Spotkałem w mieście sobowtóra. Wykapany ja, jakby zrodzony z jednego pnia. Naprawdę!
Żeby tylko sobowtóra. Nie dał mi dojść do głosu. Mnie! Zaczęliśmy mówić jednocześnie, w końcu przekrzykiwać. Kurde, nawet w zachowaniu był taki, jak ja.
Wkurzyło mnie to jego pokrzykiwanie. Odwróciłem się i wzruszyłem wymownie ramionami, aby okazać mu całkowite „desinteressement”. „Sobowtór, ale niech rozmawiać z obcymi nauczy się! Kultura zobowiązuje”.
Jednak… może to mój bliźniak? Odwróciłem się en face. Dalej stał i tylko na mnie patrzył.
Nagle zniknął. Za to przede mną pojawił się całkiem obcy człowiek.
Cholera! Kto to wymyślił, aby w drzwi do budynku wmontowywać lustro?!
Wykapany ja, jakby zrodzony z jednego pnia. Naprawdę!
Nie do końca... Gdybyś się przyjrzał uważniej, mógłbyś zauważyć, że Twoja prawa ręka jest jego lewą ręką; zresztą nie tylko ręka.
Gdy nasze ja, zawsze żyjące mnóstwem różnych rzeczy, będących tylko myślą o tych rzeczach, jakimś przypadkowym zrządzeniem przestanie je widzieć przed sobą, nagle zaczyna myśleć o sobie i znajduje tylko jakiś pusty aparat, coś, czego nie zna i czemu usiłuje nadać trochę rzeczywistości za pomocą wspomnienia twarzy dostrzeżonej w lustrze.
/M. Proust/
Gorgiaszu - w tym drabbelku wszystko jest przenośnią, taką wiwisekcją własnego ja - spojrzeniem na siebie z boku. Całkiem ciekawych a niespodziewanych rzeczy można się o sobie dowiedzieć, właśnie jak o obcym człowieku. Tylko trudno tak stanąć...