Dawno, dawno temu, a może jeszcze dawniej, kiedy ludzie lękliwie przemykali po ulicach między pędzącymi stadami świętych krów spalinowych, było sobie Królestwo zamieszkane przez dwa oddzielne narody, a jako że to były narody, tedy piszą się wielkimi literami: Politycja i Lud. Stosunki między nimi były proste: biedny Lud budował mosty, zbierał zioła, czyścił brudy, uczył w szkołach, w polibudach — a Politycja tym się zajmowała, że mu coś cięgiem zabierała: panowie i panie, co niesiecie w dani? Zabrała Ludowi złudzenia, że świat na dobre można zmieniać; zabrała Ludowi honor, wtrącając Królestwo w haniebną wojnę na innym kontynencie; i bez przerwy zabierała Ludowi pieniądze, pieniądze, pieniądze... Politycja lubiła pieniądze i potrzebowała ich dużo.
Odwiedzali Królestwo wędrowcy z dalekich stron, ale żaden nie zagrzał miejsca. Przyleciała Mądra Sowa — Król ją kazał deportować. Serca głos się rozległ w dali — politycy je wygnali. Nawet Brzask, Zapowiedź Świtu, stał się wrogiem i banitą. A Politycja wysiłkiem Ludu stawiała coraz to nowe pomniki na własną chwałę, a jak brakowało miejsca na nowe pomniki, to je stawiała na starych.
Aż raz na to dawne, dawne Królestwo przyszła okropna Śmierć Latająca i zabrała Króla wraz z połową Politycji. Zasmucił się Lud Smutkiem jak noc czarna, bo chociaż jego dola zawsze była marna, była to przecie jego własna dola, pod własnym Królem i z własną Politycją na przedzie, którą teraz los przerzedził. Ów Smutek się wcale nie wzdragał, jak grom się przez serca przetoczyć, i kirem zakwitnąć na flagach, i łzy napompować do oczu...
A było w Królestwie Wzgórze Żywe, drzewiej należące do wielkiego Smoka Złego, co ział ogniem i siał grozę, przez Szewczyka przegnanego, czy to Smok był, czy dinozaur, w każdym razie po wywłaszczeniu Smoka Wzgórze zostało znacjonalizowane i ogłoszone własnością Ludu. I ta resztka Politycji, którą Śmierć Latająca ostatecznie ze szponów wypuściła, postanowiła odebrać Ludowi Wzgórze Żywe i postawić na nim pomnik zmarłego Króla. Tak jeno, żeby nie wyjść z wprawy w zabieraniu.
Ciężko było Ludowi zdobyć się na kolejną dań, ale to był Lud poczciwy, rewoltami niezatruty, zatem oddał Wzgórze Żywe, i dołożył jeszcze Smutek: jak Wzgórze wasze, to i Smutek wasz. Odtąd, wobec braku Smutku, Lud weseli się i pije, Politycja łka cichutko, a kir na sztandarach gnije, bo nikomu nie chciało się go poodczepiać po zakończeniu żałoby.
Dawno, dawno temu, a może jeszcze dawniej, smutna Politycja dokonała elekcji nowego Króla, zabrała Ludowi jeszcze wiele dotąd niezabranych rzeczy, jego wysiłkiem postawiła sobie wiele nowych pomników i wszystko jakby wróciło do normy. Ale już nigdy Lud nie zapłakał nad swoją Politycją, bo nie miał już Smutku. Smutek pozostał przy pomnikach i na Wzgórzu Żywym.