Matylda poświęciła się rodzinie
och wiedziała co robi wnosząc przez próg dumę
i pewność kto rządzi potrafiła zabłysnąć
kiedy wyczuwała chęć wyjścia po zapałki
częściej jednak bawiła się w kopciuszka
bardziej podobna siostrom w fałdach sukien
pod płową peleryną ukrywała oczy
Matylda nie chciała widzieć zmęczenia
bo przecież nikt tak jak ona
poza tym dbając o wizerunek
dokarmiała gołębie sadziła kwiaty
jako solidna wyznawczyni podążała za dzwonem
kiedy trzeba zginając kark kolana
powtarzała chórem moja wina moja wina
wracając strzepywała w drzwiach
ostatnie słowa kazania
właśnie zaczynał się kolejny odcinek
04.06.07r.
zza ściany
Matylda lubiła seriale od świtu do zmierzchu
wędrowała kanałami bezmyśli
żyjąc nie swoimi problemami szukała domku
marzeń kwitnących malwą
czasami odrywała się by wypełnić
nie można powiedzieć żeby nie dbała
obiadokolacja łaskotała jej kubeczki
każdy znał swoje miejsce w pokoju za ścianą
i nie potrzebna była błękitna porcelana
by wyczuć szron pod opuszkami
najistotniejsza była jej myśl i nawet burza
nie powstrzymywała przed realizacją
znała staropolskie zwyczaje i chociaż nie mówiła
gość w dom bóg w dom potrafiła pokazać
wyciągniętą karnawałową maskę
Matylda była żoną matką ciotką
i czym tam jeszcze kto chciał ją
nazwać potrafiła że tylko trzasnąć drzwiami
bez słów na wycieraczce z kluczem pod
09.06.07r.
z zasady
Matylda nigdy nie była kochanką
mogła decydować o audiencji
by odebrać należny hołd czasem przełamywała
dumę chowając na chwilę w cieniu świec
a taka co to wiecznie próbuje zapełnić
zależna od okoliczności nigdy niełagodzących
sięgając po jabłko musi stawać na palcach
z językiem na brodzie dawać więcej siebie
dreszcz emocji dobry w kolejnym serialu
lub w czasach zielonych mundurków
gdzie parzyła dłoń na udzie a przystanki
gniewnie marszczyły nosy widząc splecione palce
czasami domysły wypełzały na usta
nie szukała potwierdzenia ubierając okulary
by rozwiązać jeszcze jedną krzyżówkę
w zaciśniętej pięści ukryty klucz
rozwody są dla nieudaczników
13.06.07r.
Matylda raz jeszcze
Matylda lubiła krzyczeć i chociaż ściany
zatykały uszy słyszały jak nie przebiera
a kamienne ziarna opadają z łoskotem
kolejna dziura nie do załatania
jątrzyła bezsenną noc a Matylda
Matylda oglądając kolejny odcinek
niekończącej się sagi odrzucała codzienność
na zmianę ślepnąc to patrząc przez lupę
wyszukiwała najmniejszą rysę nieposłuszeństwa
rozgniatając słowem
nie potrzebowała lustra obojętnie odwracając głowę
była pewna swojej metamorfozy
jeśli zechce
nade wszystko pragnęła trzymać ster
przecież miała złoty glejt bezterminowe prawo
własności bez konieczności zabiegania o elektorat
22.06.07r.
powrót Matyldy
Matylda lubiła dyrygować nie żeby miała szkoły
ale talent szczególnie gdy znudzona chodzeniem
przekraczaniem progów czy przeganianiem kurzu
dostrzegała w drzwiach cień
nie próbował się wcisnąć między słowa wiedząc
prędzej lipy zakwitną kapiąc złotymi pszczołami
bez wysiłku wykrzywiała maskę
na wygnanie zsyłając czuły uśmiech
obijając framugi empatię przelewała na ekran
obrośnięta w pewność na serdecznym palcu
04.02.2008r.
przez dziurkę
Matylda miała żyłkę och nie
nie wędkarską a może smykałkę
na straganie prześcieradła
łatwo było odtrącić gdy w wyliczance
rosły nowe ośmiotysięczniki i przepaście
nie musiała kupować zatyczek
wszak potrafiła skuteczniej
wznosząc mur pretensji wiedziała
ma rację
skakała jak kozica po kamieniach
wyszukując tysiąc dziewięćset dwudziestego
by niewidzącym wejść w życie
wyreżyserowanych bohaterów
przecież była wrażliwa
02.08.2008r.
bez parawanu
Matylda była bezbłędna wiedziała lepiej
jak czarna wdowa po spełnieniu
odstawiła nie tylko od piersi choć rosły wymagania
i pretensje jak lawina obiad dobrą porą
głuchła na prośby zgodnie z zasadą
widziała szpilkę w oku
kupczenie nie było jej obce byle osiągnąć
choć z upływającym nie wysilała się
pewna przysięgi łamała najważniejsze
nie musiała nosić szpilek gdy deptała
wytyczając ścieżki wśród sprzętów
a przecież potrzebowała jak każdy
więc mimo że poszły w różne strony
wciąż próbowała wiązać nadopiekuńczo
ustawiać meblować wybierać
krzykiem dowodziła racji i czekała
by przelać nadmiar choć puste nie dawały mleka
mogłaby uczyć jak zmieniać maski tworząc
wizerunek dla zaściennych
jak portret prababki na tle malw
nieznacznie trzymającej lejce
25.02.2009r.
niedoceniane
Matylda ma siostrę aktorkę niezawodową
ale niejedna mogłaby jej pozazdrościć
umiejętnie w zależności zmieniała
znoszone obuwie ortopedyczne
kalekie słowa w ciemnych okularach
na krwiste tipsy zadziornie zadarte
i nieprzerwany potok
obie lubią szarpać choć Matylda
bardziej wyrafinowana w czterech
nikt nie widzi strzępów a zniekształcone
krzyki mogą świadczyć o krzywdzie
za balkonowymi kwiatami
z kotem na kolanach
tu jest na pokaz przy pełnej arenie
z akcentami samobiczowania
mieszanka w stylu Mołotowa z fajerwerkami
pościg lub wojenny przy wtórze tam-tamów
rytmicznie akcentujących ja
gdzie każdy cios
dozwolony niezrozumieniem
30.03.2009r.
to nie Matylda
nie lubiła swojego imienia kaleczyło diamentem
choć wcale nie było cenne ani unikalne
było jak ona
nic tylko strzepnąć albo zostawić w ciszy
nie otwierało drzwi
gdy inne może mądrzejsze albo bardziej pierzaste
bez wysiłku z laurem
bywała zazdrosna o świt w rosie słowo nie do niej
kiedy skulone wnętrze nie już wyglądało słońca
noce spięte księżycową agrafą w hamaku dłoni sen
milczała dusząc pragnienie wtulona w zapłakane ściany
zwijała się embrionalnie w poszukiwaniu
czasami chciała uwolnić ćmę
niech spala się w migotliwych
z garściami okruchów opadnie na dno
gdzie zbutwiałe liście nie pamiętają pór roku
roztańczonych z wiatrem w kolorze sepii
może odnajdzie uśmiech
nim zetnie mróz
10.07.2009r.
bo przecież
Matylda obrasta w oburzenie
przecież kiedyś tam wzięła sobie na własność
to nic że odrzuciła w zakurzony
mogła po nim deptać kiedy przyszła jej ochota
jak w krzywym zwierciadle widziała
był do niczego
przewidująco kupiła stopery ciemne okulary
mogła z czystym sumieniem powiedzieć
nie słyszałam skarg zmęczenie
przecież to ja ja dbam o dom te wszystkie restauracje
można się tylko zatruć po co gdzieś jeździć
w telewizji więcej znajomi a kto by słuchał co mówią
przechwałki lub narzekania
ja mam zawsze coś do powiedzenia
powiewała sztandarami dziesięciorga
cóż znaczą dwa wobec nich
Matylda obrasta w oburzenie
zapomniany kąt stracił lokatora ale to dziś
dziś zapadła klamka więc
tragikomiczna aktorka wylewa papierowe łzy
śląc wici do dalszej
bliższej potwierdzenia krzywd
nawykła do manipulacji bez acze
z białą twarzą osłania się chustą Weroniki
16.11.2009r.
śladami
moja Matylda ma tysiące imion twarzy
a jednak uderza w najczulsze zakłamane ja które nie widzi
w krainie miliona luster zawsze jest bez skazy
płynie nieprzerwanym potokiem i gdy jednym pogłaszcze
trącając struny drugim trzecim piątym każdym następnym
wychłoszcze bez litości bo On jest miłością
dobrym Samarytaninem za niego dokopie leżącemu
niech sczeźnie pod płotem gdy zbyt mało się starał zgięty w pół
moja Matylda jak chichot hieny na pustyni
budzi w ciemności więc ślepną widzący których dotknął ból
i jedną miarą mierzą za innych oddając w dwójnasób
bo On jest miłością nie podniósł kamienia lecz palcem na piachu
zatem celują dokładnie by dodać sobie sił krew z krwi zasili bezczucie
wszak nie ma praw zdrajca w krainie bezprawia gdzie karcąca dłoń
prostuje od zawsze rozchwiane zdania nie po myśli
moja Matylda co dzień prowadzi od Annasza do Kajfasza
by razem z Piłatem umyć ręce gdy bliższa koszula ciału
a dodatkowe nakrycie świeci pustką za łkającą futryną
chóralny śpiew nie było miejsca dla ciebie
nie wychodzi poza kościelne ściany
bo On jest miłością a nie samym chlebem żyje człowiek
więc kiedy pod ciężarem łamie się stół skąpany w piołunie
rosną stosy kołków z głowy przed rozpadliną nie ma odwrotu
moja Matylda lubi pociągać za wszystkie sznurki
dba o nie woskuje nasącza dokłada nowe i nowe włókna
nie dotyka jej cywilizacyjny brak czasu zatem rozsyła wici po świecie
z pozorów wznosi pewniki piramid gdzie bazyliszek strzeże wzrokiem
nie ma śmiałka popioły wnętrz rozniesie wiatr na wzburzonych
bo On jest miłością łagodnym dobrem co ponad więc za niego
wyrówna rachunki w jednym paluszku mając wojenne taktyki wybierze
nie płeć znamionuje a utarte spojrzenia nie pozwalają dostrzec
28/29/30.12.2009r.
w innym wymiarze
stworzyłaś orwellowski świat Matyldo
śledzisz jak wielka siostra kroki kapiące godziny
słowa choć to nie wieża Babel bezrozumne
nie zapadają w urodzajną gdzie z ziarnka gorczycy drzewo
i ptaki wiją gniazda
sumujesz prawdę z imaginacją na każdym rogu Ewa z jabłkiem
wężowym ruchem rozbija kruchy lód fundamentów
bo nie obowiązek lecz radość dawania
pusty pokój zwierzeń gdy zatyczki i opaska Temidy
wyławiają spomiędzy więcej przeciw
spowiedzi nie będzie
włączasz kamery na podczerwień zbierając pył plotek
by sporządzić obraz Sodomy i Gomory brudnej czułością
zagrożeniem powszedniości gdzie nikt nie podlewa
a kiedy zagłada w oczy desperacją uderzasz w dzwony
nicując wypowiedzi na swoje podobieństwo
ślepa na dwutorowość przytaknięć
stworzyłaś orwellowski świat Matyldo
jak Geppetto wystrugasz Pinokia
wariata któremu nie pozwolisz odejść ubierając w kaftan
słów bezrozumnych gdzie nie wyrośnie nawet sawanna
odlecą ptaki by w ścianach wić gniazda
07.01.2010r.
kolejne lustro
zgubiłaś się Matyldo pomiędzy prawdą a wyobraźnią
stracona trzeźwość nie pozwala dojrzeć
mówią każdy sądzi według siebie więc jak to było
czyżbyś mieszkała pośród czerwonych latarni gdzie nie wiedza a zmysły
błyszczały jaśniej od kwazarów na coraz wyższych szczeblach
czym płaciłaś nieprzespaną nocą gdy zlewają się litery czy może
zachwytem nad kolejnym Adonisem w todze
osądzasz i posądzasz kreśląc znak świętej inkwizycji
gdybyś tylko mogła
nie skorzystasz z prawa łaski lepiej dobić niż puścić wolno
można sobie wmówić wszystko poprzestawiać klepki
oceanem szarpać wchodząc w głąb lądu
obrzucać naniesionym z czterech stron mułem
zgubiłaś się Matyldo biorąc cudze za swoje na nic nicowanie
gdy mole przegryzły futro ucichły kroki
zapałki nie niosą ognia
lecz przecież zawsze można gołębiem z gałązką oliwną
wyciszyć rozszalałe fale osiąść choćby samotnym
dla każdego gdzieś jest Ararat
13.01.2010r.
ta…
za parawanem wielokropka Matyldo ukrywasz
epitety otwierają podwoje gdzie najstarszy zawód
kwitnie grymasem rozkoszy pośród czerwonych
krzykiem łamiącym tabu zgaszonego światła
i obowiązek wypierający grzeszną czułość
za parawanem wielokropka wzgardą wzniesione ramiona
rysują grubą kreskę między dobrem złem spojrzenia
prężąc się ku górze sądzą że słyszą szum rosnący na chwałę
naginają błękit cóż zadeptana mrówka wrogiem
łamiącym kolejny kij z marchewką więc
lecą gromy szósty siódmy dziewiąty
za parawanem wielokropka skrzywiona twarz
20.01.2010r.
rozmyślania
zagryzasz usta Matyldo i sączysz dzień po dniu
klawiatura kreśli obrazy pewnością podszyte choć z wyobraźni
cóż można wiedzieć o świecie zamknięty w niby ośmiu
o lawinach ludziach bez twarzy piszących dekrety
by jeszcze więcej wycisnąć
stojąc z boku
gdy inni odchodzili za ścianę tłumaczyłaś bo on bo ona
pochwalałaś skoro rozbiegły się drogi
nie brałaś pod uwagę że może dotknąć bezpośrednio
odpadnie ucho przemoczy wylana woda
pustka wypełznie spod dywanów
obiadki jak u króla Stanisława nie wypełnią pozostałych
każdy w swoim nurcie sadzi rośliny przestawia kamienie
próbuje zmieścić się w ośmiu nie zastanawiać nad wyborami
młodością wolni szukają i na nic próby pętania kiedy nie dla siebie
a dla inny uczyliśmy latać
zagryzasz usta i sączysz dzień po dniu
kiedy można wyjść z uśmiechem odrzucając za siebie
niech się potłucze jak kieliszek na szczęście
tyle jest ludzi wokół
czasami lepiej posłuchać gdy nie jesteśmy słońcem
język bywa męczący
04.03.2010
lincz
w imię najwyższego Matyldo obrzucasz błotem kamieniami
bo za prawdę trzeba dziękować nadstawiać drugi
jak bumerang wracasz po stokroć lecz nie jesteś Nilem
obumiera co było z dnia na dzień pustynnieje krajobraz
gdy jesteś bez winy
to ona on
i nie ważne dlaczego przecież poświęciłaś życie
na każdym kroku publikując pamiętniki rodzinne zdjęcia
by nikt nie zwątpił choć nie powinna wiedzieć prawa
co czyni lewa to jednak nie może być wątpliwości
gdzie biją źródła
to on ona
powinni zamilknąć spuszczając głowę zakryć twarz
słowa są twoje i nie ma wybaczenia
co powiedzą będzie użyte przeciwko adwokat nie pomoże
więc w imię najwyższego wylewasz pomyje
bo za prawdę winni dziękczynnie wznieść ramiona
zamieść włosami pył umyć stopy
15.03.2010r.
po przebytej odrze
myślałam że odeszłaś Matyldo i tylko nikły ślad na plaży
niesie opowieść morskiej fali zabierającej brzegi
krzykiem mew rwąc niebo dziesięć w skali Beauforta
lecz nie ty nie z takich co bez słowa walki święta
jak wszyscy święci niesiesz w darze przekleństwo życzeń
siedem chudych lat jak siedem chudych krów
mnożysz na wieczność
i choć każdemu przypisany jesteś ponad jak matka i syn
bez skazy stanęłaś na piedestale w laurowym
zgrabnie odbijając nicujesz słowa jak przetarte palto
grasz wszak jesteś wirtuozem
znów śpiewa Bocielli odpływam od zgiełku słów
za zamkniętymi tyle piękna
wzeszło słońce więc wędruję ku otwartym horyzontom
możesz wracać nie czuję kamieni choć delikatna skóra
zostawia skargi niech wiatr łka na liściach niech się biczuje
gdy wybieram złote grudki uśmiechu
rozrzucając znalezione
27.07.2010r.
na południu bez zmian
Matylda nie potrafi odejść w cień jak bumerang
zawsze w centrum na różne sposoby
dorosłością mogłaby pobić a jednak jak dziecko
głodne zainteresowania z precyzją dobiera sposoby
lawirując pomiędzy litością a śmiesznością
gdzie tłum żądny sensacji nadstawi uszu
i nikt nie wie czy to brak zainteresowań czy natura
ciągnie jak wilka by kąsać zajadle
niczym ku klux klan czy inkwizycja ze znakiem krzyża
roznieca pożary oczekując zgliszczy i popiołów
demagogią nieszczęścia niby lep na muchy przyciąga
głaszczące dłonie i ekskomunikę dla odstępców
Matylda nie chce odejść w poszukiwaniu drogi
wyolbrzymiając trud ułożenia ikebany
gdzie uśmiech unosi ponad prowadząc w krainę baśni
by cieszyć się najmniejszą grudką bursztynu
pełnego słońca dnia za horyzontem jutra
21.07.2011r.
ona i wybrane z siedmiu
pierwszoplanowa nie potrzebuje słońca
w lusterku z odpowiedzią coraz wyżej bez szpilek
czasem rozerwie wnętrze by zyskać
w zaciemnionym obrazie dłonie
zaledwie jedna z siedmiu
głównych poczwar w wiecznym stadium
bez skrzydeł wspięła się z czwartego na trzecie
zalewając żółcią
nie potrafi przestać brudny słowotok
w transie bez końca z szóstego na czwarte
wskoczy w ujadaniu gubiąc umiarkowanie
nie potrzebuje oczyszczenia
gdy wciąż na szczycie
nieomylną pewnością rzuci kamieniem
z podniesionym bo przecież nie dotyczą jej skazy
drzew pełnych sęków
10.2011r.
autosugestia
nigdy nie było podniesionej dłoni jedynie by zawirowały ściany
a jednak galopujące suchoty wyobraźni stawiają pewniki
spadającej pięści na ringu codzienności
zadają kłam nieznanej sobie prawdzie galaktyce nieodkrytej
związaną krótkowzrocznością a przecież nie potrzeba teleskopu hubblea by dostrzec
jedynie świadomości leżącej pośrodku odrobiny pokory
niekoniecznie padania na kolana gdy przeznaczone dla ołtarzy
o ileż łatwiej rzucać słowem które nie przystoi wierze
zapomnieć jak odchodzili nie mając odwagi a może
w zrozumieniu własnych ułomności gdzie nie potrzeba wybujałej
jedynie dostrzeżenia innego kształtu choćby niedoskonałego
nicowanie nie przyda się na nic gdy mole z obu stron
hula mroźny wiatr niszcząc tiule
rozrasta się zdrapywany strup niosąc groźbę zgorzeli
kiedy imaginacje przybierają monstrualne formy
maski skrzywdzonej niewinności szukającej w najbliższych lustrach
potwierdzenia racji w uderzeniu piorunem
choć można siać ciszę miast burzy
26.02.2012r.
blisko
pożegnałam Matyldę w oku cyklonu cisza
więc płynie spokojnie nurt wśród zakoli
przedziera się co piąty może siódmy promień
wyznacza odległość do wnętrza
nad ranem kolokwialnie ptaki drą dzioby
kot w kłębek spokojnym oddechem
ku dłoni wschodzę pierwiosnkiem
rozkołysane brzozy kłaniają się za oknem
gdy zamknięta w cieple ramion zapominam
rozszalałe fale kradną dziś nie moją plażę
gdzie zanurzona po szyję łapczywie czerpię
jutro zawędrujemy na koniec tęczy
zaplecionej z łagodności pod wielkim dachem nieba
tańczą Eurydyki
wirujemy linoskoczkiem bez czekania na aplauz
ktoś napisał samotność w tłumie lecz przecież
nam odrastają pióra i tylko
musimy pamiętać choć bywa zawodna nić
jak ścieżka nad urwiskiem prowadzi tam
w mateczniku przystań zatopi nas z dala od oczu
12.05.2012r.
odwiedziny
widzisz Matyldo jeszcze niedawno nasłuchiwałaś nocami
coraz krótszego przerywanego suchym trzaskiem
by dzień po dniu z dymem przed sienią
jak wędrujące ptaki przed odlotem
teraz w ciszy zapalasz nikły pośród innych
wciąż powtarzając przecież lubię
nie zrezygnuję
wnukom oddajesz czego wcześniej nie dałaś
tocząc pospiesznie nieurodzajne godziny
w pustkę nagich konarów z wyrzutem bo przecież
po drugiej stronie pełniejszy cień gdy tu wciąż sucha studnia
i smętnie zwieszony żuraw
jak łatwo w krzywdzie znaleźć wytłumaczenie wyboistej
wbrew obiegowej nie wszystkie lustra kłamią w lunaparku
znajdujesz okruchy słowa zapisane pod żebrami przebacz sobie
pomimo zatapiającym przypływom odpływom pełnym spękanych
jeśli chcesz wykujesz podkowę
30.12.2012
spirala
znowu przyszłaś Matyldo jak szaruga i mróz
ścięłaś kwiat wiśni bladym porankiem w zapamiętaniu
odnajdywałaś krzywe zwierciadła z dala od beczki śmiechu
rozmnożyły się strachy na wróble z ostem zamiast słomy
młóciły bezmyślnie powietrze by strzelać po oczach biczem
piasku co ruchomy pochłaniał dobre myśli
puściłaś wodze na bezdrożach lecz przecież wiesz
nie słuchasz choć padają pytania gradobiciem kładąc
połamane źdźbła tulą się w poszukiwaniu ciepła
a ty gnasz chmury ponad bez przystani zamiast przekroczyć próg
12.02.2013r.
obrazy nie biblijne
bez pamięci ubierasz niebyłe w słowa
z niepewnym pewnikiem za pan brat wysysasz
resztki ciepła odcinając się na przyszłość
ostatni most spadł bezsilny na dno kanionu pada grad
strzał niesiony podmuchem z piekła rodem a przecież
nie kopie się leżącego nie dobija słowików
gdy odlatują wraz ze zmianą pór
jak Światowid pokazujesz każdemu inną
zbolałą w cierniach zajadłego pitbula w czasie walki
przez sekundę muśniesz letnią bryzą by zatopić szkwałem
wciągasz w wir syrenim śpiewem zmieniając w Erynie
wszak bliższa koszula ciału niech zamarzną zbyt śmiałe
stanęłaś na Araracie lepsza od innych
nie potrzebujesz arki Noego
gałązki oliwnej
06.04.2013r.
od zawsze
kolejny raz odbijamy się by nie spaść niżej
w depresji żuławy są jedne nie jedyne wszak
holandia ta dopiero z każdym dniem zagląda w oczy
morze rozbija się łokciami fal walcząc o pierwszeństwo
gazety krzyczą złotymi nagłówkami brak miejsca
za otwartymi granicami czeka runo
na dalszym planie jutro stawia pierwsze kroki
w zmiany klimatu poparte popularnym bluzgiem
nowokulturą płynącą ulicami równym rynsztokiem
w studzienkach uszu agresywny bełkot
głupiejemy chociaż nie kwitną nam fiołki
zgaszona zieleń zapomina o wiośnie
jak feniks a może hydra podnosimy się
zapominając o rozlanym mleku płonących lasach
zgodni z porzekadłem co nas nie zabije zabijamy siebie
bliscy pomieszczeniom bez klamek wiążemy
rękawy na plecach powiewają zwycięsko
w szalonym tańcu wyobcowanych blokowisk
16.02.2014r.
spojrzenie z boku
Matylda jak co roku z koszyczkiem nie zastanawiała się
święconka na stole musi być choć sztywne kolana
pochylała głowę powtarzając za kapłanem na znak
wiary morza tradycji wciąż przetaczały fale
święta zapomnianych słów
bliskie spotkania sąsiadów podanie dłoni gdy dzień
dniem w pośpiechu dźwiganym piętrami
wizyta umyciem dłoni Piłata pozwala wrócić
z czystym sumieniem można spokojnie zjeść
głowę baranka umajoną rzeżuchą
05.04.2015
odłamki
Matylda od lat nie zwracała uwagi na mojżeszowe
tablice nic nie znaczyły jedynie kronika zdjęć przypominała
mokry krzyk niemowlęcia dumną biel i smak opłatka
guma gra w klasy uczyły zwinności pomiędzy
kroplami deszczu przesiąkała odzież nie dając ciepła
kazania nie zbliżały niosąc sztandary ugrupowań
zgodnych z pojęciem prawdy niezapisanej
zimne mury pozostały pomiędzy kadrami rocznic
biegła jak pantera to znów rozbijając szpilkami płyty
w tańcu z nocnymi latarniami wabiła wiatr
bez zwracania uwagi na opadające pożółkłe
liście w nieodwracalnym cyklu skracały obcasy
dwa razy na trzysta sześćdziesiąt z trudem uginała
kolana zarażone bólem i szukała pomiędzy
zwojami zapomnianych słów by wznieść je
toastem bo tak trzeba w chwili odwiedzin
może ostatnich
23.06.2015r.
na-warstwienia
Matylda z każdym biciem dzwonów składała
ręce przecież niosły wyuczone słowa rozgrzeszenie
dawało dobre samopoczucie więc płynęły potoki
zbierając żniwo dwóch przykazań
okulary nie zabezpieczały porcelany
z każdym wzniesieniem dokładała imię do łańcuszka
pewna słuszności nie widziała żłobiącej wilgoci
przewrażliwionych endemicznymi burzami
już przecież zielona gęś spływała kaskadą śmiechu
gdy w lustrze podrygiwał wąsik z melonikiem
przecież patrząc z jednej nie widać drugiej strony
księżyca skrytego za słońcem nie dostrzeże nagie
oko doświadczonego znawcy wie co widzi
19.07.2015r.
przegrana
Matylda wyprowadziła się nic nie mówiąc to dziwne
zdarzenie że kredą w kominie kominku mikrofalówce
z dnia na dzień została pusta klatka żeber
ściśnięte nie unosiły ciężaru kamiennego powietrza
wieczorami płakały szyby zmywając z parapetu ślady łokci
torujących drogi aleje ulice pełne krzykliwych sklepów
w tej samej chwili cisza odwróciła wszystkie lustra
zamknięte drzwi twierdza nie-do-przebicia nawet igła
bez ukłucia wypadła-wpadła pomiędzy budząc kręgi
zmory dzienno-nocne oplatały lepką przędzą przędąc godziny
kartka po kartce spadały jesienie plecami do wszystkich
spopielone słowa straciły wymowę bez uśmiechu
snuły się nic nie znacząc znaczyły nieprzyjazne
sekundy bezżycia nieprzemijające tornado
24.10.2016r.
25 przypadków (1)
pamiętasz Matyldo była z nas niezła trupa
każdy w innej masce osiką z trudem przełykał
czasem gdzieniegdzie płynęły potoki gdy innym
bielały knykcie i cienie po wypalonych nocach
pełzły po twarzy kusząc myśli nicością
jesteśmy głusi na ciepłe słowa bo przecież mamy
wiedzę jak nikt nic z nią nie robiąc otuleni szczelnie
ciemnością pijemy przeszłości piołun litr za litrem
odrzucone drabiny nikną ze schodami do nieba
obojętni na opadające kartki wirujemy w oparach
pamiętasz niektórzy przełamali zdziwieni ciepłem
wschodzili przebiśniegiem ucząc usta uśmiechu
gdy słowa odnalazły znaczenie przeskakując
z brzegu na brzeg podana dłoń trzymała mocno
i nie było ważne wczoraj wciąż bolące kolana
starte do krwi uwierzyły plastrom
23.02.2017
dwadzieścia pięć przypadków (2)
Matylda lubi niespodziewane powroty jak rozdarte
błyskawicą ni z tego ni z owego ciska słowa
i znowu dryfuję bez żagli oślepiona myślą to niemożliwe
nawet jeśli to winien gen winorośl dziko-kwaśna
znowu wykrzywia usta odwrotnie proporcjonalnie
strach z wytrzeszczem wybiega z lustra
byliśmy w dwóch nierównych grupach
splątanych wewnętrznie pustką myśli niespokojnych
sępów krążących nad padliną koty na dachu
prężące grzbiety i księżyc w pełni słonymi ścieżkami
co rusz zaciśnięta pięść na gardle
potem tonęliśmy łapczywie ucząc się oddechu
w rytm kołyszących fal i głosu co miał hipnotyzować
wzrok potykał się o wzrok milknął krzyk
nibywolni szliśmy zająć dłonie
kolejny dzień skapywał na podłogę
20.08.2017r.
dwadzieścia pięć przypadków (3)
zbielałe kłykcie Jana nerwowym ruchem współgrały
słowom o pusto-nocnych godzinach gdy nie nadchodził sen
ptaki z zamarłym w dziobach krzykiem tłukły się o sklepienie czaszki
nie dawały odpoczynku wciąż wracając gdy do domu było daleko
pamiętasz Matyldo ze wzrokiem na lewą stronę grał
jak znany aktor życiową rolę tylko widzowie jakby śpiąc
nie doceniali kunsztu gdy na ich wargi wypełzały co rusz inne
robaki zrywając zasłony przyklejonych uśmiechów
w soboty wyjazd pańskie oko konia tuczy nawet gdy pan
z zapadniętymi bez życia oczami patrzył nie widząc jutra
poniedziałek milczeniem kwitował wagary od nas
trzeba było czasu by wstawić na tory wykolejone
wagony do soboty już blisko w zaklętym kręgu niebytu
04.09.2017r.
dwadzieścia pięć przypadków (4)
mówisz Matyldo przebacz sobie a świat
w pastelowych barwach przyniesie uśmiech
kiedy widzisz drzazgi jak kolce opuncji
rozogniają przywołując wyparte w najdalszy
więc wciąż jest czarno-biało nie ma szarości
półcieni nie kupisz na targu
mówisz Matyldo nikt nie jest bez winy dlaczego
wciąż kąsasz siebie aż ciemnieje sukienka i dłonie
tak ale to przedmioty i miejsca kurzu zerwane kartki
wytykają blizny jak postronki ukryte w świadomości
zatopionej w wodach płodowych odcięta pępowina wciąż wiąże
mówisz Matyldo spójrz w lustro nie masz trądu
możesz patrzeć sobie w oczy i przyjąć rozgrzeszenie
słyszysz trzykrotne pukanie gdy wiem że uśpione
krzyki wtulone w lodowatowilgotną ścianę co noc
jak w zegarku nie pozwolą zapomnieć niewidocznego
nie poddam się egzorcyzmom
11.09.2017.
dwadzieścia pięć przypadków (5)
wieczorami Matylda pokonywała kilometry
wykreślając krzywizny alejek wśród osamotnionych latarni
opuszczone ławki na próżno wołały gdy przyspieszała
w ucieczce a może goniąc bezsenność myśli wzburzonych
wspomnieniem wydrapanym w zwojach gdzie wataha
zacieśniała krąg
kiedy pola skąpane we mgle przecierały oczy
wracała w zacisze pokoju aby rozpocząć codzienny rytuał
z krzywo patrzącym śniadaniem
pomiędzy bezużytecznymi kubkami gubiła smak
przechodziła do dalszych etapów wśród dwudziestu czterech
klepsydra odmierzała chwile zgodnie z programem
szum fal czy śpiew ptaków monotonnie wyrównywały oddech
w następnym punkcie dłonie zaprzątały uwagę
spychając w zapomnienie zerwane kartki
by nie budziły niepokoju przed obiadem i następnymi
krokami pełnymi lęku wędrowała schodami korytarzami
nieuchronnie wiedząc kilka dni nie wyrwie z pęt
gdy wyciągnięcie dłoni trudne jak wspinaczka na Mount Everest
18.11.2017r.
dwadzieścia pięć przypadków (6)
pamiętasz Matyldo jak w jednym z wielu kwadransów
przerwana tama spłynęła potokiem rwanych słów
co ludzie powiedzą (nie ważne że osamotniona obrączka
nie daje wsparcia) gdy uśmiech zatonie w innych objęciach
niepisane każe na kolanach w czerni z głową w popiele
zrywać kartki powinnaś sama
na nic pragnienie i wołanie majowego dżdżu
wiejskie telegrafy podają wiadomości sztacheta po sztachecie
wytykają palcami znad nabożnych książeczek bez miłosierdzia
zazdrosne o nadchodzące jasne dni
pamiętasz Matyldo jak do końca następnych kwadransów
poszukiwaliśmy pancerza odpornego na wskazujące ostrza języków
by targaną wiatrem trzcinę ubrać w pewność życie nie kończy się
na stosie bogini Kali (inna kultura inne światy)
gdy tu kwitną sady i jabłka znajdują swoje połówki
a czterolistna spokojnie patrzy w przyszłość
24.04.2018r.
rozważania na temat
widzisz Matyldo spłonęło już tyle kalendarzy
dwa razy do roku kartka czasem odwiedziny pomiędzy
na chwilkę bo czasu mało i wciąż goni jak szczury
tracąc z oczu co ważniejsze a może kto
ostatnio trudno się było porozumieć więc nie było sensu
odwiedziny wśród białych ścian i obcych na łapu-capu
a gdy wieści znaczyły zbliżający zatroskanie na odległość
choć tak blisko tylko przejść przez ulicę
podarować uśmiech
potem bieganie za bluzką przecież trzeba założyć kir
na twarz nawet łzy i zbieranie a właściwie zaganianie
jak rozpierzchnięte domowe ptactwo przed zmierzchem
bliższych i dalszych choć wcześniej nie było słowa
czy gestu przynoszącego serdeczną pamięć
widzisz Matyldo opustoszały cztery ściany
teraz nie trzeba się tłumaczyć wystarczy raz zapalić nikły płomień
i wieczny odpoczynek racz dać jej Panie
odbębnione można biec dalej goniąc szczury w wybielających okularach
trudno dostrzec osiadający wszędzie kurz więc nie będzie refleksji
spłoną kolejne kalendarze i słowa
spieszmy się kochać znaczą już tyle co nic
06.10.2019r
metaforycznie bez metafor
powiedz Matyldo cóż wiemy o sobie by ferować wyroki
mając własne nie liczyć się z innym któż dał nam prawo
odsądzać od czci i wiary szufladkować przypinać łatki
nawet żyjąc we wspólnych czterech nie wiemy nic
ponadto
co naszym oczom wydaje się że zobaczyły a zwojom
że zrozumiały gdy nie rozumieją samych siebie zaprzeczając
oczywistym pragnieniom wywyższają się nad inne
wszak wykształcenie doświadczenie i tym podobne bzdury
widzisz Matyldo idziemy przed siebie stukając znacząco
gdy ktoś próbuje pod prąd szukając wczorajszego dnia
zagubionego uśmiechu czy kapelusza który porwał wiatr
nie zważając na wiejskie telegrafy płotów miejskie dżungle
w zakłamaniu wartościujemy ego wszak przyznać się
to podpisać wyrok wykluczający z grona
powiedz Matyldo może tak łatwiej podnieść głowę
udając wszystkowiedztwo umiejętnie lawirować pomiędzy
przeraża samotność w tłumie i poza
jesteśmy stworzeni jak mniejsi bracia do bycia
więc zawsze szukamy prawdziwych lub wyimaginowanych
nieosiągalne czasem pociąga dając impuls zatrzymuje na krawędzi
09.10.2019r.
dwadzieścia pięć przypadków (7) gdy swoje wyobrażenia wkładamy w cudze usta
patrzysz zdziwiona Matyldo chaos niesie niezgodę
wysysa energię nie tylko z ciebie
z pochylonej szklanki kropla za kroplą uszczupla
wiara w mistrza i Małgorzatę nie dla każdego
gdy on bardziej człowieczy z wolną broni dostępu
mir domowy nie podlega dyskusji
czerwone strzępy pozostają w skórnej powłoce
gdy płaczki wokół obwieszczają wszem i wobec
wybierając otwarcie nie na jednego zakłamują siebie
tłumne kroki najczęściej wystukują to my to my
omijają szerokim z pryzmatem w dłoniach skupiają
opada roześmiana maska nie da się Matyldo
przeżyć 368 po wielokroć Atlas był w starożytności
a może to tylko mit
czarna dziura wnętrza pochłania wszelki pozytyw
w gabinecie krzywych luster wszystko jest inne
skrzętnie zbierane negatywy piętrząc się po sufit
miraż dzwonnika z Notre Dam kryje twarz
krzywdzą własne słowa
03.11.2019r.
dwadzieścia pięć przypadków (8)
pamiętasz Matyldo jak w jednym z 21 rozmawialiśmy
o odbudowie wyrzucaniu tego co gromadzone latami
zamykało w klatce zaciskając coraz mocniej ściany
z każdą zerwaną kartką zbieractwo wznosiło chwiejne piramidy
pomiędzy brodzimy po kostki kolana szyję
bronimy Częstochowy w każdym widząc Szweda
wspominasz Matyldo rozmowę ze Zbyszkiem
próbowałaś dokończyć słowną ekwilibrystykę zdziwiona
prymuska z logiki wiesz co i jak zgodnie z regułami
nie przeniknęłaś świecącej łysiną zbyt wąskie szczeliny żeber
mimo pewności minęłaś się o lata świetlne
pamiętasz Matyldo wyjeżdżałaś a słone strużki rzeźbiły bruzdy żalu
wiedziałaś już nie będziesz samotnym Syzyfem choć uchylone drzwi
dawały niewiele światła czekało wiele zaklętych dni
ściśnięte wnętrzności mówiły zamknij będzie znajomo choć straszno
znów wzniesiesz piramidy przeszłości bez przebaczenia
zrozumienie od zmian rozdzielają niespokojne oceany
już wiesz sama ich nie pokonasz
07.11.2019r.
to nie bajka
wiesz Matyldo spotkałam wampira sporo mówił
w dyskusji wznosił szańce strzelał z grubej berty
wyciągając wnioski przyprawiające o zawrót głowy
zaskoczone oczy robiłam coraz większe przecież
nawet nie pomyślałam a urwane w pół zdanie zamierało
na spierzchniętych bezsilnie nie wykwitał uśmiech
to było dziwne Matyldo ale na zawołanie potrafił łzawić
na niewinne słowo wyciągał szpony szczerząc kły
wywoływał odruch obronny więc zamykałam konchę
cofając ciepłą dłoń połykałam bijące na niej czerwienią
wróciłam w swoje cztery padając w towarzystwie
wirujących przyciskałam skronie do zimna
a pod włosami pulsowanie przywoływało mdłości
wiesz Matyldo przecież nie ma wampirów
nie było śladu ugryzienia ani rdzawych kropli
ale codzienny światłowstręt mówił mi coś innego
nim spadające kartki zaczęły weselej wirować
przypominając że lato że barwna jesień a nawet
zima z ludową mądrością
po burzy tęcza i wiosna z nowym życiem
17.11.2019r.
dwadzieścia pięć przypadków (9)
dla Matyldy szklanka była najczęściej do połowy pusta
czasem zupełnie powodowała brak snu cienie pod oczami
włączała wtedy laptopa by znaleźć potwierdzenie
świat wielowymiarowo jest paskudny a ona ona
za nią nikt nie da złamanego grosza gdy zarzuca worek
kamieni niewęgielnych zbieranych latami
kiedy wstawał blady ziemistą cerę pokrywała tapetą
szła choć korcił telefon i nż mogłaby wtedy zatopić się roztrząsać
wyciągać z zakamarków wszystkie słowne i nie tylko siniaki
choć straciły już barwy uparcie trwały pomiędzy
więc wyciągała z kapelusza zamiast zająca
nibyuśmiech oskar bez gali na czerwonym
Matylda nie używała palety dla niej była tylko czerń biel
nie nauczyła się półtonów słoneczniki nie dla niej kwitły
gdy wyplatała koronę ostrokrzewu codzienności rdzawo skapując
z uporem odrzucała kompresy i inne opatrunki
wierząc tylko tak osiągnę spełnienie podejmowane decyzje
wypierała ze świadomości bo przecież
sprzeczność goniła sprzeczność bawiąc się w berka
a może ciuciubabkę
słowa przepuszczając przez swój gabinet luster
szukała kolejnych gwoździ do nieheblowanej
01.12.2019r.
_________________ a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza
jeśli spokojnie 'przerobię' wszystkie Matyldy
pewnie zrozumiem dzisiejszą "spiralę"
el napisał/a:
I mam to, co lubię w jednym miejscu - wszystkie Matyldy. Dobry pomysł
właśnie właśnie, to prawda!
chociaż ja dopiero zapoznaję się z Matyldami
Znaczy się nie wszystkie działy na forum przemyszkowane
Mea Culpa!
Mea Culpa!
Mea Culpa!
Hihi Liduś idę o zakład, że większość naszych użytkowników zwiedziła mniej niż połowę działów znajdujących się na forum , ale to normalne, wchodzimi w to co nas interesuje, a że czasu zawsze zbyt mało do innych pomieszczeń się nie zagląda więc nie masz się co przejmować
_________________ a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza