POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Elżbieta Borkowska /el/ » Pierwsze wiersze i inne wcześniejsze zebrane z POSTscriptum
Pierwsze wiersze i inne wcześniejsze zebrane z POSTscriptum
Autor Wiadomość
Leszek Wlazło 


Wiek: 70
Dołączył: 18 Paź 2007
Posty: 19054
Skąd: Wrocław
Wysłany: 2020-01-25, 20:01   Pierwsze wiersze i inne wcześniejsze zebrane z POSTscriptum  

ambra galla dla plezantropa

rozgrzewa się wydając żywiczny zapach
niezmiennie złocisty słowem i pieśnią
potarty ciągle przyciąga zabiegane myśli
i słonecznieją pod wpływem spojrzenia

słowiański jantar bywa złocisty jak miód
lub ciemnieje z nagła jak noc listopadowa
czasami z przejrzystością oka dziecka
zaszkli się nagłą kruchością chwili

popatrz do wnętrza bursztynu
nie po to byś wróżył z barw
lecz by przywieść perlisty spokój
piasek bałtycki i łzy igieł sosnowych

jeszcze nie czas z szeptem metafor
spłynąć wspomnieniem po pniach drzew

21.12.06


usiadłam z nim na progu myśli

a potem popłynęła pieśń oczu
śpiew zwiedzionego jongleura
któremu czasem tłum woła hosanna
lub przedwcześnie wróży upadek

kłamstwa
tak
kłamstwa skrapiane żądzą
potrafią żyć samodzielnie

obiecywał że zniknie o drugiej nad ranem
tylko wcześniej ograbi katedrę na rogu
wyniesie z niej fałszywą relikwię
i małą drzazgą z ramion golgoty
wykole zdziwione źrenice tej szmacie
co śmiała śnić się madonną

pozory
tak
pozory tworzone pikselem
potrafią napluć do serca

ostatnie pytanie zdławił warknięciem
nie staraj się zrozumieć mężczyzny
nie wkładaj palca w ranę adama


postanowił zdechnąć dla własnego spokoju
najlepiej pod pozorem rozległego zawału
uznał że to dobra pointa

25.11.06


nie widuję jej już od tygodnia

nie zaznała nic prócz kalectwa myśli
a lata wyczekiwania na nagły cud
zaobfitowały zgarbionym gniewem

wystawanie pod progiem świątyni
oswajało tylko katedralne gołębie
i nabijało kolejne guzy upokorzenia

wielka spokojność nie nadchodziła
uzdrawiała inne zwiędłe ciała

dni wzmacniane purpurą z karafki
rzeźbiły głębszą niewiarę w oczach
zmuszając wątrobę do rezygnacji

gdy wyznaczyła czas wejścia w zorzę
darowała sobie wszelkie rozgrzeszenia
pobłogosławiła pomarszczone czekanie

czy koronka przy tej starej sukni
nie jest zbyt frywolna na konanie


20.01.06


mój brat iskariota

duszę się ostatnim słowem
zrodzonym krzykiem w gardle
a uwięzłym z nagłym bólem
między łzą i zwieszeniem głowy

on więc wziąwszy kawałek chleba
natychmiast wyszedł a była noc

29.12.05


dojrzewamy niedzielną kaliną

za senne niedzielne popołudnie
gdy zrywałeś gałązki kaliny krwiste owocem
ofiaruję ci nowe kuszenie
( drażniące jak dźwięk bransoletki
na opalonym nadgarstku)
mówiłeś

patrz el
bo patrzeć potrafisz
będą pięknie lśnić w miedzianym dzbanie
i tak pasują do miłosnych wieczorów


postawię wrzesień na stole rozalii
i wypijemy z nim miętową herbatę

nic nie zostawiłeś wróblom na jesienne ucztowanie
a od tygodnia opowiadasz o braciszku z asyżu

w senne niedzielne popołudnie
nabrzmiałam ciężarem owocu
i dojrzałym kochaniem

25.09.05


po cholerę to wszystko

związana z bandą odszczepieńców
nie tylko pokrętnością myślenia
ale również wizją szukania
próbowałam nasłownić żądze

podejmując próbę powrotu do normy
jako doradcę i nauczyciela tyrana
obrałam przemądrzałego platona
on miał mnie wyrwać poezji
wymóc stałość w sposobie odczuwania

po wypluciu z siebie grafomaństwa
powtarzałam w odruchu popełnienia winy

poeci, którzy podlegają na ogół zmiennym uczuciom
a przez sztukę mogą w tym duchu oddziaływać na innych
powinni być wydaleni z doskonałego państwa


nie sądzę bym sprawiła zbytnie szkody
lub wywołała roztargnienie w czyjejś duszy
a na wygnanie dawno skazałam się sama
pozostając na poziomie wyobraźni
pełnej relatywizmu
a zatem
nieprzydatnej poznawczo

teraz wierzę platonowi
że oni
ci poeci
gubią się w każdym żeglowaniu
nie wiedzą
że ich chude jedniodniowe dusze
zupełnie niepotrzebnie obracają oś myślenia
w kierunku przeciwnym obrotowi całości

20.08.05


nocne kolokwium z frustratem

a owszem
potrzebowała mężczyzny
mimo że życie w panu wysycha

(po co te nerwowe wzruszenia ramion
i oczy nagle przekłute zdumieniem)

ach wiem
nie umiała zamarznąć od łez
wbrew poezji i miękkości chwili
z przyzwyczajenia ubrała się w kpinę

no cóż
pan ostro zaprawiony w cnocie
czulił ją niestrawną moralnością
pokorą przypalał cuchnące rany

(a co ja obchodzą kłopoty z żołądkiem
i bezpowrotnie zmruszałe uśmiechy)

więc tak
pełzanie przez życie mój panie
to obraźliwie zaporowa cena
za wilgotny z pożądania szept
i nerwowe przyspieszenie pulsu

17.08.05


grzeszę próbując sięgnąć błękitu

może całkiem niepotrzebnie składam szelem
palę galban i onychę na twoje przyjście
nie jestem bezpieczna pod drzewem figowym
a ciche pacierze zamiast szybować
łajdaczą się z czartami na rogu ulicy

może modląc się o białość snu
sprawiam przyjemność noszącemu światło
a skłonnością do gadulstwa i braku czynów
już wynudziłam kosmicznego kłamcę


od dawna złośliwie sączy mi w uszy
że czeka mnie droga do haranu
gdzie z kamieniem pod ciężką głową
wyśnię drabinę sięgającą nieba


czy na pewno victoria

tak cicho nad ranem będzie tu zawsze
powoli uczę się świadczyć prawdę o sobie
odwracać tyłem do chóru tych co zawsze
mozolnie ciagną ze sobą własną kazalnicę
bo w chwili cudzego grzechu może się przydać

a mnie należy się ta cisza dębowego stołu
krem time control i białe stokrotki w wazonie

tylu rzeczy po prostu już nie ma
jedną z nich jest bycie obłokiem
obłokiem który zapomniał zapłakać
obłokiem z odrobiną kpiny i glorii

tylko w chwilach zapomnienia
dalej śni mi się park południowy


weź swoje łoże i idź

skoro chłód dotknął palcem róż
a bursztyn zagasł w twych oczach
nie proś wieczorami o nowy wiersz

mam świeży wstręt do kaleczenia słów
wzdychających pensjonarsko metafor
histerycznie rozdygotanych wersów

już starczy nie dokończonych obrazów
rozrzuconych niedbale borsuczych pędzli
płaczącego rzewnym szopenem fortepianu

z oczami pełnymi zmarłych wiosen
boso wchodzę prosto w źrenicę ciszy


zostawiam ci słowa na stole

tak brzydko mój miły marszczyłeś czoło
gdy mówiłam że pójdę daleko od teraz
niecierpliwie machałeś uśpionym pędzlem
nad niedokończonym obrazem madonny

wbrew prognozom pogody nadal nie pada
ale sny już z lekka zaciągają nocną wilgocią
zmęczyły się pływaniem w kopułach oczu
kleceniem wierszy o czwartej nad ranem

od dzisiaj mam blond włosy i nagłą odwagę
ale za cholerę nie pojadę do złotawej juraty
nie będę z wdziękiem zbierać muszelek i łez
ani przesypywać piasku na pustawej plaży

ręce tylko wyciągnę wysoko do nieba
a pisanie wierszy zostawię poetom


Jednakowo długo ponad i pod horyzontem

Po jesiennym ekwinocjum
nie rozpaliłam miedzi w oczach.
Nie pragnę też wieńca z kapryfolium.

Jeszcze tańczę,
chociaż raz po raz mylę kroki,
a wirując dziko,
depczę szałwię i nagietki.

Zaczynam marznąć
ubrana w letnie grzechy.
Bose stopy nacieram mleczem
i pocieszam pęknięty bębenek.

Na twoją nudę, mistrzu, nie znam rady.
Potrójny sok z czarnego bzu
nie działa na malarzy kruczych lotów.

