Dedykuję to opowiadanie Karolinie, choć jestem przekonany,
że tej dedykacji w żaden sposób nie odbierze.
cz. I
Karol Kruger nie dożył swoich dwudziestych trzecich urodzin. Jego ciało zaprzestało
wykonywania czynności dzisiaj - kilka minut przed wschodem słońca. Nie ma w tym tak naprawdę nic nadzwyczajnego. Nieszczęście jakim się napawał w połączeniu z potężnymi dawkami leków, wywołało u niego intensywne wizje, którym oddawał się przez dwa lata poprzedzające dzisiejsze zdarzenie. Wizje towarzyszyły mu pełen wymiar godzin, więc Kruger cierpiał na nieuleczalną bezsenność, którą zwykł uśmierzać odpowiednią dawką whiskey. Nie cierpiał swojego życia, jednak cierpienie było na tyle przyswajalne, a wręcz uzależniające, że z łatwością zdołał polubić owe żałosne bycie i ból płynący z niego. Nie był to krystaliczny ból egzystencji. Kruger nie lubił rozmyślać nad sensem istnienia. Wiedział natomiast, że jedynym miejscem jego działalności będzie doczesność. Zdecydowanie upierał się przy aktywności, jako złotemu środkowi do zmieniania świata. Ewentualny problem mógł leżeć w tym, że równie mocno tkwił w przekonaniu o bezużyteczności zmieniania świata, jednak sam Kruger nie widział problemu. Starał się żyć pełną, egoistyczną piersią, co często oznaczało regularne zaszywanie się we własnym mieszkaniu. Tak. Bierność wypełniała Krugera do szpiku kości.
*
- Mam niebieskie oczy – poezja, i spory zarost – proza.
- Mhm, ale oczy to takie szarawe trochę masz.
- Ehe, bo chujowa ze mnie poezja.
- A zarost raczej młodzieńczy? Wygląda śmiesznie.
- Z prozą też słabo sobie radzę. Składa się to wszystko na marne życie. Niedorobione, niecierpliwe.
- A czego ty byś jeszcze chciał?
- Chciałbym jeszcze wszystkiego. A później jeszcze.
- Nie widzę przeciwwskazań.
- No tak, ale nie chce mi się. Chciałbym móc to wszystko zrobić nic nie robiąc. Niech mi wgrają te wszystkie brzydkie, deprawujące noce, fioletowe zachody i betonowe poranki.
- A co z międzyczasami? Wiesz, to one mają najwięcej uroku. Ta proza właśnie.
Te kruszynki pomiędzy posiłkami.
- Racja. Niech mi wgrają też międzyczasy. Niech zapiszą mi, że długo, bardzo długo
dochodziłem do wszystkiego. Że często się myliłem, powielałem błędy. Tak, międzyczasy, koniecznie międzyczasy, masz rację.
*
Tego ranka był umówiony na spotkanie o pracę w pobliskim miasteczku.
Wyszedł nie końca przekonany, czy rzeczywiście na spotkanie dotrze.
Było to niezależne od Karola. Bardzo często rezygnował z rzeczy banalnych,
nad którymi człowiek niezbyt się zastanawia: wyjście do sklepu, jazda autobusem,
odwiedzenie chorej koleżanki w szpitalu. Tego dnia jednak szczęśliwie dotarł na miejsce spotkania, którym był spory zakład produkujący meble. Do drzwi wiodła kolejka zdesperowanych ludzi w zróżnicowanym wieku. Karol nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to kolejka przegranych. A on, dwudziestoletni przegrany, choć jeszcze nie grający, stoi tu razem z nimi, starymi wytrawnymi graczami, również przegranymi, czekając na numerek decydujący o miejscu w ostatnim rzędzie. Z jednej strony budziło to w nim nadzieję – wciąż był młodym graczem, wciąż mógł staranować tych z przednich rzędów i dopchać się do źródła. Z drugiej jednak, czy nokaut w pierwszej rundzie nie jest tym samym co nokaut w dziesiątej? – Myślał. Czy nie powinien czasem odejść, ustępując miejsca tym, którzy wiedzą jak uderzyć, którzy wiedzą kiedy się cofnąć, kiedy sparować cios, kiedy odskoczyć, kiedy doskoczyć. Karol chciał doskoczyć, ale miał nogi z betonu. Orszak żałobny ( zwany kolejką ) ruszał się do przodu, a on wciąż stał, rozmyślał. Czuł, że czas biegnie razem z kolejką. Wiedział, że ta kolejka to czas. Wiedział, że to pociąg z mięsem, który mknie do rzeźni, by tam dopełnić przeznaczenia. A jednak nie potrafił się przełamać, mimo że lubił pociągi. Nie lubił tłoku.
*
- O której miał być ten autobus?
- Spokojnie, dopiero pięć minut spóźnienia, normalka.
- Nie chce mi się czekać. Chyba pojadę następnym.
- Do cholery, ty to byś nawet po zbawienie w kolejce nie poczekał.
- Po zbawienie nie ma kolejek. Są kwalifikacje. Co się śmiejesz? Pierwszą rundą jest nauczycielka od matmy, która wciąż cię poniża, bije po uszach, wysyła namoczyć gąbkę. A ty uśmiechasz się jak idiota i służysz, bo mama już ci wpoiła, że pierwsza runda do zbawienia to bagno,
które trzeba przejść. Więc myślisz: A chuj! Niech stracę! W końcu nie chcę wylądować w piekle! Dopiero kiedy przychodzi runda finałowa…
- Co wtedy?
- Wtedy stajesz przed bogiem. I bóg ci dopierdala. I wtedy…
- Przestajesz wierzyć.
- Wcale nie przestajesz wierzyć. Przestaje ci zależeć. Myślisz sobie:
No dobra. On jest tam, nawet nie wiem czy jest, ale pewnie tam jest,
a ja jestem tutaj. I wtedy właśnie przestaje ci zależeć.
- A jaki był twój finał?
- Mój? Nigdy nie doszedłem do finału. Nie lubiłem nosić gąbki.
hmmm...
(to takie mądre napisać "hmmm..." - bo to ani źle ani dobrze a wygląda mądrze (conajmniej), zastanawiająco
więc te moje "hmmm..." takie jest - zastananawia się, nie, nie nad treścią a raczej formą, użytymi zwrotami (frazeologicznymi?)...
bo to i półka najwyższa w rozumowaniu, przedstawianiu ob. K.K. i takie sobie schodzenie do parteru dialogu podsklepowego (z piwem)...może tak "musi" być ? nie wiem
zaciekawiło, czekam na cd.
Matematyczka zołza i tyle , i dobrze, że bohater nie dał się wrąbać w tę gąbkę. W życiu nie wolno dawać się wrobić w żadną gąbkę. Wklejaj dalej, a jak jeszcze nie ma - to pisz.
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty