Poranek przyleciał szybko, na zwinnych skrzydłach wczesnych ptaków, które krążyły od jednego karmnika do drugiego i obydwa znajdywały puste. Wieczorne wyłuskiwanie ziarenek pozostawiło tylko mizerne resztki, a także rozsiało łupinki dla tamias stratus minimus (pręgowiec), który na parterze lasu, zaaferowany, z zadartym ogonkiem, pofukiwał po swojemu i podkopywał któryś tam raz cytrynową bazylię zasadzoną przez Natalię.
Oszukane ptaki odlatywały, zawiedzione, że tym razem będą musiały szukać śniadania gdzie indziej.
Las wstawał powoli, coraz wyraźniej rysując się w porannym słońcu, prostował się leniwie po gorącej nocy. Upalne powietrze, mimo wczesnej godziny, kleiło się do ciała.
- A wydawałoby się, że zieleń, to po prostu zieleń, jeden kolor, taki zwykły, zielony. I nieprawda. No może jeden, ale ile odcieni – myślała Natalia, patrząc na las. – Przepych, przepych zieleni, patetycznie, ale prawdziwie.
W dolince przed domem słoneczne plamy biegły tam, gdzie je słało słońce, poruszały się w trawie. Rosła tu wyższa niż w innych miejscach w lesie, bo korony starszych, wysokich drzew przepuszczały więcej światła, dawały pożywienie ciepła. Na wiosnę trawa była seledynowa i miękka, z początku delikatny dywanik, który stopniowo przecinały dróżki wydeptywane przez uparte sarny. Ciągle ten sam azymut: dolinką do soli, łyk wody w strumyku, teraz po ulewnych deszczach szemrzącym głośniej, biegnącym w pośpiechu do rzeki, żeby połączyć z nią wodne siły. Później sarnia dróżka pięła się w górę, po zboczu wzgórza porośniętego krzakami dzikich malin, o tej porze mało kłujących, zresztą sarnom kolce nie przeszkadzały.
- Myślałem, że będę zbierał suche drewno na opał – odezwał się Paweł, stanąwszy między Natalią i Mateuszem. – A tu taka dżungla.
Z lotu ptaka musieli wyglądać jak zabawki, małe figurki ulepione z gliny, przed domem z tektury, na balkonie z zapałek, dekoracje zagubione w zielonym morzu drzew z patyczków i nasączonej farbą waty, udającej liściaste korony.
Paweł, dużo wyższy od rodziców, stojąc teraz między nimi nagle poczuł się jak pisklę, ochraniane z obu stron.
- Suche drewno jest. Dużo go w lesie, w trawach, pokrzywach – odpowiedział Mateusz. – Nie martw się, będziesz miał dużo zajęcia.
- To co chłopcy? Śniadanie? Jestem głodna – Natalia już miała wejść z powrotem do domu...
Trudno powiedzieć jak długo to trwało, sekundę, dwie, cztery? W filmie pamięci trwa długo, klatka po klatce, kadr za kadrem, gałąź za gałęzią, dźwięk po dźwięku, opadające liście kręcą się jak małe wiatraczki, wirujące parasolki, zielone dmuchawce opadają na trawę, ptaki ulatują w popłochu, nagle odsłania się więcej nieba. Ostatnie ujęcie pokazuje biało-kremowo-brązowy rozdarty pień drzewa, rozdarty, nie przełamany do końca, bo okazała część drzewa stoi, jakby nic się nie stało, nadal rośnie, pnie się wyżej, leczy nagłą ranę.
Gdy zeszli we trójkę w dolinkę zobaczyć z bliska, co naprawdę się stało, widok był...
Drzewo opierało się o ziemię, rozłożystymi palcami grubych konarów, jakby jedną silną ręką, zupełnie jakby za chwilę miało się podnieść, odwrócić kolejność wydarzeń, jak na przewijanym w drugą stronę filmie, oderwać się od ziemi, pozbierać liście, przyczepić połamane gałęzie, aż do zrośnięcia z pniem, bez śladu, zasklepienia blizny, czasu.
Rosło, rosło, zasadzone, albo zasiane, stało na środku polany, górowało nad wieloma innymi, dawało dom ptakom, wiewiórkom, rodziło orzechy, czarne, często gorzkie, chropowate łupinki kryjące wewnątrz biały miąższ, rosło do swojego końca świata, który przyszedł rankiem w pewną sobotę, przed południem, w upalną godzinę czerwca, czerwca, który przypominał końcowe akordy lata, nie jego kalendarzową uwerturę.
Spektakl umierania drzewa. Chociaż? Ono nie umarło, podpierało się przecież na brunatnych, sękatych palcach, od północy porośniętych zbitym, ciemnozielonym mchem. Czy czekało na widzów, żeby to, co się miało stać stało się przy świadkach?
Stanęli we trójkę na balkonie, nie czekając na nic szczególnego, czekali na nic, patrząc na zielone morze i wsłuchując się w morsa dzięciołów, popiskiwanie piskląt w gnieździe nad oknem kuchni i w swoje myśli o dniu, który dopiero się zaczynał.
Moment który połączy ich wspomnienia z domem, lasem, drzewem, które pokazało jak wieczna jest chwila, jak długo można słyszeć trzask rozdzieranego pnia, jak długo czuje się zapach surowego drewna czarnego orzecha, który nie chce się poddać.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E