Miał być wyrazem moich wnętrzności, intrygą i zbawczym: o Jezu, ja nie mogę, ale wydarzyło się inaczej niż zaplanowano. Wywołało go coś na twarzy. Burza, deszcz, mgła. Rozlane mleko i kocie odchody na wspólnym korytarzu. Podrapanie go nie pomogło, a raczej zaniepokoiło najbliższych.
Najbardziej wyżłabia się na czole. I od razu suponuje hormonalną burzę. Niby to nic takiego, a jednak ma w sobie ogień. I bruździ przez cały dzień. Wylaniem dziecka z kąpielą, dziękuję u listonosza. Jest jak linoskoczek, ale co mogę na to. Nie patrzę wtedy na siebie w lustro. Wolę unikać spojrzenia Alicji, ciągle zamkniętej za szklaną taflą. Popukałaby się w czoło i krzyknęła do mnie, jak zazwyczaj: głupia, delicje i tak ci nie pomogą, starzejesz się. Mówiąc delicje miała na myśli kremy upiększające i pozwalające się pozbyć natrętów. No tak, dziś pojawiło się również. Po upadku ze schodów. Bim bam bom...
Ciekawe, co powie psycholog.