Nie proś mnie dłużej o opowieści.
Już nie usłyszysz wdychając mirrę
o szeptach rozspustnych wrzosów,
ani też o ciszy śpiącej na progu lasu.


wszystko poza tym jest mi zbędne

„słowik pozbawiony oczu, śpiewa na ślepo...”
F.G. Lorca

co z tego że mam bladą cerę payos -
zamieszkam w krainie skrajności
oliwkowa andaluzja tak jak ja
nie potrzebuje zbyt wiele wody

znajdę dom z białego kamienia -
śpiący przy mauretańskim forcie
nakarmiona pomarańczą ziemi
ogrzeję pigwę w mojej piersi

aby zostać flamencos trzeba zatańczyć -
to już potrafię od dnia porzucenia
poćwiczę jeszcze kroki sevillans
a łzę wtopię lekko w pueblos blancos

co z tego że mam bladą cerę payos -
potrafię w cieniu drzewa słuchać gitary
zamknąć okiennice w palące południe
i samotnie ogłuszyć się skalą frygijską


mówią że miejscowy głupek już nie chce być poetą

cóż na to poradzi
że dojrzał w sobie pigwą
pomarszczoną chłodem

z oddechem wariata
do wczoraj pędził za cieniem
i nie słuchał tłumaczeń -
to tylko klatka czterech ulic
gdziekolwiek nie spojrzysz
czterech ulic obłędu
nad ranem nie będzie mniej


przecież noc nie zrodzi spokoju
najwyżej pazurem zatnie wers
a z nieba dla wszystkich
jemu tylko sypnie błękitem
lub okruchem rozsądku

na obdartej ławce w ryneczku
miejscowy głupek zwany poetą
modli się do królowej odmieńców

już nie mogę myśleć wierszami
słowo mnie okalecza
jak głęboko wbita drwina



stary leon opowiada o żonie

baronessa znów obchodzi urodziny
nie jest tajemnicą ile ma lat
dziś wieczorem tyle co przed rokiem
a za parę kieliszków dalej o dwa lata mniej

pijam zazwyczaj dojrzałe bordeaux

w lustrze sypialni blisko jej do trzydziestki
a oczy kochanka nie wytropiły nikłych zmarszczek
za to pierwsze srebro na głowie przyjaciółki
z radością odnotowała już zeszłej jesieni

ależ anette nigdy nie była młoda

otoczenie z uprzejmością twierdzi
że ona sama wygląda świetliście
z cytrynowym tortem połyka pochlebstwa
kwitując je drwiącym uśmieszkiem

przecież wiem - to ugrzecznieni łgarze
ale zważ jak pięknie kopię czas w zadek
i z jakim charme noszę szafirową suknię
potrójna moja wina
potrójny grzech



tylko dla idiotek po czterdziestce

znowu jest wiosna
ale powietrze zachowuje się inaczej
zamiast otulać ciepłem odwraca się plecami -
miało być zielono i przepysznie
a oczy mokre i miękkie jak mech
jak mech pachnący ciszą

w godzinie strachu pojęłam ten ból -
wiem że nie ma nic wspólnego z miłością
tylko tętno szybsze i mało miarowe
bije na przekór myślom -
to gorsze niż próba łapania oddechu
czy też podjęcie rozmowy
o nas o tobie o mnie o niej

na palcach by nie obudzić kanarka
pozbierałam z podłogi pretensje
(małe żmije sprytnie unikały palców)
potem wyszorowałam ręce

nad ranem ścięłam włosy

poranna kawa i radio
kostka czekolady pod język
milczenie zamiast pointy
(z braku pomysłu)


Z serii naiwne

codzienność

a gdy zabrakło miłości
przyszedł upiór -
siny i chudy

długo w oczy spoglądał


* * *

nocą spadły łzy
zbierałam je skrzętnie
do rana


już

już ochłonęłam
więc przeproszę na chwilę
kuszę los
więc pójdę coś zmienić

może zapis w wierszu zbyt marnym
może makijaż który znów mi starłeś


***

spotkałam cię
a potem przyszedł żal
wysoki chudy pan

cholera
jak dobrze się trzymasz

później kawa
wino cztery papierosy
coś głupio mamroczesz pod nosem

do licha
o tym nie śniłam

-----------------------------------------------------------------------

nocą

biały bez pachnie zbyt mocno
by go stawiać nocą w pokojach

śnieżne kiście tumanią i mamią
w oparach snu znowu ktoś woła

przez pokoje w dusznym zapachu
biegną myśli skręcone w twe loki

tamte wiosny zbyt duszą i palą
blade twarze przeszłości w mroku


To mój dziewiczy - wysmażony w latach studenckich. Napisałam go pod wpływem TRAGICZNEJ miłości
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Elżbieta Borkowska /el/ » Pierwsze wiersze i inne wcześniejsze zebrane z POSTscriptum
Szybka odpowiedź
Użytkownik: 


 
 
 
 
 
 
 


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo