Prześcieradła pól wygładzone zielenią
kuszącą jak w k-raju…
Z podgłówkiem wypchanym podsuszoną lawendą
strumienie zapachów ścielących się przed nami,
jak w bajkach dla dzieci grzecznie prowadzą do chatki
z ogromnym zegarem bez klucza, gdzie czas kręci się
w drugą stronę a na ścianach, prowadzących do samej wysokości,
zwierciadła tulą się ze strachu płaskie, żeby ich nie zauważyć,
nie rozbić kruchości odbicia spojrzeniem nieuważnym.
cisza tu od zawsze, albo jeszcze dłużej. poznać po pajęczynach.
chociaż kolorowe to wiem, że utkały je pająki, których tak się boję.
(W kinie siedziałam z podkurczonymi kolanami)
pod sufitem, którego nie widać, jest coś, czego się spodziewamy
uwieńczenie, początek, drugie dno, w świat przeczuwany przejście.
jak barwy przykryte ciemnością Mammoth Cave, stan Kentucky,
gdzie większość powierzchownych zmysłów je postradało.
okna są, lecz nic przez nie nie widać, albo wszystko, czego się nie chce.
brzydkie lampy uliczne, ludzi w szarych twarzach i połamane ławki
w kolorze zielonym - koniecznie - nie deptać. szanuj zieleń, jak wzrok,
który kiedyś może jeszcze ci się przydać i wyprowadzić z labiryntu
na słońce, albo trzy - każde na pamiątkę nie narodzonych dzieci.
zamieniam się w małą niebieską rzecz. small blue thing. tak małą, że
nie sposób nie schować jej w dłoni. toczę się, kuleczka ze szkła, kryształu,
marmuru. doskonale okrągła. rozbijam się w miliardy okruchów nieba
nad autostradą 74
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E