Umysł jeszcze wszystkiego nie miał i nie doznał
A kolejne szczegóły tkwią w niedomówieniach.

Wtopione w przezroczystość znajomej wszechrzeczy,
Końce sznura już wiążą samoistną pętlę,
Jakbym albo się zgadzał, albo sobie przeczył,
Gdy całość zanurzona w przepowiedni mętnej.

Rozsypują się karty, a w zieleniach spranych,
Na konarach samotne kołyszą się liany.


In posse

Do wolnej myśli przypełza niepokój,
Pnie się wątpliwość wzorem powojnika,
Z ksiąg wyczytanych coraz więcej mroku,
Prawda w obrońcach, prawda w napastnikach.

Mówili: Jesteś – obracając ściany,
W przewidywanym jedynie kierunku,
A w dekoracjach misternie dobranych,
Pysznił się w złoto oprawny karbunkuł.

Mówili: Nie ma – pustosząc blask nawy,
Ubrani w troskę o nowe umysły:
Z przesądów ma być światopogląd sprany,
Gdy się buduje fundament lat przyszłych.


Ja nic nie mówię. Ni za tych, ni za tych,
Powojnik kwitnie. Widzę tylko kwiaty.


Nudis verbis

A senna mnie trapiła mara,
Choć nie dośniona do ostatka;
Szły ulicami smoki w parach
Wyhaftowane na makatkach.

Poniosły protest w okolice
Po kordonkowej całej ziemi
Że mimo różnych w krąg zachwyceń,
Jest coraz mniej nadobnych dziewic.

Z tym faktem trudno się dziś kłócić
Dla wielu jest to oczywistość:
Lecz jak się ustrzec smoczej chuci?...
Coś mnie zbudziło. Ot i wszystko.

***

I zauważam – o, cholera
(ta myśl dobiega z głębi mrocznej),
Skąd się tych dziewic ma „nazbierać”,
Gdy wokół smoki tak żarłoczne?


Locus

Tkwi bezbronność w opuszczonych murach
Choć okryta
Peleryną dachów,
W tynki wżera się obca struktura,
Na podłogach
Wykładzina z piachu.

W pustym oknie jeszcze nefrolepis
Trzyma zieleń
Przydatną – nikomu,
Tylko ślimak się trochę pokrzepi.
Za daleko
Do innych jest domów.

Dzikie bluszcze wczepione do ściany
Strach maskują
Całkiem niepotrzebnie.
Spośród rzeczy, tak kiedyś mi znanych
Wziąłem pamięć.
Zamieszka już we mnie.


Metamorfozy

A bywa tak i bywa gdzieś
Gdy już wszystkiego dosyć,
Że się błagalny słyszy głos
Lecz nie chce nikt pomocy.

Przez zakrzyczane własne dni
Ożywa każda zmora
I zawsze kiedy coś nas mdli,
To jutro jest jak wczoraj.

Znów szepczą kroki w późnych snach
Rozgardiasz w korytarzach,
Zbadają każde DNA
Żeby się nie powtarzać.

I zimną wodą każdy chrzest,
Przechodzi przez milczenie
I nie wie nikt, kto jeszcze jest,
A kto pozostał cieniem.


Zmęczenie

Cokolwiek zdarzyć się miało
Już się zdarzyło na świecie
Jeden chce prawdę znać całą
Drugiemu wystarczy „przeciek”.

Nie rozpoznałem się wczoraj
Zostanę obcym na jutro.
Niedokończony brzmi chorał
Tonacją cichą i smutną.

Flagi na wietrze łopoczą
W świetlistość wabi przystanek
A ja tam nie chcę: Bo po co?
W nieświadomości zostanę.

Zamknąłem limit nadziei;
Na wszelkie prawdy nie pora,
Pomarzę w słotnej pościeli
O tym, co zdarzy się - wczoraj.

I zjawa ciągle ta sama;
Zamknięte furtki i bramy,
Bo przecież - po cóż tu kłamać:
Uciekam, przed sobą samym.


Kupalnocka

To jest noc; gdy się człowiek z bóstwami nie spiera
Chcąc się wspólnie radością i śpiewem dopieścić,
Uczucia rozbrzmiewają w leśnych pakamerach,
A bajarze znów snują starodawne treści.

W ogniskach aromatem przyciągają zioła,
Przeplatają się wróżby z tańca korowodem,
Młodzieniec w bystrym nurcie chwycić wianek zdołał
Który właśnie wybranka puściła na wodę.

Zaś las, tonący w strzygach i innych mamidłach,
Który nadmiarem strachu wszystkie mchy zapocił,
Przeprowadzi bezpiecznie przez własne straszydła
I pozwoli dosięgnąć kwitnącej paproci.


Życiorys

Kto raz w podróż wyruszył
Już się nie zatrzyma
( B. Leśmian)

W starym ogrodzie czas się skrył,
Wszystko jak dawniej – pozostało,
Pod którąś gruszą tylko my,
Poznawaliśmy doskonałość.
I szelest liści nocą trwał,
Szepcząc zachętę śmielszych gestów
A cały sad dostojnie spał
I nic nie było, prócz szelestu.

***

Śpiewali ludzie czarny song,
Ktoś grudą ziemi w głębię rzuci
I cisza była, żaden pąk
Nie zwiądł, czy choćby się zasmucił.
A ból rozrastał się i trwał
Wplątany w śpiew zaocznych chórów.
Zbyteczną była zwykła łza,
I nic nie było, oprócz bólu.

***

Laska niemrawo w ręku drży
Wyblakła zieleń już z trawników
I tylko czasem, raz czy trzy,
Zdarza się potknąć na chodniku.
Niemocy ciała ruch i skręt…
Śmiechem się zaniósł jakiś dzieciuch
Za nim, ulicy każdy metr…
I nic już nie ma.

***

Oprócz śmiechu.


O świtaniu w Komańczy

Ranek przemył swój zielony ikonostas
Z oczeretów kadzidlane pali ziele,
Po obrzeżach rozpisana ludzka glosa,
Defiluje pośród własnych niedowcieleń.

Ukorzony, kto w niełaskę wcześniej popadł,
Kamień rosą, w mchy opadłą, się zapocił,
Pojaśniały uchylone carskie wrota
Światłem z ciepła domieszanym do wilgoci.

Z kopuł promień własne świece pozapalał
Cichej jutrzni okolica jest już pełna,
Potokami, bujną gęstwą, po oddalach,
Płyną dźwięki spośród lasu – a cappella.


Z podróży

Otoczyłem się czasem sprzeczności, powtórzeń,
Ujrzawszy nad Jordanem rozgwieżdżone niebo,
A nie słyszałem przecież kazania na Górze,
I nigdy nie stąpałem po brukach Hesebon.

Kapłani rozrzucali wokół wiązki strachu,
Ktoś się krzyknąć - Hosanna, niebacznie ośmielił
Zagubiony w przeszłości od piwnic do dachów,
Utrudzony wędrowiec spoczął wśród skamielin.

Sens, jak ryba na piasku nakreślona, zastygł,
Jakby własnej idei myśli sprzeniewierzał,
Jeszcze czasem dobiega słowo eklezjasty,
Na stole chleb i wino. Ostatnia wieczerza.

W zadeptanej ulicy ślad błądził, zanikał,
Gwar się z wolna w pieśń smutną przeobrażał, zmieniał,
Jeden psalm a w tak wielu utkwiony muzykach,
Biegł przez zaułki miasta i ginął w półcieniach.

Wędrując dojrzewałem do następnej chwili,
Odciski własnych śladów utrwalały pamięć,
I tylko gaj za miastem ciszą się pochylił
Gdy przy wejściu do Groty odsuwałem kamień.


Motyle

Listy dawno spoczęły w szufladzie
Zapomniane szczegóły adresu
I tęsknota już jakby jest rzadziej
I wspomnienie wieczornych karesów.

Tylko tyle, a wciąż niezwyczajnie,
Gdy się pamięć bez szmerów porusza,
By została i nie mogła zmarnieć,
Spływa cieniem modraszek argusa.

Z czułym lotem mgielnego kraśnika
Noc omamów rozpięta nad łóżkiem
W kącie pawik przygrywa na smykach,
Coś się skrada pod senną poduszkę.

Czas zawartość szuflady dopieścił,
Wypływają tęsknoty zbyt wolno,
Zapomniane, pożółkłe już treści,
Czyta na głos niepylak apollo.


Nadzieja

Czasami trzeba umrzeć, żeby żyć od nowa,
Zgubić się w niepamięci, by zachować pamięć,
Sensów skrytych poszukać w nieznanych parowach,
Nową barwą rozpocząć na starym blejtramie.

Komuś zmierzchy potrzebne, innemu dnia świty,
Przy drzwiach pozamykanych zaczyna się bezsens,
Nie boli opuchlizna ze szlaków przebytych,
Dzwonami wyznaczona ostatnia już przestrzeń.

Odchodzę pełen winy z własnych niedokonań,
Rozgrzeszenie utkwiło w heblowanych deskach,
Jeszcze rżenie ostatnie drewnianego konia,
Jeszcze kropla ze smoły, dachu czarna łezka.

A myśli się okryły szczelnie w swoich zbrojach;
Gdy się znajdzie odkrywca, ożywa i Troja.


Niewypowiedziane

I było wciąż tak samo, ale jakby gęściej,
Marzeniami handlował napotkany kloszard,
Lawazzą czarną ciepłe pachniało śródmieście,
W nastroju przeniesionym z reprodukcji Boscha.

Na znudzonych straganach relikty pop-artu,
Cień biegnący po ścianach nie był twoim cieniem
Pusto pod parasolem w kawiarni „Bez Kantów”,
W gwarze cisza się gubi, choć wokół milczenie.

I nic nie wiem. Odeszłaś. A byłaś tu jeszcze,
Gdy lato dojrzewało wystrojem balkonów.
Została tylko tobą nasycona przestrzeń,
Myśli - których wyjawić nie można nikomu.

Przemierzam więc zaułki aż po szczyty lukarn,
Dla słów których zabrakło; wciąż błądzę, wciąż szukam.


Postęp

Czasy jakieś nie najlepsze
Wszystko zdaje się wywracać,
Zagubiona własna przestrzeń
I ogólnie posmak kaca.

Każdy szuka gdzieś korzyści
Choćby w pożyczonych skrzydłach,
Chociaż jeden wygrać wyścig,
I na ścianę dwa monidła.

Wszystko jak w prześwitach ciemnych
Przez umysły wieje pustką,
Fałsz jak norma, jest codzienny
Zakłamuje nawet lustro.

Po cóż stare sentymenty
Powie każdy, kto niegłupi,
Własną przeszłość drąc na strzępy;
Przecież nową można kupić.

Trzeba chyba się oswoić
Precz przeżytki, mądrość stara
Myśleć zbytnio nie przystoi…
Kasa płaci dziś w dolarach.


Wędrówka

Na szczyt nieznany wolno wchodzę
Po kamiennym szlaku znaczeń.
Wśród mgieł się czai jakaś przynęta;
Mówili o niej, lecz nie pamiętam.
A pełno we mnie uszkodzeń,
I wciąż ze wzrokiem wbitym w ziemię,
Dlaczego? Nie wiem,
Pewnie nie można inaczej.

Kiedy się wszystko rozkołysze,
Myśl wskroś spojrzenie rozchmurzy.
Chaos wyrwany z myśli początku,
Sam szereg nowych ułoży wątków,
Ze wspomnień różnych, zasłyszeń.
Złoży autograf pod obrazem
Pamięć. Tym razem.
Sam siebie nie mogę zburzyć.

Ostatnia przełęcz już przed szczytem,
Kosodrzewina się płoży.
Wiatr zagubiony jęczy w urwiskach,
Odchodzi, wraca, wszystko uciska,
Znaczenia wszelkie zakryte.
Gdzieś przestrzeń nowego poznania
Po cóż się wzbraniać?
Wystarczy ciało ułożyć.


Pomyślność

Nazwałem ją marzeniem marzeń
W spełnieniu nagłym, tak po prostu,
Prywatnie księżyc świecił w barze,
I wspólnych było wiele mostów.

Ktoś może chwalić, wykpi drugi,
Innemu całkiem obojętne,
A mnie się wtedy świat pogubił
I czas naznaczył swoim piętnem.

Nie było sprawy bardziej pilnej
Jak właśnie kawa „Pod Kurantem”
I nawet to nie było dziwne
Ze taper wszystko grał andante.

Po wielu latach zauważam
W rozsmakowaniu większą dbałość,
Choć w niepamięci cień ołtarza,
Zauroczenie - pozostało.


Powłoki

Odkrywam wokół nieznane przestrzenie
Tajemnych znaków odczytując myśli,
Wątpliwość skryły własnym zapomnieniem
Dziwadła nocne, nim je świt wyczyścił.

W łupinie marnej, czy też w liściu głogu,
Mijanych twarzach które czas postarza,
Znajduję tylu, różnej miary, bogów,
Że brak jest miejsca na zdobnych ołtarzach.

Swój światopogląd za bezcen upłynniam
Na targowisku niepotrzebnych dziwactw,
Od słowotoku bierze procent myjnia,
Nawoskowany rozum odpoczywa.

Rozpinam siebie na zniszczonych murach,
I sam już nie wiem, gdzie dół, a gdzie góra.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Jan Stanisław Kiczor » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2011 r.


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo