POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Szybujący poeci
Szybujący poeci
Autor Wiadomość
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2008-10-06, 23:36   Szybujący poeci

Szybujący poeci

Walka ze smokiem - czyli dnia pierwszego mały fragment



Latanie nie jest moją mocną stroną. Od tego muszę zacząć, więc zaczynam: latanie absolutnie nie jest moją mocną stroną.

Kiedyś, całe lata temu, gdy krótkotrwałość egzystencji nie była jeszcze dla mnie pewnikiem, latanie było czymś z opowiadań. Ja doświadczałam go wyłącznie w snach, znałam je z marzeń, z relacji innych, z filmów, fotografii. Patrzyłam też na ptaki, które podobno od zawsze były stworzone do latania, wystarczyło wziąć pod uwagę choćby ich kształt, rozmiar, nawet, jeśli była to dzika kaczka, czy czapla, zawsze wydawał się odpowiedni do rozwijania skrzydeł i szybowania. Właśnie, one mają skrzydła, które pomagają im w życiu, w ucieczkach, wycieczkach, wyprawach do miejsc, do których nie mogłyby dojść, czy doczłapać.

•••••••
Gdy pewnej upalnej wrześniowej soboty znalazłam się na polu aeroklubu w G., wcale nie byłam pewna tego, co robię. Jak mantra krążyło mi po głowie:
Latanie nie jest moją mocną stroną. Jeszcze mogę nie lecieć. Jeszcze mam czas. Smok czeka.

•••••••
Latam, bo muszę, latam, bo nie wszędzie mogę dojść. To takie niby racjonalne tłumaczenie dla czynności latania. A tak naprawdę proszę, proszę spojrzeć na człowieka wyposażonego w niezgrabne – w porównaniu ze skrzydłami ptaków, czy aniołów – kończyny górne i dolne, przecież z takimi atrybutami latanie nie jest możliwe. Latamy tylko i wyłącznie dlatego, że tak długo podglądaliśmy ptaki, tak bardzo zżerała nas ciekawość świata z góry i zazdrość, że w końcu po próbach - mniej lub bardziej udanych - dzięki marzeniom, upartości i genialnym wynalazkom Ikarów, Da Vincich i Wrightów ludzkości, wzlecieliśmy.

•••••••
- To jest Julia – przedstawił swoją córkę Jacek S., gdy stanęłam obok małej grupy osób na ogromnym trawniku lotniska.
- Cześć Julia – podałam dłoń panience, która okrągłymi z zachwytu oczyma rozglądała się wokoło.
- Czy kiedyś już leciałaś szybowcem? – zapytałam, jakby w nadziei, że ta mała panienka odpowie, że tak i dlatego jest tu ze swoim tatą i że nie ma się czego bać.
- Nie, nie leciałam – odpowiedziała i spuściła oczy.
- Ja też nie, nie szybowcem. Latam dużymi samolotami, no i jeszcze we śnie – dodałam.
- Ja we śnie też – odpowiedziała najwyraźniej ożywiona tematem – Mnie też często się śni, że latam – dodała.
Bratnia, albo siostrzana dusza, przemknęło mi przez głowę.
- A jak latasz – nie mogłam się powstrzymać przed zadaniem tego pytania – to machasz rękami?
- Tak. Macham. Latam wysoko i macham.
- Ja nie. Nie macham, po prostu mówię sobie: lecę i już, wchodzę jak po schodach do góry w powietrze i lecę, albo płynę.
- Ja macham. Szybko macham – powtórzyła Julia, rozglądając się za tatą.
Po chwili zobaczyłam, jak dzielnie wsiadała do szybowca.

•••••••
Stałam w słońcu oszołomiona tym, co się wokół mnie działo. Upalne wczesne popołudnie w niczym nie przypominało wrześni polskich, jakie pamiętałam sprzed lat.
Przeczyste niebo,
łagodny wiatr,
zapach traw...


Trochę wcześniej
Pociąg relacji S. Gł.-G. przyjechał na czas. Kiedyś zdarzało się to sporadycznie, albo rzadziej. Teraz, to raczej norma. W wagonie bez przedziałów było pustawo. To także nowa norma. Kiedyś miejsca siedzące były rzadkością, ale to było dawne kiedyś, teraz jest nowe teraz. Usiadłam, wybierając miejsce ocienione, co pomagało obserwować mknącą za oknami okolicę bez ciągłego mrużenia oczu, patrzeć na współpodróżujących i nie spocić się przed dojechaniem do celu.

W wagonie panowała cisza, nikt nie rozmawiał. Jadąc na tak krótkich trasach ludzie chyba nie rozmawiają wiele, nie mają czasu się oswoić, wykorzystują czas na myślenie, albo bezmyślną obserwację. W Katowicach wsiadła do wagonu młoda, szczupła dziewczyna. Zauważyłam, że miała aparat słuchowy. Za kilka dni miałam pomóc mojej Mamie w wyborze takiego aparatu. Pomyślałam, a gdyby tak ...

- Przepraszam za śmiałość – przesiadłam się na miejsce naprzeciw dziewczyny – widzę, że nosi pani aparat słuchowy.
Dziewczyna spojrzała na mnie i lekko się uśmiechnęła. To był ten znak, wiedziałam na pewno, że mogę z nią porozmawiać, gdyby nie ten uśmiech, to wszystko skończyłoby się po pierwszym pytaniu, po kilku zdaniach i zwykłymi przeprosinami.
- Tak. Mam, dwa. Mam bardzo głęboki ubytek słuchu – powiedziała z intrygującym akcentem, który trudno było określić, albo po prostu był to sposób, w jaki mówią bardzo źle słyszące osoby.
- Jeszcze raz przepraszam, że przeszkadzam, ale jestem ciekawa, jaki to aparat?

Rozmawiałyśmy jeszcze przez kilka minut, po czym wróciłam na swoje miejsce. Po chwili dziewczyna przesiadła się na moją ławkę, przypominając sobie o jakimś szczególe i także wróciła na swoje miejsce.

Podróż do G. trwa niespełna godzinę.

•••••••
Perony dworca w G. wyglądają, jak wszystkie inne w tym rejonie Polski. Nic szczególnego. Miejsca do wsiadania i wysiadania. Rzadko się tutaj pamięta, że mają być dla ludzi z bagażami, dlatego nie ma ani ramp, ani ruchomych schodów, ani wind. Niby czemu miałyby być? Dawniej nie było, to czemu teraz, nagle? Taki drobiazg. Pakować należy się lekko.

Wyszłam przed halę dworca. Wcześniej założyłam ciemne okulary, bo to miał być znak rozpoznawczy: ciemne okulary, bez względu na stan aury, kolor nieba. Okazało się, że wyjścia z hali są co najmniej dwa. Wróciłam więc centralnie położonym do środka i wyszłam jeszcze raz.

Nic się nie wydarzyło. Nikt się mną nie interesował. Zdjęłam okulary, założyłam okulary, zdjęłam okulary, zlustrowałam okolicę, postój taksówek, parking z kilkoma samochodami i nic. Właściwie nie byłam zmartwiona, że Nutka się nie zjawiała, bo to ona miała mnie tu spotkać.

Postanowiłam, że zaczekam jeszcze dziesięć minut i wrócę do S. Będę miała doskonałe alibi, tłumaczące i broniące przed lotem, przed smokiem.

- Cóż, nie moja wina – już słyszałam się rozmawiającą z Leszkiem – na dworcu nikt na mnie nie czekał – jak na razie prawda – moja komórka odpowiadała, że nie mogę z niej dzwonić w tym rejonie – to prawda – nie miałam drobnych na telefon – to prawda, a nawet, jeśli miałabym, to nie wiem jak się dzwoni z automatu a przede wszystkim automatów nie widziałam.

- To ty? – usłyszałam głos za sobą.
A jednak, muszę lecieć, muszę zmierzyć się ze smokiem...
- Tak, ja – odpowiedziałam.
Stała przede mną ładna, szczupła kobieta w okularach słonecznych, w czarnej koronkowej bluzce z długimi!!! rękawami. Długie rękawy! W taki upał, to się nazywa elegancja i opanowanie, pomyślałam i zazdrościłam.
Nutka jeszcze tylko opowiedziała historię niedawnego telefonu do mojej Mamy i już siedziałyśmy w samochodzie.

•••••••
Sobotnie, wczesne popołudnie w okolicach dworca w G. charakteryzuje się niewielkim ruchem kołowym – skonstatowałam w myśli, gdy jechałyśmy na lotnisko.

Na lotnisku aeroklubu spotkałam resztę zlotowiczów, tę, której udało się już dotrzeć na miejsce. Po murawie przemykały się sylwetki poetów i poetek i osób im towarzyszących. W górze od czasu do czasu szybował szybowiec, lub inny samolot.


Wracając do Julii

Julia była odważna. Teraz natomiast zbliżał się mój moment pokazania sobie, innym, całemu światu, że i mnie stać na odwagę.

Unicestwić smoka!

•••••••
Latanie nie jest moją mocną stroną. Długa to historia, prawdziwa i może kiedyś przy okazji ją opowiem.
W tamtej chwili jednak stałam przed wyborem:
-- lecieć i udowodnić sobie, że smoka nie ma
-- nie lecieć i udowodnić sobie, że smok jak najbardziej jest i ma się dobrze

- Kto następny? – zapytał mnie jakiś mężczyzna, który najwyraźniej miał ochotę wsadzić mnie do szybowca bez Leszka.

Oj, co to to nie! Szybowiec bez Leszka? Nawet z jakimś innym podniebnym asem, to nie to samo co szybowiec z Leszkiem. Nie wsiądę, za żadne skarby. Tylko, tylko i wyłącznie z Leszkiem.

Udało się! Leszek z wszechobecnym, nieznikającym, przeuroczym uśmiechem i ukrytymi za ciemnymi szkłami oczyma, siedział w swoim szybowcu i czekał na kolejną ofiarę.

Było za późno, żeby się wycofać, za późno, bo co też powiedziałaby Julia? Jaki przykład dałabym tej dwunastolatce, która dzień później powiedziała mi, że chodzi spać między dziesiątą i jedenastą, bo wcześniej to idą spać tylko dzieci?

Zresztą do wyjścia z lotniskowego pola było daleko, za daleko, żeby ot tak po prostu, nonszalancko pójść w kierunku szlabanu i być przy tym niezauważoną. Myślałam sobie: przecież to dlatego, dla tego szybowania przyjechałaś do G., przecież obiecywałaś sobie, że nie spanikujesz, że będziesz racjonalna, że będziesz walczyć.

•••••••
Leszek siedział w szybowcu i czekał.
Co było dalej?
Zapięto mnie w niezliczoną ilość pasów. To natychmiast dało mi wiele do myślenia. Jeżeli potrzeba tyle pasów do przymocowania jednej osoby na foteliku niewiele większym niż siodełko motocykla, to co to oznacza?
A spadochron!!!!???? Gdzie jest spadochron?!!!!Wysiadam!!!

- Pamiętaj – to mówiła Lidzia, rudowłosa, uśmiechnięta Lidzia, biegająca po trawie z „listą ofiar” – spadochron ma tylko Leszek. W razie czego łap się za Leszka.

Jeden spadochron!??? Jak złapać Leszka, przecież on będzie siedział za mną? Żeby go złapać muszę się odwrócić!?!!! Jak się odwrócić w niebie na motocyklu? I to w porę, tak żeby złapać Leszka zanim wypadnie, bo pewnie on pierwszy!!!

Za późno! Klik klik klik! Szczękały po kolei pasy. Siedziałam unieruchomiona w kabinie. Prażyło słońce. Leszek się uśmiechał – to widać na zdjęciu, które zrobiłam nie obracając się do tyłu a jedynie odwracając obiektyw aparatu nad głową.

•••••••
Start. A dalej??? Niebo i szybujący czas.

•••••••
Było pięknie, przepięknie. Lot chyba był króciutki. Chyba, bo trudno to określić. Tak naprawdę była to wieczność. Pamiętam przyjazny błękit, miasto w dole jak specjalnie na okazję lotu ustawiona makieta, szum powietrza, ster, który śmiesznie poruszał się hmmm między kolanami.

Lądujemy...


Racjonalizacja przed lotem

- Muszę polecieć, bo co prawda wiele lat temu, ale śniło mi się, że lecę jakimś samolocikiem i ląduję na trawie. Pamiętam ten sen bardzo dokładnie. Muszę sprawdzić, czy to będzie tak jak w tamtym śnie – mówiłam Lidzi.

Tamten sen był wyjątkowo czarno-biały a lądowanie z Leszkiem miało być kolorowe!

•••••••
- Nie ma tej pani, co miała lecieć następna – mówił chłopak od zapinania pasów w białej koszulce z napisem „I love New York”.
- Nie ma? – zapytałam z nieukrywaną radością. – Mogę lecieć drugi raz! Jeśli tylko mogę?
- Lecimy – odpowiedział ciągle uśmiechnięty Leszek.

•••••••
Klik klik klik, zapinanie pasów, kilka zdjęć jeszcze na ziemi, ustawiam stopy, żeby się dobrze opierały na podłodze przy starcie.

Lecimy!
Drugi lot jest świadomy. Przy pierwszym nie bardzo wiedziałam czego się spodziewać. Historia drugiego...

Pikowaliśmy z prędkością, która niemal odwracała na drugą stronę skórę na twarzy. Poczułam się jak piloci pokazywani w czasie treningów, przekraczający bariery prędkości, dźwięku, odwagi, czy ja wiem jakie jeszcze?
Zaskoczona pędem, jego siłą przez kilka pierwszych sekund miałam otwarte oczy, ale gdy zdałam sobie sprawę, że lecimy bardzobardzobardzoaletobardzo szybko, oczy same się zamknęły.
Łagodne wyjście z pikowania uspokoiło zmysły i otworzyłam oczy, żeby poczuć i zobaczyć jak to jest, gdy się leci bokiem i znowu wspinaczka do góry i kolejne okrążenie i już lądujemy, jak po śniegu, chociaż na trawie, a pod tym zielonym śniegiem wyboje, jak grudy, albo niewidoczne kamienie i już, koniec, ziemia pod stopami.

•••••••
Klik klik klik, odpinanie pasów. Uśmiechnięty Leszek.

•••••••
Nie ma smoka! Naprawdę! Zniknął! Rozpłynął się w błękicie, odfrunął na pierwszym białym obłoku i już nie wrócił!
Wystarczyło kilka minut by smok okazał się igraszką, oszustwem, kłamstwem karmionym wyobraźnią.


•••••••
Dziękuję Leszku.

© Elżbieta 09.25.2008

Dalszy ciąg relacji
Oj baco, baco! Czy weźmie mnie pan na ramę?
ciąg dalszy dnia pierwszego



W tle budynek hangaru, a nieco bliżej płachta zielona lotniska, lądowiska, do naciągania, wyciągania, rękawy pasiaste, którymi bawi się niezmordowany wiatr, a wszystko to wtopione w błękit, wrześniowy, spokojny już, ale w głębszej tonacji, niż ten w pamięci.

Przy stole w cieniu, w słońcu siedzą awatary. Uściski dłoni zamieniają ekranowe zjawiska w istoty cielesne. Awatary po wypowiedzeniu pierwszych słów stają się naprawdę trójwymiarowe i realne. Wirtualne niespodzianki, same niespodzianki, zderzają się z wyobrażeniami i zamieniają w coś zupełnie nowego, co zostanie na zawsze jako: pierwsze wrażenie.
- W pierwszej chwili nie myślałam...

Rozmowy z rodzaju ostrożnych, grzecznych, wyważonych, ale ciekawe i o wszystkim.

Kiedy rozładowany akumulator samochodu odmawia posłuszeństwa wiem, że to szczególnie w tym miejscu nie powinno być problemem. Szkoda, że przez wrodzone lenistwo nie podeszłam do Leszka i nie zobaczyłam z bliska, jakie czary mary robi skrzyneczka, żeby nakłonić do posłuszeństwa wytrącone z równowagi auto. Skrzyneczka z dyndającymi przewodami z daleka była nieduża.

Wsiadamy do samochodów.


λλλλλλλ
Jazda do Ustronia jest krótka. Może dlatego, że jedziemy szybko? Drogi jakby się poszerzyły, poprawiły. Jechałam tędy? Siedem lat temu?
Tak, siedem... Żółtym samochodzikiem, co wyglądał jak słońce albo zabłąkany kanarek.
- Może się pani nie obawiać, nikt go nie będzie chciał ukraść – mówił człowiek z wypożyczalni – za bardzo rzuca się w oczy.
Natychmiast przyznałam mu rację.

λλλλλλλ
Kręta droga na Równicę jest naprawiona. Nie pozostało śladu po dołach i wądołach, wertepach, przez które jechałam siedem lat wstecz. Tamta jazda przypominała kreskówkę z bohaterskim żółtym kanarkiem na kółkach, który od czasu do czasu zamiast kółek wysuwał z podwozia ukryte łapki i na paluszkach, albo pazurkach, powolutku i ostrożnie, sapiąc z przejęcia, przekraczał co większe rozpadliny.

λλλλλλλ
Krajobrazy. Ach te krajobrazy! Widoczki z makatek, kilimków z przewagą zieleni i odcieni żółtych. Choinki frędzlaste, szpiczaste, poplątane czasem z innymi drzewami, przecinki i polany, łagodne polskie Beskidy. Mam wyjątkowe szczęście, że nie pada i że to nie ja muszę wkręcać się serpentyną pod górę. Gdzieś tam kryją się sarny, jelenie, patrzą na węże sunących w górę pojazdów.

λλλλλλλ
Nasz cel. Schronisko. Nagle uprzytamniam sobie coś! Nie przyznaję się jednak do cosia. Najprawdziwsza to prawda: nigdy nie spałam w schronisku. Czy to dobrze, czy wręcz przeciwnie? Dowiem się niebawem.

λλλλλλλ
Bagaż, o którym zupełnie zapomniałam, znajduję w pokoju. Pokój jest drewniany, jak prawie wszystko w schronisku. Łóżka są piętrowe. Tak, piętrowe, jest dół i jest góra. Prześcieradła dla krasnoludków starają się objąć materace. Pościel pachnie i trzeszczy krochmalem, świeżością, drewnem. Mój jasiek wędrowniczek ląduje na łóżku. Kupiłam go lat temu... pięć? Tak, pięć, w Polsce, sfrustrowana ogromnymi poduchami w domu wczasowym w Rabce, na których miałam spać i nie mogłam. Udany zakup w domu handlowym przy większej, przejezdnej drodze w Rabce. Wybrałam sobie ładną poszewkę w dmuchawce, listki. Tuż obok był sklep: Wszystko po 4 zł. A może po 3?

λλλλλλλ
Julia zajęła miejsce na górze. Będąc rozmiarów filigranowych łatwością dla niej było wdrapać się po rachitycznych szczebelkach na górne piętro. Sufitu też się nie dotknie głową w tym wieku. No i noc, schodzenie po szczebelkach? Tyłem czy przodem? Nie będę próbować.

Nieco wcześniej
- Czekam na was przed schroniskiem i pójdziemy na krótki spacer. Tak z dwieście metrów stąd – powiedział Leszek.

Dwieście metrów? To niedaleko, natychmiast się ucieszyłam, że będę mogła zdjąć pepegi i założyć ulubione, najwygodniejsze na świecie sandały na koturnach, lekkie, z miękką wyściółką, no w ogóle coś na spacer w nadal upalną pogodę.

Przed wyjściem jeszcze krótka wycieczka do toalety. Nie, nie na piętrze, gdzieś na dole, w czeluściach schroniska. Toaleta pilnowana przez babcię cerberową w wieku młodym.
- Pani ze schroniska? – zapytała, gdy zdecydowanym ruchem chwyciłam za klamkę do części oznakowanej kółeczkiem.
- Tak, właśnie się zainstalowałam w pokoju – odpowiedziałam trochę zdziwiona, bo przecież byłam w schronisku, więc?

Toaleta...
Opis zostawiam wyobraźni.

λλλλλλλ
- Dokąd idziemy? – zapytał ktoś, gdy po jakimś czasie zebraliśmy się przed schroniskiem.
- Tu w górę, niedaleko – powtórzył Leszek.

Ruszyliśmy. Oceniwszy nachylenie stoku, po którym mieliśmy przejść dwieście metrów i inklinację moich najwygodniejszych na świecie sandałów na koturnach, doszłam do wniosku, że jest to doable, czyli do wykonania. Myśl, że może jednak wrócić i założyć pepegi była krótka i odrzucona szybko, zbyt szybko.

λλλλλλλ
Popołudnie w upalny dzień, weekend wrześniowy, który ściągnął na Równicę tłumy ludzi spacerujących, przemieszczających się w różnym tempie i na różne sposoby, taki obrazek widziałam przed sobą, gdy ruszyliśmy dziarsko w górę. Restauracje, bary, parasole na wolnym powietrzu, zapachy kuchenne, gromadki, grupki, zakochane pary, dzieci biegające bez względu na pochyłość terenu. Góry, góry, góry. Równicę, kawałek szczytu wieńczy kończona właśnie imponująca budowla, dom, schronisko, restauracja? Przyznam się, że nie sprawdziłam, nie przeczytałam tabliczki. Spacer wiódł przez interesujące wnętrza i ciągle pod górę.

λλλλλλλ
Jestem zakochana w morzu, we wszystkich morzach i oceanach świata, w słonych krajobrazach. Na góry lubię patrzeć, podziwiać z daleka, a z bliska to przede wszystkim z okien samochodu, lub z tarasu domu, hotelu, z polany jakiejś. Nigdy nie rozumiałam ciekawości mojego męża, który chodzi w góry, żeby tylko sprawdzić co jest dalej, co widać z najbliższego wzniesienia, dokąd poprowadzi go następny grzbiet, stok, dróżka używana przez kozice, sarny, czasem niedźwiedzie. Widzę w górach piękno, ale jest ono dla mnie odległe, nie czuję się na siłach, by go dotknąć. Góry wymagają wysiłku, wytrwałości, upartości, trzeba je zdobywać.

λλλλλλλ
Dwieście metrów powiadasz? – myślałam z uporem – Dwieście? Już chyba przeszliśmy dwa, lub trzy razy tyle. Spojrzałam przed siebie. Góra wspinała się łagodnie, ale jednak to była góra. Na nowo oceniałam stan mojej garderoby, a szczególnie butów. Nie najszczęśliwszy wybór, nie najszczęśliwszy on był.

λλλλλλλ
Poeci szli w górę i co najciekawsze szli rozmawiając, bez zadyszki, szli i toczyli dysputy i rozmowy i nie dyszeli, szli, maszerowali przed siebie ze spokojną determinacją i już. Do góry, ciągle do góry, zapyloną drogą, między lasem, torującą szlak wyżej i wyżej.
Powietrze było ciepłe, pachniało, słońce już coraz bliżej zachodu jeszcze jednak grzało i świeciło, rozjaśniało las, drogę, niebo.

Leszek zwolnił i dołączył do Baszki i do mnie, zamykającej orszak. Czułam się winna, bo przecież on mógł biec teraz gdzieś na czele, w peletonie, w awangardzie poetyckiej, mógł być wiodącym, rymującym poetą na Równicy.
- Czy jeszcze daleko? – pytałam któryś już raz, nie bardzo wierząc w zapewnienia, że tak, że to już tuż tuż, o rzut kamieniem.


- Baco? Daleko jeszcze?
- Panocko toz to niedaleko. Ino za te góreckę i juz.
- A ta górecka baco, to ostatnia?
- Panocko a kto by siem cemś takim psejmowoł.


Oj baco, baco, czemum żem buty zmieniała!

λλλλλλλ
Na szczycie góry przystanęliśmy na polanie, żeby podziwiać widoki. Były wspaniałe, w zachodzącym słońcu, poprzecinane pniami wysokich choinek, na zboczach gór poprzyklejały się osiedla, wioski, nieregularne plamy osad. Ładnie, ładnie tu, ale najpierw trzeba było tu dojść, dojść na górę.

λλλλλλλ
Uświadomiłam sobie, że teraz czeka mnie droga ... W DÓŁ.
Baco, oj baco! W DÓŁ!

Powróćmy do opisu nachylenia terenu i inklinacji moich butów na koturnach. Albo nie, nie ma co wracać do opisu, teraz należało wracać do schroniska. Wielokrotność dwustu metrów miała się jeszcze zdublować. Dwa razy tyle? Nie dojdę, zostaję! Zostanę tu, może przyjdzie, albo przyjedzie ktoś z odsieczą? Może jakiś komiwojażer z walizką butów? Butów na płaskim obcasie i będzie miał jeszcze w zanadrzu karego, który z rżeniem radosnym powita mnie i poniesie w dół połoniną aż do schroniska. Rozglądałam się i przysłuchiwałam, czekając na cud, na litość. Ale nic się nie wydarzyło. Koń pewnie się pasł i nie miał czasu.

Awangarda poetów już zaczęła schodzić w dół. Okazało się, że droga powrotna będzie krótsza. Krótsza, inna, ale też oczywiście, jakże mogło być inaczej: bardziej stroma.

Oj baco, baco!
Oj baco, baco, czemum żem buty zmieniała!


λλλλλλλ
- Lidziu, idź nie przejmuj się – prosiłam, gdy Lidzia została ze mną na końcu – znowu – wycieczki.
- Jakoś dojdę. Nie martw się – powtarzałam.
Lidzia jednak trwała przy mnie jak skała, na której opierałam się co chwila w przerwach, gdy nie ześlizgiwałam się po kamieniach i trawach w dół zbocza.

"Leśne trawy niskie" – nuciłam w myślach piosenkę Łucji Prus.
"Dookoła noc się stała
Księżyc się rozgościł..."
no jeszcze nie noc, ale blisko, coraz bliżej.
I na okoliczność skomponowaną przeróbkę:
Niech cię [i]miła nie poranią
leśne trawy niskie
tralalalalala[/i]

- Zdejmę buty – powiedziałam do Lidzi, bo czułam, że jeszcze chwila a zjadę ze zbocza, wykonując piękny ślizg na plastikowych koturnach i przejdę do historii Równicy na noszach jakiegoś górskiego pogotowia.
Lidzia trwała w pogotowiu przy mnie. I chwała jej za to, za jej serce, cierpliwość i siłę ramienia. Od czasu do czasu podkarmiając mnie słodkimi jeżynami.

λλλλλλλ
To nawet nie było takie trudne, znaczy to schodzenie w dół na bosaka. Trawy okazały się miękkie, jedwabiste nawet, szkoda że nie znałam ich nazwy, od czasu do czasu ścieżka była kamienista i tu było dużo gorzej. Dziękowałam też po cichu wynalazcy plastiku. Kiedyś pewnie w trawach, czy na ścieżce, byłyby potłuczone kawałki szkła, butelek, teraz plastikowe opakowania okazały się zbawieniem dla moich bosych stóp. Ślizgając się w dół po trawach wytężałam wzrok, by w porę zauważyć jeżyny, głogi, kolce innych niezidentyfikowanych pnączy, lub pełzaczy.

λλλλλλλ
Co za radość! Już widać dach budowli, której dokładnego przeznaczenia nie pamiętam, bo nie sprawdziłam. Dach, cywilizacja, domy, ludzie, jeszcze trochę, już niedaleko.

Leśne trawy niskie!
Oj baco, baco!


Rama

- Czy może mnie pan wziąć na ramę? – zapytałam rowerzystę, który w żółtym dżerseju, stojąc obok swojego górskiego - a jakże! - roweru, mocował coś do ramy. Stał na zboczu góry, na ostatnim jej tarasie i wyglądał bardzo surrealistycznie. Czy miał zamiar wjechać, czy zjechać? Prawda, ja również musiałam wyglądać surrealistycznie a na pewno komicznie.
- Proszę? – zdziwiony spojrzał na mnie, na moje wyjątkowo wygodne buty na koturnach w dłoni, na bose zakurzone stopy, które nie, nie krwawiły.
Niech cię miła nie poranią leśne trawy niskie!!!

- Nie, nic takiego. Doślizgam się, bardzo dziękuję – odpowiedziałam i z gracją pokonałam ostatni taras przed schroniskiem, mając jeszcze na tyle siły, że zapięłam na nowo sandały na nogach i już obuta, elegancko, na drżących z wysiłku nogach doszłam do budynku.

λλλλλλλ
Oj baco, baco!
Ciepła woda! Pani cerberowej nie było na dole. Nie było też papierowych ręcznikówo, ale któżby się przejmował takimi drobiazgami?
Jestem w całości, z powrotem, pokonałam Równicę na bosaka.

"W góry! w góry! miły bracie
Tam przygoda czeka na cię!"

Hmm, raczej:
W góry w góry miła siostro
na koturnach prosto!
W dół natomiast boso
Niech cię nogi niosą!

I niosły.

Trochę później, tuż przed zachodem słońca

Przed schroniskiem stała już grupka niedawnych awatarów. Usiedliśmy nawet na chwilę, czekając na Evę, która pojawiła się po jakimś czasie. Wyglądała wieczorowo, ładnie, bardzo ładnie... Już nie w japonkach, bo ona w japonkach pokonywała Równicę. Spojrzałam na moje szorty i ogólny wygląd mojej osoby i krótko westchnęłam w duchu.
Nadal w oczach miałam trawy i kamienie i mój ślizg po zboczu.


Jeszcze bardziej zaczęłam doceniać przewagę krajobrazu morskiego nad górskim.

Oj baco, baco!

© Elżbieta 09.26.08

i część trzecia
O komarach, Taster's Choice i zielonej zgubie



Wieczór zapowiadał się chłodny. Zawsze zastanawiało mnie, jak szybko natura poddaje się pod nieobecność słońca. W górach na tej wysokości geograficznej dzieje się to bardzo natychmiastowo. Termometr budzi się do życia, przez chwilkę dygocze pod wpływem zmiany, by następnie opaść w dół.

Baszka wiedziała co robi, owijając się w ciepły szal. Eva wiedziała, zabierając sweterek, Lidzia – o ile dobrze pamiętam cienką kurtkę i Nutka też. Idziemy mroczniejącą drogą, prowadzącą tym razem łagodnie w dół.

≈≈≈≈≈≈≈
W restauracji jest ciemno, pachnie dymem, kiełbasą przypalaną z radością nad paleniskiem, dym wydziela aromat śliwek. Ludzie wchodzą i wychodzą, na podwórzu jest przyjemnie, przyszła noc, ciemność, która oddaje oczom tylko najbliższe z otoczenia jodły, sosny, świerki.
Zamawiam ser bacy – a jakże – na gorąco i coś tam do tego i chleb prześwieży, prawdziwy, smacznie pachnący i chrupiący skórką.

Po krótkim niezdecydowaniu, gdzie usiąść Poetki i Poeci siadają przy dwóch stolikach. Nutka ze swoją przyjacielską gitarą coś Nuuuuciiii i ładnie nuci i dziwię się, że pamięta słowa piosenek i melodie. Niektóre rzeczywiście śpiewała z kartek, z notesu, który wyglądał na używany, zapisany, piękny notes, który jeśli zginie? Niemożliwe, takiego skarbu się nie gubi, za dużo w nim ś-wiadomości właściciela. Nutka nuuuuciiii. Noc opada coraz chłodniej i bliżej, i niżej.

≈≈≈≈≈≈≈
Leszek i Lidzia przechodzą do części oficjalnej. A jakże, słowa powitania i podziękowań i w ogóle. Trzeba było ich słyszeć i widzieć. Naturalne słowa, choćby nawet trochę patetyczne, ale naturalne i nagle wszyscy stajemy się posiadaczami Dyplomów. To takie miłe, jak człowiek dostanie Dyplom, nawet jak nic nie zrobił, no za to, że jest, dostaje Dyplom bycia i udziału i czuje się zwycięzcą, że poznał i dotknął wcześniejszych awatarów, że przybył, przyjechał, przyleciał, dotarł i dostał w nagrodę pamiętnik.

Julia rozmawia ze mną o swoich godzinach chodzenia spać. Od czasu do czasu kładzie jasną głowę na ramieniu swojego taty i wtedy myślę, czy uśnie? Czy tata Jacek będzie ją musiał nieść do pokoju?

Nutka nuuuuciiii. Cisza od czasu do czasu zalega, gdy goście przy innych stołach słyszą muzykę i z nieukrywaną zazdrością patrzą na to nuuucąąąceee zjawisko. Otula nas chłodna beskidzka noc i podpatrują gwiazdy ciekawe i przysłuchują się dysputom o wyższościach i niższościach portali, o stylach, o języku, o poezji, o życiu, o nas samych. Są jeszcze jakieś książki w nagrodę, czy na pamiątkę.

≈≈≈≈≈≈≈
Wracamy do schroniska. Droga tymczasem zniknęła na dobre. Tylko reflektory samochodów pokazują którędy iść i niebo, niebo prawie czarne z pinezkami gwiazd, ciekawskie niebo, które ciągle mi towarzyszy. Idę z głową utkwioną w gwiazdach, nie rozpoznając kształtów gwiazdozbiorów, bo niebo tu dla mnie już trochę obce. Bliskie a jednak obce, nie umiem się po nim poruszać. Tyle lat, tyle lat – myślę sobie i zastanawiam się, czy jeśli wróciłabym tutaj, to czy niebo na nowo odkryłoby swoje północne historie?

W schronisku na korytarzach albo panuje mrok rozświetlany żółtym światłem, lub po prostu jest ciemno, zupełnie ciemno. Trzeba szukać kontaktów, by ratować się przed atakiem mebli, kątów, schodów. Negocjacje z takimi miejscami nie zawsze mogą kończyć się naszym zwycięstwem.

Pokój męskiej części naszej grupy otwiera swoje podwoje dla całej gromadki. Z zainteresowaniem patrzę na naczynia, z których pije się wino. Przed chwilą to były butelki z mineralną, czy koką a teraz proszę, proszę kielichy ozdobne i pojemne. Opatentować i pamiętać, że to prawda: potrzeba jest matką wynalazków, a na pewno kieliszków.

≈≈≈≈≈≈≈
Przypominam sobie mój „kielich” na jagody. Jest to urządzenie pomagające mi przy zbieraniu tzw – tego dowiedziałam się zupełnie niedawno – borówki amerykańskiej. Przepis jest następujący:
1. Myje się gorącą wodą i dokładnie galonówkę po mleku lub soku
2. Odcina się górną część galonówki – tę z szyjką – ostrymi nożyczkami
3. Zostawia się ucho galonówki, przez które przewleka się sznurek, pasek lub inną tasiemkę albo rzemyk
4. „kielich” przymocowuje się do pasa, ale to dopiero na farmie, kiedy do rąk dostajemy cynowe wiadro na jagody.

Ten „kielich” na jagody wymyśliłam, żeby nie schylać się z każdą zgarniętą z krzewów garścią jagód, czy jak kto woli borówek, bo traci się przy tym czas i energię. Wiadro może sobie spokojnie stać i czekać na większe porcje wsypywanych jagód.

Leszek i Lidzia rozdają nam kartki z listą tytułów wierszy. Co dalej było? Nie bardzo pamiętam, bo sen zaczął do mnie natrętnie podchodzić i sypać piaskiem w oczy. Coś tam pozaznaczałam, dopisałam jakieś nazwiska. Pamiętam jeszcze, że ostatnim wysiłkiem rozdałam wisiorki koleżankom Poetkom. Koledzy Poeci nie dostali wisiorków, no bo też co by z nimi zrobili? I następnie obdarowana, jak i inni, przez Leszka pięknym granatowym długopisem, przy najbliższym momencie zamieszania, wyszłam z pokoju po... amerykańsku.

≈≈≈≈≈≈≈
W moim pokoju zastałam Julię. Była gotowa do zejścia w czeluście schroniska, czyli w część łazienną. Zabrałam więc i ja moje zbiory toaletowe i postanowiłam się dołączyć.

Ciemne schody, parter, następne schody i dotarłyśmy do łazienki. Tu zaczęła się najpierw zabawa z wyborem umywalki a następnie dokładne oględziny pryszniców. Z przerażeniem w oczach i Julia i ja także obserwowałyśmy śmigające nad nami komary, komary wielkości szybowców! Gzie tam, co ja mówię większe, większe od szybowców, długonogie, złowrogie, brzydactwa!

Julia była dzielna. Można liczyć na młode pokolenie, stwierdziłam z satysfakcją. Zdjęła but i zaczęła polować. A ja, myjąc zęby cieszyłam się, że dzięki jej determinacji mnie ominie zadanie eksterminacji komarów i innych stworzeń, które zadomowiły się pod prysznicem.

A wszystkiemu winne było otwarte okno w łazience, które z powodu upałów dostarczało świeżego powietrza w dzień, a w nocy błyszczało, wabiło jak pochodnia i zapraszało te wszystkie zabłąkane lataczki, skrzydlaczki, które nieświadome, co je czeka wlatywały w ciepło zaparowanego pomieszczenia.
A tu: Bum! Bum! Trzask! Prask!

Co by mój znajomy mnich buddyjski na to powiedział?

≈≈≈≈≈≈≈
Gdy wróciłam na górę, w pokoju światło nadal się paliło. Julia jednak już spała, spała tak, jakby to robiła od kilku godzin a nie od kilkunastu zaledwie minut. Zobaczyłam, że w dłoni trzymała kolorowy kłębek wstążeczek. Zastanowiło mnie to, pomyślałam: może to teraz zastępuje misie, inne maskotki? I miałam rację, bo tata Jacek następnego dnia odsłonił tajemnicę wstążeczek, nazywając je, o ile mnie pamięć nie myli: makumba. Przypomniał mi się wtedy bardzo spłaszczony szmaciany króliczek, z którym dawno temu zasypiał mój syn.

≈≈≈≈≈≈≈
Noc była długa, albo krótka, to zależy od punktu widzenia. Mój zakodowany od kilkudziesięciu lat rytm dzienny, podział na pory dnia, w ogóle czas, nie zgadzający się ciągle z obecnym, znowu dał mi się we znaki. Po wielu minutach, następnie kwadransach i w końcu chyba po godzinie poszukiwania dobrego miejsca w łóżku, poddałam się farmakologii: wzięłam tabletkę nasenną.

Zawsze, no może od kilkunastu lat, w moich podróżach wożę je ze sobą, bo obce miejsca mają to do siebie, że mnie łatwo nie usypiają. (A może i ja potrzebuję makumbę lub króliczka?) Niestety okazało się, że ta tabletka miała za sobą historię ... ponad rok w saszetce podróżnej, zabrałam po prostu nie tę saszetkę, którą przygotowałam na wyprawę poetycką. Zadziałała, ale nie miała jednak mocy takiej, jak tabletki najmłodszej generacji. Jednak musiałam usnąć, bo się obudziłam, co jest naturalnym następstwem snu.

- Słyszałam, jak w nocy wstawałaś – powiedziała rano Lidzia.
Było mi głupio, bo naprawdę się starałam, żeby jej nie obudzić. Julia spała tak mocno, że nie było obaw, że coś ją wytrąci z krainy makumby.
- Musiałam coś łyknąć, żeby usnąć a jak w końcu usnęłam, to trzeba było wstawać.

A było po co. Poranek ciepły, słoneczny, rozczochrany, beskidzki, pachnący schroniskowym drewnem poranek.

