Noc daje wiarę - Nokturn rodzi ją we mnie, kiedy palcami ostrożnie całuję czarne klawisze, że wróci stracone szaleństwo; stanie i zanuci, przed wpiętą w nasz naród męką i zbiorowym cierpieniem, szopenowskie walce.
Pogłębione noce, w których nieważny jest zgrzyt serca, ani rosnące do ścieżki stopy –
nieważne są szklane marsze ważek ani motyle grzęznące przy suficie, kiedy myśli się trwoni
głupie i boże.
Wstydliwy krajobraz, jak w szkatułce skrawek twarzy, którą jeszcze raz, przed odejściem, trzeba zobaczyć. Czuję powinność, by pod płaszczem przemycić moją krew zakochaną w nutach i przedstawić ułomny poemat; zimowe remedium - dla kraju i dla mnie - skromną obwolutę.
Nokturn pierwszą suknię włożył; po torach stąpają wiejskie konie i sypiące się wozy o rozkołysanych biodrach - już nocną strużką wędruje jęk prędko tłumiony; żal nie poskładany wciąż żrący polskie ciało. Smutny jest wasz lęk, którego ani sen, ani koszmar nie pokryje.
Smutny jest mój udział, jako, że siedzę przy zdrowym - znudzonym, który nie wie czego
mu potrzeba do wstania z łóżka.
A przecież tyle krwi było! Kawiarenek wplecionych w uliczną wiklinę, łąk obłąkanych leniwą rozmową i ciężkim winem. Tyle spotkań w ciemnych zakątkach, kiedy wszyscy rodzice spali pod baldachimem. Bajkowych ogrodów, z których słychać było jedynie otyłość księżyca, ostry tętent koni i nucące starą melodię tramwaje.
A przecież byliśmy namiętną rasą! Gorliwym okiem wpatrzonym w wysoką gwiazdę.
Odważnym krokiem, który doświadczyć chce tego, co nie da mu zasnąć. Byliśmy symfonią o tłumnych menuetach i czterech! pięciu! wariacjach. Całe miasto oddychało w podnieceniu
jak para wpatrzona w swoje oddechy, falujące wściekle.