To już kraniec powiek pustyni
i początek spopielonych lasów,
w których przekwita bieda Abisynii
i kwiat nieznany w świetle atłasu...
Wiosna
Mimo, że śniegu wciąż odrobina i szare zające – pod rynnami iglastego lasku – podskakują żywo, to w przedsionkach już czerwień poważnie rozpita; rozgrzana w myślach, w stawach przytrzymana, do podłogi zmierza przez rozhuśtany trzon ciała.
Jeszcze się plącze w trzewiach smak taniego wina i zimny owad w kość uszczypnie czasem. – Koniec! Dzisiaj, kiedy już się zegar o jeden rząd przesiądzie, zimowe bractwo dojrzeje – głogiem tlące i cykasem. Niech nikt nie wspomina, jakby była chorą babką, której odejście w rodzinie pokornie się przeżywa. Schowajcie obuwie pod srogi gust zakładane - dziś boso! Niech się pokaleczą w dziecinadach zmysły zaspanego ciała. Niech krwawią brzuchy, tak długo w cieniu – za pasem świąt i rozważań.
Płuca przysiądą jak motyl, na trawie zgiętej przez młody połóg. Nabiorą w macierzyński rozum błękitu i z listkiem pomiędzy biodrami rodziców, zasną pachnącą ugodą. W ich zielony miesień wpompowana Chloris - jednym przełknięciem oddech płochliwy w żyłach skacze, by osierdzie zapłodnić.
I mimo, że wątła staruszka wsiąka już w ziemię ; jej futrzane sygnety w szafach są wieszane; jej podobizny pali się na tafli ledwo odtajałej, to trudno mi nie wypić za zdrowie i powrót. Trudno nie dotknąć czule żeber grzejnika, niczym czapy cmentarnej, i nie pobawić się błotem zaległym w piaskownicach. Trudno tak po prostu przejechać palcem po rozgrzanych wargach i zapomnieć ile ta przebrzydła tancerka pocałunków z nich wydarła. To przecież ona robiła
za pościel na zgęstniałych nocą podwórzach i cuchnących moczem chodnikach. To ona chorobę z taką łatwością, na całą noc nawet, w posąg spowiła.
Trudno mi znaleźć drogę, na której ulga pokrywałaby się z urodzajem
Trudno mi przetrzeć szlak, w którym znalazłbym radość, nie łamiąc przy tym piszczeli.
Ciężko wybrać kierunek i porę, z których wróciłbym zdrowy, a jednocześnie dojrzałbym do
wieczności, jakie rodzą się w morskim rozdarciu.
Gdzie niebo? Gdzie wiosenne zbawienie, bo jeśli to już, teraz, to chcę z powrotem do piekła, gdzie miło podszczypywało: niepokój i niespełnienie. Gdzie zgoda? Gdzie z sumieniem obiecane porozumienie, bo jeśli to już, teraz, to chcę wrócić, tam gdzie gryzło mnie ogłupiające samouwielbienie! Gdzie wymiar zasiewany, a gdzie ten z marzeniami? Gdzie ściana sennych twarzy, a gdzie ściana strachu? Biegnę ku Nyks, co nosek chowa w czarnych kielichach, osiadam na ścianach tunelu; spłoszony błędnik z małżowin prędko umyka; Słodki rozgardiasz od ucha do ucha - pustka się rozlazła i echo przywołuje wiosennego ducha. A niech się moje ciało poparzy! od dojrzałego wina, które wyciskać dziś zamierzam z pękatego księżyca. Niech ból w głowach rozsiany przerwać się tego nie odważy - do
bólu
stworzone mam przecież
potężne twarze.