tak to już pora najwyższa
zebrać smutku fałdki
uśmiechu spiąć klamrą
zwrócić morzu słone perły
w jantarowych ramach
nowy witraż ułożyć
ze słonecznej przędzy
miękkimi splotami
snu materac utkać
tak to już czas
nurt rzeki ugłaskać
postrzępiony brzeg szlifując
wyjść gwiazdom na spotkanie
pegaza za skrzydła chwycić
poszybować rozpuszczając myśli
wykorzystać sprzyjający wiatr
przespacerować się na tęczy
w wiośnie zanurzyć twarz i trwać.
(07.04.04r.)
„Spojrzenie”
Wiem nie wrócą tamte chwile
nurt rzeki porwał drobiny
niosąc ku nadmorskim łachom
udało się jednak może nie tak
ale ochroniliśmy szczyptę dla siebie
jeszcze trochę potrafimy mówić
każde sobie oddzielnie
a jednak coś wspólnego
uliczny kosz na węgiel
nie zatrzymamy wiatru
możemy tylko wdychać
aromat wspomnień który niesie
puszczając cugle wyobraźni
pocwałować na morskiej bryzie
zapominając przez milisekundę.
(07.04.04r.)
"Dzisiejsza cisza"
Tak tu cicho dzisiaj
tylko wiatr śpiewa z ptakami
huśtając się na słonecznych nitkach
frywolny strząsa wianki
pierwszej pannie młodej w sadzie
rubasznie śmieje się w trawie
jeszcze nie wybujałej zbyt mocno
a już dziewictwa pozbawionej
pierwszymi zakochanym krokami
tak tu cicho dzisiaj
fiołki chyba mnie odurzyły
i choć stąpam szybuję po niebie
zaczepiam włosami chmury kłębiaste
jak watę cukrową biorę do ust
sprawdzam czy są wystarczająco słodkie
puchatym rzepem rzucam przed siebie
może gdzieś wpadnie komuś do oka
wiosennym śmiechu promieniem
tak tu cicho dzisiaj
mocną klamrą spięte portiery smutku
zza figlarnej zazdrostki podglądam księżyc
gdy kokosi się wśród gwiazd
odsłania pyzate śmieszne lico
to z kokieterią przysłania obłokiem
rzuca most nad dachami
ażurowa konstrukcja lekko drga
pierwszym przęsłem na twym parapecie.
08.04.04r.
specyficzny strop
założyłam kasetony
każdy z odpowiednim słowem
szepczą na granicy nocodnia
w przytłumionym świetle
zza błękitno-gwieździstej firanki
mienią się bursztynowo
uspakajają znerwicowaną ciszę
czeszą rozczochrane sny
slalomem wśród rudych wierzchołków
wygładzają zmarszczki na poduszce
dbając o moją twarz
bym uśmiech miała bez załamań.
2004-04-16
„Degustacja”
I znów ucieka nie skrystalizowana
jeszcze bez kształtu ulotna
pragnęłam tylko ją uformować
wziąć w palce na kole garncarskim
nadać znaczenie wyrzeźbić
sercem wypełnić
potem na stół twoich dłoni podać
jak smakowity poncz
by wspólnie przez słomki sączyć.
(17.04.04r.)
"Rękodzieło"
Na garncarskim kole położę
ciebie siebie to co było
dodam trochę marzeń
skropię kryształową łzą
i delikatnie obracając
amforę na jutro uformuję
w piecu serca wypalę
maczając pędzel w palecie nieba
scenkę rodzajową namaluję
więc będzie pies w słońcu skąpany
i las brzozowy tańczący na wietrze
i smuga dymu nad łąkami
wszystko w półmisku naszych dłoni.
2004-04-19
„Poświata”
Zagrajmy w światłocienie
błysk smakowity na ustach
w oczach blask księżyca
po ścianie suniemy ostrożnie
tylko dotyk opuszków
świadczy o bliskości
gęsty jak marmolada mrok
tuli w ciepłych ramionach
rozgrzeszając z przeszłości
ciekawska latarnia
zagląda przez nie zasłonięte okno
półcieniem splatamy się
wrzący rytm srebrny obłok
w ornamencie dłoni
podsumowany dzień.
(21.04.04r.)
„Wiosenną porą”
Spójrz obrus zakwitł wiosennie
w zieleni stoi talerz z keksem
drażni aromatem czarna kawa
w słonecznych promieniach oczu
spotykają się ręce
by mówić za wnętrza nieśmiałe
czujesz usta ciszą nabrzmiałe
pękają za dotykiem języka
spadając dźwięczną kaskadą
porywają nas rwącym nurtem
by ujście znaleźć w splocie fal
w koronie dłoni nasze twarze.
(29.04.04r.)
„Przystań”
Wróć nim usłyszysz płacz gwiazd
wiatrem niesiony wśród drzew
samotnych skamieniałych ławek
wróć tylko ty sprawiasz że kwitnie
kwiat jednej nocy nawet w dzień
i z cieniem splata się cień
wróć nie czekaj łkania liści
gdy nowy wstaje dzień
gasząc pragnienie zostań
by cisza ciszą rozkwitła
spokojnym nurtem płynęło słowo
wróć brzozowym laurem ozdób skroń.
(18.06.03- 23.05.04r.)
„Gdzieś....ktoś...”
Między polnym makiem
a błękitną niezapominajką
złamane trawy odbiciem stóp
cisza ściele się nisko
ciężkim aromatem jaśminu
reminiscencją młodości
płucze twarz w strumieniu
jak kiedyś a jednak
to już nie ta woda
wieczny tułacz wiatr
rozwiewa nie zapięte poły
niosąc muzykę sprzed lat
z sakwą na ramieniu
ciężką od wspomnień
wędruje za tym co nie wróci
zanurzając się w szumie drzew
szukając minionego dnia
gubi drogę do serca.
(27.05.04r.)
„Letarg”
Z dnia na dzień powoli
kapie nieubłaganie
dodając nowych srebrnych
szarobłękitne zadumane zapatrzone
nie śmieją się
bólem palą wyschło już źródło
tak dawno nie tulone
poprzecinane liniami
drżą leciutko zgłębiając codzienność
nie ma sensu wpatrywać się w drogę
wciąż szumią te same brzozy
znajome kroki okrywa cisza.
(13.06.04r.)
„To nie ja płaczę”
Mokre przecinki na szkle
szumią zielono po drodze
uciekając do tyłu
szaro-zasnute nie przepuszcza
marchewkowych refleksów
ociekają smutno zwieszone
zabrałeś kolorowe parasolki
na pustej plaży
morze liże ślady stóp
śpi w żaglach cisza
poderwany do lotu
krzyk krąży nade mną.
(24.07.04r.)
Uciszając burzę
I znów jesiennie zawirowały
zwiędłe pragnienia
jak martwe liście
kilka drobiazgów cudu nie czyni
lustro kałuży
drwiąc wykrzywia usta
w tył w przód
jak koń na biegunach
osierocone kołyszą się myśli
łagodne mrucząc biało-szary
puszystym kłębkiem na kolanach
falą spokoju się rozlewa
w oczekiwaniu kwitnie orchidea.
(02.11.04r.)
Rady dobre na wszystko
Każecie mi wierzyć
w nowy dzień
(bo wiara cuda czyni)
powtarzacie uparcie
znajdziesz tą czterolistną
i uśmiechnie się do ciebie
...........................
podsycałam nadzieję
ufałam że wzlecę
spadając niżej i niżej
nie tracąc wciąż wiary
zanurzałam się w mule
pijawki upuszczały krew
.............................
mówicie wystarczy tylko chcieć
nie jest jeszcze tak źle
wytrwali zdobywają szczyty
musisz przeczekać cierpliwie
teraz już będzie tylko lepiej
„ Jaś nie doczekał”.
(22.11.04r.)
pierwszy krok
wiesz na nowo się śmieję
na przekór
to dziwne przecież zima
śnieg skrzypi pod stopami
nie dotykaj
zbyt krucha jeszcze
widzisz te rysy
aprobata hartuje
ciepły kłębek cicho mruczy
pulsuje jeszcze podeszwa
to wolniej to szybciej
w przypomnianych rytmach
przez pryzmat zerkam w głąb
budząc leniwą stróżkę
kiedyś zatańczę na dachu
20.12.04r.
. przednówek O złotą wieżę piastowską
gdzieś niedaleko pada
powietrze pachnie wilgocią
ospale siadając na gałęziach
wróble pokrzykując na siebie
otrzepują zmierzwione piórka
gubią ziarenka snu
mówią że mam czym oddychać
a ja okradziona z twoich płuc
duszę się co rano
rutynowo wypełniam kroki
potykając się na okruszkach
zapomniałam sprzątnąć po tobie
i gdy zimne promienie
wciskają się przez zawieszony ażur
uschnięte wyrzucam paprocie
09.01.05r.
pogodnie
powracają utrudzone
z pielgrzymki do „Mekki”
nie odnalazły gwieździstego szlaku
w gorących pustynnych piaskach
fatamorgana kusiła studnią w cieniu palmy
kruki jak sępy krążyły uparcie
wydziobując słońcu oczy łzawo kończyły dzień
to nic że zmizerniały zszarzały
znów pączkują gdy trzymam je w dłoniach
popijając ciepłą kawę dopinam im skrzydła
jeszcze mróz powozi wielką niedźwiedzicą
w dziuplach śpią ptasie trele
biegnąc na spotkanie ślizgają się buty
zadzierając noski wypatrują ciepłej gwiazdy
jak pisklęta ćwiczą swoje pierwsze loty
ostrożnie podrywając się z dużej wskazówki
jest znowu szósta rano
11.02.05r.
zmiana
tak bardzo chciałam zdążyć
biegłam z wiatrem na wyścigi
wśród śniegowych płatków szukałam
czyż wierzyć można w tej chwili czar
bluesowo tańczącej nad ranem
wieczorem gorącym tangiem
kocią pieszczotą zajęte kolana
dziś pada na innej drodze
10.08.05r.
oczekiwanie
nie wiem czy dziś
może za tydzień lub dwa
rozgości się
rozjaśni pochmurny dzień
ze słońcem na wyścigi
ogrzeje zmarznięte wnętrze
nie wiem czy dziś
może za dzień lub dwa
spotkamy się
rozkołysany żyrandol rzuci cień
spod nóg ucieknie podłoga
dłonie na karku splecione
18.08.05r.
gra warta świeczki
uśmiech zagościł bo przecież tak trzeba
niech nikt nie widzi zaciśniętej szczęki
a nawet jeśli łza spod rzęsy ścieka
niechajże myślą to ze szczęścia pełni
stare przysłowie o tym już powiada
chwaląc pod niebo wielki kunszt aktorski
co na oblicze wkłada maskę klauna
by radość głosić gdy ból serce kroi
wszak szczere lico drwinę może wzbudzić
albo litości nie daj boże odruch
więc strójmy domy kwiatem jednym drugim
nie dajmy smutku swego innym poczuć
25.12.05r.
w zieleni łatwiej
tak malutko mnie w tobie gdy wirują
porwane wiatrem niewinnością kryjąc
nic nie pomoże eros choćby z kuszą
gdy w inną stronę patrzysz kręcąc szyją
mam się nie smucić wiem nie płaczę przecież
tylko czasami jakoś dziwnie w duszy
i nie wiem czemu czekam aż mnie wzniesiesz
w zachwycie strojem nad wyraz kusym
ciągle powraca jak fala przyboju
zieloność chwili gdy w kołysce ramion
dawałeś ciepło memu wnętrzu poczuć
wśród przeszkód różnych lawirując gładko
dzisiaj samotnie wysłuchuję ciszy
słychać ją nawet kiedy cohen śpiewa
codziennie wstaję porankiem zimnym
tęskniąc do liści tańczących na krzewach
10.01.06r.
wiosenne rozterki
nie mam starego kufra po prababci
co kryłby w sobie młodości sekrety
ani świetlika żeby w gwiazdy patrzyć
marzeniami cieszyć
olbrzymie miasto sprzyja zagubieniu
nad głową piętra pełne obcych ludzi
zamknięte światy nie dają się przeczuć
pozwalają łudzić
czasem gdzieś tęcza postawi pomosty
ponad dachami pokonując przestrzeń
chciałabym wtedy z obłokami gonić
co czuję powiedzieć
02.04.06r.
rozważania z hamletem w tle
rozmyślania nie prowadzą do niczego dobrego
analiza zachowań budzi wątpliwości
przyzwyczajenie pokonuje siłę przyciągania
zwiększając trajektorię wprost proporcjonalnie do tęsknoty
łamie nadwątlony pień nie zważając na otwarte ramiona
szczyci się trwałością gdy zimne ściany wokół
i głos uwięziony w krtani
to ważne żeby wiedzieć którą strunę trącić
by zatrzymać kroki kusząc wzrok
słup soli nie odejdzie rutynowo wspinając się
niewiążące rozmowy polityka dzieci rozrywka
płyną ponad martwym stołem
odleciały żurawie zmęczenie wyrywa kolejne pióra
samotni obok w drugim dnie kryją uczucia
09.06.06r.
w górę rzeki
uwiera kamieniem w bucie
drąc delikatne
zakwita makiem na śladach
w jedną noc kradnie
spływając śniegiem na ramiona
pogłębia bruzdy
odbiera chęci
gasząc nieśmiały uśmiech
wmawia jesteś do niczego
nie mam sił
pod prąd tylko pstrągi
zgodnie z naturą
11.06.06r.
kapitan schodzi ostatni
jej maleńką apokalipsę rozpoczęło lato
schylające się po wrzosy
nie wtedy jeszcze nie wiedziała wpatrzona
w purpurę na wierzchołkach
chwytając tiulowe nitki chciała utkać przyszłość
z poranną rosą półmiskiem ust
wypełnionym ciepłym słowem
pod baldachimem upiętym księżycową kameą
ot romantyczka
gdy nadeszła pora międlenia dojrzała pękający strop
wsparty na świeżych podstawach chybotał niebezpiecznie
choć jak to laikowi wydawało się że starczy tylko
trochę czułych dotknięć by zmienić w tęczową mozaikę
z każdym ziarenkiem coraz widoczniejsza była ruina
a jednak nie potrafiła odejść wciąż widząc tamtą alejkę
chociaż wirowały białe puszki osiadając kotkami na wierzbie
i prócz szkieletu nie zostało nic trzymała się kurczowo
ot paranoja
21.06.06r.
przeważona szala
trudno uwierzyć patrząc na zerwaną nić ścieżki
tam na końcu błyszczała kolorowa
starczyło stać obok tropiąc chochliki rozciągające siateczkę
czuć ciepło linii papilarnych sunących od karku w dół
tańczyć
wiało już od jakiegoś czasu
sypiąc w oczy pustynnym piachem
palące powietrze spijało ostatnie krople wilgoci
odbierając zieleń
na nic zdała się szkoła przetrwania
płowo-złoty płaszcz zdusił płomień
wczoraj była burza ścianą deszczu rozmywała litery
w rwącym strumieniu odpływały ostatnie
nie przekroczę cienkiej granicy pomiędzy
choć nic nie zostało znów brakło tej szczypty
nikt nie czeka
22.06.06r.
orzeczenie
lipiec tamtego roku był gorący i zieleniała trawa
słońce srebrzyło skrzydła a pszczoły uśpiły czujność
pod czarcim kopytem szaman w rytualnym tańcu
lizał nam twarze rozjaśniając oczy pod ukrytą jemiołą
jakby to było pierwszy raz nigdy wcześniej nikt
w zapachu ziół płynęła rzewna melodia rozgrzewając
coraz śmielej biły zagubione w samotności nie przeczuwając
bo i jak gdy w ciemnej izbie lśniła tęcza
mogłabym no właśnie co skoro chwytałam chwile
nie widząc dziur omijając szerokim szalę twojej przeszłości
gdy wyciągnęła dłoń odszedłeś by tańczyć jak kiedyś
parkiet wciąż uwielbia wasze kroki
dziś słyszałam puszczyka w uzasadnieniu powiedział
kłusownikiem trzeba się urodzić wtedy spiżarnia pełna
czerwiec tego roku odnotuje wzrost zasolenia
zapisując ostrymi kryształkami ostatni rozdział
24.06.06r.
na początku było słowo a potem ukradli ararat
pamiętam kawę na tarasie w porannym słońcu
śpiewały ptaki śmiesznie przekrzywiając łebki
pytałeś czy nie jest mi chłodno
wcześniej zamorskie drzewa otulały mikroklimatem
znak zakazu jak mówiłeś stracił ważność
jabłecznik na gorąco wyglądał tak apetycznie
gdy znikał w rozchylonych ustach
a oczy błyszczały odległymi galaktykami dodając blasku
opowiadanym z zapałem historiom
słuchałam nie było ostrzeżenia
niczym latawce wznieśliśmy się pod chmury
świadomie czy nie jak na pustyni odsłoniłeś oczy
wiodąc w głąb ogrodu rozrysowywałeś na skórze ścieżki
odkrywając przede mną smak czułości wtulonej w ramiona
jak motyl żyłam krótko
25.06.06r.
krajobraz bez tęczy
za górami za lasami tak zaczynają każdą bajkę
chmury od podszewki jak niebotyczne himalaje
wznoszą się lśniąc diamentowo zimne
pomiędzy nami dość nieba z zaśnieżonymi szczytami
dzisiaj góry zastąpiła pustynia ocean piasku
falował brzoskwiniowo w niknących promieniach
wokół żadnej zieleni powietrze lepiło się do skóry
boleśnie uwierał okruch myśli
z pojedynczych słów jeszcze nikt nic nie zbudował
lecz chciałam czekać pozwalając rozrosnąć się
nie wierząc by miała wrócić samotność
na pustej ławie opuszczona filiżanka
27.06.06r.
miało być pozytywnie
chciałabym myśli w piękne ubrać słowa
by ścieżką wspomnień gdy kwitła nadzieja
móc z tobą miły pod rękę wędrować
na uśmiech losu jeszcze raz poczekać
chociaż upalny czerwiec za oknami
lepkie powietrze tuli się do ciała
to nie przestają chmury się gromadzić
nad moim domem choćbym się wzbraniała
trudnych wyborów przyszło nam dokonać
nie ma już marzeń zbutwiała nadzieja
przed dniem jutrzejszym dominuje trwoga
nie mamy siły w dłonie dzień nawlekać
bezsenną nocą znowu zagubieni
w odległych nieba obcych galaktykach
na swoją modłę popadamy w niebyt
że piszę smutno czytelniku wybacz
28.06.06r.
miernota
nawet maski założyć nie potrafi
by z pełnym uśmiechem mijać prawdę
na skrzyżowaniu na pewno trafi w ślepy zaułek
uderzając głową w kamienice zapłacze nad gwiazdami
co tylko w oczach pełnych chmur
podda się nim trener rzuci ręcznikiem
idąc chodnikiem zedrze kolana kaleka bez łokci
uderzona kamykiem jak szyba w samochodzie
drobnym makiem wpada w szczeliny klejona maleje
nie gra w karty choć ani tu ani tu nie ma szczęścia
gubiąc kolejne liście traci resztki wiary
wszakże nie można dotknąć słów
nie jest w stanie kwitnąć bez współudziału ust
rysujących mapy szeptu pieczętującego pewność
ukąszona odrzuceniem introwertycznie znika
zatrzaskując drzwi zapodziewa klucze
czekając albo i nie patrzy na porastające perzem gruzy
krzyczy zaciśniętą krtanią przecież mogłaby zranić
01.07.06r.
w letargu
płynęłam wśród obłoków
wyglądając lśniących bursztynów
ukrytych w kopercie powiek
widziałam warkocz bereniki
oplatający nasze dłonie
i pokonaną hydrę
stary latarnik zapalał lampy
byśmy nie pobłądzili
lądując wśród burzy
lecz nadszedł dzień
gdy zaatakowało tsunami
zmartwiało porażone wnętrze
dziś patrzę na rozdartą brzozę
obserwuję toczące się życie
próbując odnaleźć sens