≈≈≈≈≈≈≈
Po zejściu do restauracji okazało się, że śniadanie było jeszcze mrzonką, ale dla mnie i tak najważniejsza była kawa. Co tam jedzenie, kawa! kawa to źródło energii porannej. Jako wytrawna i dobrze nauczona niewygodami podróży - a także częstym występowaniem braków w zaopatrzeniu w MOJĄ kawę - osoba miałam ze sobą przezornie przygotowaną porcję mojej instant.

- Poproszę o kubek wrzątku – powiedziałam do pana w restauracji, gdzie kilka osób już stało przy ladzie, studiując menu i najwyraźniej szukając KAWY. Na ladzie pod kloszem leżały kawałki serniczka i nawet myślałam, że fajnie byłoby od serniczka zacząć niedzielę, ale natychmiast przypomniałam sobie, że to przecież węglowodany, więc śniadanie nijakie i przępędziłam tę grzeszną myśl precz.

Triumfalnie wsypałam, brązowy aromatyczny proszek do fajansowej filiżanki. Byłam uratowana. Jako osoba, prowadząca bardzo regularny na co dzień tryb życia, musiałam mieć MOJĄ kawę, co ustrzega mnie przed bólem głowy i byciem nie w sosie. Od kilku lat na wszelkie wakacje, dłuższe wycieczki, wypady weekendowe wożę ze sobą MOJĄ kawę, w co wprawiam w zakłopotanie mojego męża, który najczęściej nurkuje pod stół, gdy ja przy śniadaniu w rozmaitych establiszmentach i bez względu na ich kategorię, stawiam przed sobą opakowanie MOJEJ kawy. Ja po prostu tłumaczę kelnerkom, jeśli w ogóle ktoś na MOJĄ kawę zwróci uwagę, że z zaleceń lekarza i swojego przekonania muszę mieć Taster's Choice i już. Nikt się nie sprzeciwia MOJEJ kawie, ponieważ każdy, jeśli kawę pije, wie doskonale co to znaczy. Muszę dodać, że innych nałogów właściwie nie posiadam, no może jeszcze gorzką czekoladę muszę mieć, gdy moja dusza łka.

Tu nie łkała, więc czekolada leżała zakopana w otchłaniach mojego bagażu. Śniadaniowe menu mówiło o naleśnikach, o kanapkach jakichś, o jajecznicy. Jajecznica najmniejsza składała się z jaj trzech. Było to arcyciekawe, ponieważ wydawało mi się, że międzynarodową miarą jajecznicy są jaja dwa, a wręcz jedno „of your choice” czyli do wyboru: na miękko, na twardo lub w postaci jajecznicy, ewentualnie sadzone, czy inaczej "sunny up". Tu jednak menu zdecydowanie głosiło: trzy, jako jednostkę podstawową.
Trzy to dużo, czyli małodietetycznie orzekłam i dlatego zjadłam chlebek ze żółtym serem i szynką.

≈≈≈≈≈≈≈
Poeci i Poetki po trudnej nocy - bo przecież był i konkursy i czytanie, czego końcówki nie doczekałam z powodu piasku w oczach i walki chociaż unikniętej z komarami - już zajęli miejsca przed schroniskiem. Nutka musiała i w nocy nie rozstawać się z przyjacielską gitarą, bo i teraz od samego chyba brzasku, w porannym słońcu siedziała, nuuuciiiiłaaa i wszyscy się zachwycali i ja też, chociaż nieco z tyłu byłam, bo śniadanie muszę mieć i wspomnianą MOJĄ kawę.


Świat był słoneczny, ciepły, jakby lato nie chciało dojść do swojego końca, umiejętnie kluczyło i grało na nosie jesieni. Tłumy wrześniowych turystów zaczynały zdobywać okolice. A my szykowaliśmy się do zjazdu w dół i dalej do wyprawy na Czantorię, gdzie, jak pamiętałam z przeszłości, czyhać na nas powinien jakiś podstępny fotograf, który zrobi nam zdjęcie fotelikowe na pamiątkę jazdy do góry.

Przeżyłam też chwile grozy. Jak to ja. Nie może być inaczej, Nic nie może się dziać zwyczajnie... Przed wyjazdem ze schroniska postanowiłam zaopatrzyć się w butelkę wody, albowiem dzień zapowiadał się upalny, długi i znowu pod górę. Weszłam więc z powrotem do sali restauracji i...

- Nie mam portfela – powiedziałam do grupki Poetek i Poetów, gdy wyszłam na zewnątrz i po przejściu śladem moich porannych peregrynacji doszłam do logicznej konkluzji: zgubiłam portfel...
- ???? – zdziwienie się malowało na ich twarzach. Odeszłam na bok, by bić się z myślami i pamięcią.
Starałam się przypomnieć sobie, co też takiego mogłam zrobić z portfelem dużym, zielonym, który łatwo widoczny, z powodów rozmiarów, nie da się łatwo zapomnieć i pozostawić bez zauważenia.
Wniosek pojawiał się najpierw jeden optymistyczny: musiałam przy ostatnim pakowaniu wsunąć go do walizki a ta odjechała z wyczerpanym – znowu – akumulatorem.
Drugi wniosek był jednak równie nachalny i ten dla odmiany mówił:
prawo jazdy, karty kredytowe, zdjęcia dwa, gotówka i ta i tamta, dobrze że bez paszportu.
I tak w kółko.
prawo jazdy, karty kredytowe, zdjęcia dwa, gotówka i ta i tamta, dobrze że bez paszportu.

Gdybym miała pieniądze, to kupiłabym butelkę zimnej wody i wylałabym sobie na głowę, żeby ochłonąć, ale pieniędzy nie miałam. Widziałam siebie żebrzącą u drzwi schroniska, dającą lekcje amerykańskiego-angielskiego, zmywającą naczynia i eksterminującą komary za drobną odpłatą, aż do chwili, gdy uzbierałabym kwotę potrzebną na opuszczenie Równicy a następnie gościnnego kraju.

Istniała również realna i bliska pomoc w postaci grupki Poetek i Poetów, czekających jak i ja na zjazd w dół i dalej dojazd do wyciągu na Czantorię. Myślałam sobie, no chyba wszystkiego wczoraj i dzisiaj nie wydali? Może te siedem złotych na pociąg powrotny do mojej Mamy się uzbiera... jakoś?

≈≈≈≈≈≈≈
Portfel był tam, gdzie pierwsza natrętna myśl twierdziła, że go zostawiła. Druga myśl została pokonana bezwzględnie i ku radości ogólnej.

Fanfary, werble, Nutka gra!!!

© Elżbieta 09.28.2008


i chyba już ostatni fragment relacji:
Piramidalne wieże i poloneza czas zacząć



Czantoria poddawała się tej niedzieli tłumom wrześniowych turystów, wycieczkowiczów, osobom z bliska i daleka, niewłaściwie zakładających, że do wyciągu nie będzie kolejki.

Kolejka była i to długa, a także nie tylko do wyciągu, ale do parkingów, które rozlały się w sposób bardzo naturalny w pobliskie uliczki. A kiedyś tam było tyle wolnej przestrzeni, znowu to kiedyś, myślę: kiedyś. Jednak nie mogłam się powstrzymać przed porównywaniem, samo się tak jakoś to nasuwało, kiedyś-teraz, huśtawka z deski. Jest inaczej, nie gorzej, nie lepiej, inaczej.

Wskoczyliśmy zgrabnie na siodełko poruszające się z jednostajnym przyspieszeniem w górę, wskoczyliśmy we troje, Lidzia, Leszek i ja. Podstępnego fotografa wyciągowego zauważyłam i pomachałam, żeby dać znać, że wiem, że teraz jest moja chwila na machanie.

Przemieszczając się wygodnie w górę, natychmiast zapomniałam o trudach wczorajszej wspinaczki i ślizgania się w dół po Równicy. Zastanawiałam się również, jak to robili ci wszyscy wcześniejsi zdobywcy Czantorii? Jak dostawali się na szczyt? Przecież wyciągu nie było. Czekali aż zbudują? A może nie? Pewnie mieli kije i buty narciarskie do kostek i wełniane skarpety a także plecaki płócienne i szli w górę.

•••••••
Widok przy wjeździe pod górę ogranicza się do lasu pod spodem, do połaci łąki wyciętej wokół słupów i podpór wyciągu. Las wychodzi na te łąki całymi płachtami paproci, niskich krzewów. Z tej siodełkowej perspektywy drzewa wydają się jeszcze bardziej przyjazne i aż chciałoby się w nie zanurzyć dłonie, przytulić. Niekoniecznie do iglastych, ale i te, gdy tylko trafi się na odpowiedni moment są jedwabiste. Na przykład, na wiosnę świerk, jaki posadziliśmy przed naszym domem ubiera się w jasnozieloną sukienkę, nową i bardzo jedwabistą, igiełki przy dotyku są gładkie, miękkie, prawie szmaragdowe pędzelki zieleni, które dopiero po kilku tygodniach sztywnieją i zaczynają kłuć.

Drzewa ze swoim wrodzonym stoicyzmem oglądają ten sunący bez przerwy od wschodu do zachodu sznurek gapiów wyciągowych, miłośników przygody, przyrody.

Wyskoczyliśmy z siodełek, które, zakręciwszy się na pięcie, pojechały w dół. Teraz czekał nas spacer w kierunku szczytu Czantorii, do wieży widokowej.

•••••••
Spacer kojarzy się z chodzeniem dla przyjemności, najczęściej w ciszy, spokoju, dla relaksu, odpoczynku od zgiełku, hałasu. Podejście do wieży widokowej nie kojarzyło się z relaksem. Tłum szedł pod górę, tłum schodził z góry. Nie dziwiłam się tłumowi, bo przecież pogoda była tak piękna, sprzyjająca chodzeniu a do tego miejsce piękne. Najbardziej podziwiałam determinację babć, dziadków, a także osób wielkości słusznej, na twarzach których widać było pot, rumieniec zmęczenia. Wszyscy jednak szli, szli, szli, musieli albo zejść, bo już byli na górze i wracali, albo wejść, wiedzeni ciekawością jeszcze nienasyconą.

W perspektywie szerokiej ścieżki zobaczyłam kolejnego smoka z mojego zoologa!

Kilka lat wcześniej
- Są wyższe niż zwykłe stopnie – próbował wyperswadować mi mąż. – Daj rękę i wejdziemy razem.
- Nie, zostanę na dole, a ty idź. Zrobisz zdjęcia i opowiesz, jak było – prosiłam.
Staliśmy u stóp piramidy Majów Chichen Itza na meksykańskim Yukatanie. Był upał, ponad 100 stopni w skali F. Przezornie, przed wejściem na plac, wzięłam od przewodnika parasol. Słońce było tu niemiłosierne. Paliło wszystko, tylko nocne chłody i sporadyczne deszcze dodawały życia trawie. Dżungla na obrzeżach ruin i placu dawała sobie radę dużo lepiej, ale trawa była niska i spalona. Plac był ogromny i ze wszystkich stron jakąś niewidzialną siłą prowadził do piramidy. Przyciągała swoją obecnością, ogromem, zagadką, jak kamienny magnes, pokruszony przez czas, ale ciągle majestatyczna, groźna, trudna do pokonania.
Byłam prawie pewna, że już nigdy więcej tu nie przyjadę, ale nie mogłam w żaden sposób przekonać, ani uciszyć mojego strachu przed wejściem na górę.
- Zobaczyć Wenecję i umrzeć – błądziło mi po głowie. Być u stóp Chichen Itza i poddać się sobie? To miejsce jest nieludzkie, nie wejdę.
- Spróbuj – mówił mój mąż. – Chociaż dwa, trzy schody – prosił.
- Dobrze, niech będzie. Spróbuję – zrezygnowałam na chwilę z obrony.
Rozejrzałam się wokoło, spojrzałam na innych, na ich technikę wchodzenia i zostawiając parasol u stóp piramidy, zaczęłam moją próbę.

- Wiesz, nie ma sensu – powiedziałam do męża, który cierpliwie czekał na pokonanie przeze mnie kolejnego gigantycznego stopnia – Ja wyżej nie wejdę. Po prostu się boję – i zeszłam a właściwie na pupie pokonałam z porotem drogę w dół.

Piramida szczerzyła się w złośliwym uśmiechu. Wygrała. Ale nie żałuję. Obserwowałam za to, jak zdobywali ją inni. Niektórzy po prostu wbiegali pod górę, inni natomiast wchodzili na czworakach. Schodzenie również odbywało się w różnych stylach: szybko, powoli, na pupach, albo wymagało trzymania się specjalnej liny na jednym zboczu budowli, lub tyłem na czworaka, jak z ogromnej drabiny, jednym słowem: pełna dowolność.
Podobno na górze jest bardzo mało miejsca, trudno się tam poruszać, a do tego zawsze jest tam kilku ciekawskich. Sam szczyt z niewielkim nieprzyjemnie klaustrofobicznym pomieszczeniem jest po prostu szczytem piramidy. Niedługo później oglądałam zdjęcia, które zrobił mój mąż, pokazywały wszystkie strony świata. Na jednym jestem ja, mała figurka pod parasolem.

Wieża, tak zwana widokowa
- Leszku, ja na wieżę nie wejdę – uprzedziłam, gdy Leszek stanął w kolejce po bilety.
- Opowiadasz – uśmiechnął się – Weźmiemy cię pod ręce i pójdziemy razem.
Tak, już to widziałam, pod rękę po stalowej siatce, wspólnymi siłami, czołowy poeta LW i pani czołowa poetka LK prowadzą mnie.
- Przepraszam, ale nie pójdę – byłam zdecydowana nawet do czynnego oporu.
- Spróbuj, chociaż trochę. Na pierwsze piętro – nadal próbował siły przekonania Leszek.
- Przecież wczoraj leciałaś a też się bałaś? – przypomniała Lidzia.
- Tak, ale to było zupełnie co innego – tłumaczyłam, czując jak moje nogi zamieniają się w przysłowiową watę.

Weszliśmy na pierwsze piętro. Świat wirował, ciągnął na wszystkie strony. Gdyby jeszcze konstrukcja była solidna, zrobiona z płyt a nie z tej prześwitującej, perforowanej stalowej siatki, gdybym nie czuła się jak człapiący ptak, któremu zapomniano, albo podcięto skrzydła, to może zamknęłabym oczy i poszłabym. Trwałoby to wieczność, ale może by udało się dojść.

Zastanawiałam się, trzymając się kurczowo Leszka, Lidzi a czasem jedną ręką ściskając poręcz, kiedy zaczął się ten mój lęk przed wysokością? Chyba znam odpowiedź, ale to zupełnie inna historia...

Jakieś dziewczynki, mijając naszą trójkę przyklejoną przy balustradzie uśmiechnęły się do nas. No tak, pomyślałam, śmieją się, nie uśmiechają, ale niech tam, ja wyżej nie idę. I nie poszłam.

Frytki
W kiosku, gdzie sprzedawano jakieś munchies pani zapytana o frytki odpowiedziała mi z jakimś słowiańskim akcentem:
- Za mało prądu na frytki – co wprawiło mnie w osłupienie. Pomyślałam jednak, że wyciąg pożera elektrykę i dlatego frytków nietu. Zadowoliłam się więc paczką czipsów, słonych i bardzo niezdrowych, ale jakże dobrze łagodzących moje porażki w walce z wieżowym smokiem.

Baszka zwycięża
- Weszłam – relacjonowała swoje zmagania z wieżą Baszka – na nogach z waty, ale weszłam.
Patrzyłam na nią z podziwem i nieukrywaną zazdrością. Baszko, o jedengo smoka mniej w Twoim zoologu strachów. Mój nadal siedzi i zionie ogniem i szczerzy z radości kły i macha ogonem.

Schodząc od wieży do wyciągu prowadziłam długą rozmowę z Evą, która niestrudzenie pokonywała zbocze, rozmawiając i ze mną i ze swoją córką. Szło się nam szybko i radośnie, szczególnie ja cieszyłam się, że znajdę się w końcu na wysokości morza.

•••••••
Przy końcowym przystanku, tuż przy platformie, gdzie wsiada się na wyciągowe siodełka, zauważyłam Zjawisko. Było młode, ciemnowłose, opierało się na ramieniu młodzieńca z podobnej grupy wiekowej. Zjawisko miało na sobie bluzkę czarną, obcisłą o jednym ramieniu, drugiego brakowało, i trochę reszty ciała próbowało okryć, czy ukryć w spódniczce ultramini zrobionej? Oczywiście! ze złotych cekinów! Nie wytrymałam, zauważywszy Zjawisko dyskretnie wybałuszając oczy zasygnalizowałam Evie jego obecność, znaczy jej obecność, znaczy tego Zjawiska obecność. Tak, trzeba mieć fantazję, albo bardzo kochać swojego chłopaka, albo mieć zamknięty dostęp do szafy za karę, albo inicjować trendy w modzie beskidzkiej, żeby złote cekiny wybrać jako materiał wspinaczkowy.

Czas na zajęcie miejsca na wyciągu w dół. Czy teraz wyciąg nie powinien nazywać się: ściąg? Mniejsza z nomenklaturą. Nutka ma przy bramce trudny moment, bo nie może znaleźć biletu. Jednak po jakimś czasie i ona pojawia się w okolicach parkingu na dole.

Pocztówka
Jazda w dół jest bardzo inna od tej w stronę przeciwną. Nagle, wcześniej zamknięta nieco perspektywa, ograniczająca się do zbocza porośniętego drzewami i niższą florą, otwiera się szeroko, jak przyjazne zielone ramiona. Widać góry, daleki horyzont, dużo, dużo nieba, czuję się jak zawieszona w ruchomej pocztówce, twarze ludzi podróżujących w odwrotnym kierunku. Tak zawieszona nad drzewami myślę, że jeśli teraz elektryka poszłaby w stronę frytek i musielibyśmy się na chwilę zatrzymać, to nie sprawiłoby mi to przykrości. Przystanek nad Czantorią, nad lasem, w ciepłą wrześniową niedzielę. Poza tym smażenie frytek nie trwa długo, więc i przystanek byłby chwilowy.

Na dole czeka nas trochę zamieszania przy wsiadaniu do wehikułów. Przy okazji okazuje się też, że część naszej - powiększonej w pewnej chwili - grupki została, bo planowała, na Czantorii. Ostatecznie wsiadamy w co się da, czyli zgodnie z dyspozycjami Leszka i jedziemy.

Jakieś przygody po drodze, ale Leszek jak to Leszek, wszystko natychmiast przeorganizuje, zreorganizuje, odkręci, podładuje, zakumuluje, pomoże i życie się toczy i mknie.
Wracamy.

Poloneza czas zacząć
Pożegnanie pod dworcem w K. jest krótkie, bo Baszka i Fred spieszą się na pociąg. Reszta też ma ustalone, mniej lub więcej, plany powrotne. Moje zmieniam w ostatniej chwili. Miałam kolejowy bilet powrotny do domu, ale pomyślałam, że wrócę taksówką.


Na postoju stał długi sznur samochodów. Pierwsza taksówka wyróżniała się swoim wyglądem, był to stary model poloneza. Na zewnątrz odrapana, zardzewiała, dobrze zakurzona. Przemknęło mi przez myśl, żeby nie wsiadać, żeby wsiąść do drugiej, która jak i pozostałe w kolejce była nowa, czysta. Natychmiast jednak przypomniałam sobie o zasadzie wsiadania do pierwszej. Nie byłam pewna, czy nadal obowiązuje, ale na postoju poza mną nikogo nie było. Nie miałam wyboru, nie mogłam szarmanckim gestem zaprosić osoby za mną, że proszę, ja nie mam nic przeciwko temu, żeby pan/pani wsiadł przede mną, ja poczekam, ja wsiądę do tej drugiej.

The Twilight Zone
Taksówkarz okazał się człowiekiem niemłodym, ale trudnym do określenia wiekowo. Był szczupły a nawet chudy, kościsty, musiał być wysoki, o czym świadczył fakt, że głową prawie dotykał sufitu kabiny, był ogorzały, jakby zamiast jeździć i dowozić pasażerów na miejsce, opalał się godzinami w przydomowym ogródku.

Wnętrze taksówki było gorsze niż jej zewnętrze. Ale już było za późno, mogłam nie wsiadać, trzeba było iść do pociągu. Okna udawały klimatyzację, siedzenia udawały siedzenia. Dobrze chociaż, że pasy działały.

- Dokąd jedziemy? – z wyjątkowo miłym uśmiechem zapytał kierowca.
Podałam mu adres i ...
O dziwo samochód ruszył, z lekkim oporem, ale ruszył, prychnął, zaczkał i ruszył. Katowice o tej porze były puste, i to wydało mi się trochę dziwne, ale natychmiast tę pozorną pustkę wytłumaczyły rozkopki, albo wykopki, najwyraźniej ogromne zmiany przy tramwajowych liniach.

Kierowca był bardzo rozmowny, chociaż przede wszystkim rozmawiał z ruchem ulicznym i osobami na chodnikach, które to rekwizyty nie zachowywały się według niego poprawnie.

Jechaliśmy w szumie, huku i przy wtórze szumiącego wiatru, który wzmógł się w chwili wjechania na autostradę. Od momentu zajęcia miejsca na tylnym siedzeniu, czyli przyklejenia się do obicia o bardzo trudnym do określenia kolorze, obawiałam się tego nieuniknionego przejścia z prędkości miejskiej do prędkości szybszej. Bałam się, że wysłużony polonez, pamiętający pewnie to i owo z historii mojej pierwszej ojczyzny, po prostu zatrzyma się przy wjeździe na autostradę i z włączonym kierunkowskazem będzie grzecznie i bezskutecznie czekał na wolniejszą chwilę, by włączyć się w strumień szusujących citroenów, chryslerów i opli.

Na autostradę udało się wjechać, proszę nie pytać jak, ponieważ zamknęłam oczy, więc z dalszą podróżą nie powinno było być problemu. I nie było, poza tym, że dość droga ta podróż polonezem ze strefy mroku była, oj dość droga była.

•••••••
Wróciłam do rzeczywistości.
Czekał na mnie obiad.
Mama i siostra czekały na sprawozdanie z dwóch dni.

•••••••
Słoneczna i upalna wrześniowa niedziela - jak się miało niedługo okazać, ostatnia z przypiętym medalem słońca - dobiegała końca.

© Elżbieta 10.02.2008


Kilka zdjęć ze spotkania:

w środku Lidzia



a tu Leszek uśmiecha się, bo ma spadochron


w hangarze było tłoczno


Leszek i Jacek

Leszek i Jacek

nos Red Baron'a
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
mirakaz 


Dołączył: 06 Cze 2008
Posty: 301
Skąd: Kingston, Ontario KANADA
Wysłany: 2008-10-07, 05:08   

Wspaniała relacja z wyprawy do krainy smoków.
Czytając to można to wszystko i widzieć, i słyszeć , i czuć.
Jedyne co mogę dodać, to: szkoda, że i mnie tam nie było.
Dzięki.
_________________
MiRaKaz
[Michał Kaźmierczak]
 
 
Elżbieta 
E.M.B.A.


Wiek: 27
Dołączyła: 21 Sty 2008
Posty: 18479
Wysłany: 2008-10-07, 15:45   

mirakaz napisał/a:
Wspaniała relacja z wyprawy do krainy smoków.
Czytając to można to wszystko i widzieć, i słyszeć , i czuć.
Jedyne co mogę dodać, to: szkoda, że i mnie tam nie było.
Dzięki.

Michale, dziękuję za nocną wizytę i miłe słowa.

Szkoda, szkoda, że Cię nie było sąsiedzie, że nie mogłeś się zjawić na spotkaniu, bo pewnie napisałbyś relację ze swojego kąta... spojrzenia.
:)
serdeczności
E
_________________
przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
ˆ E

 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Elżbieta » Szybujący poeci


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo