POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Publicystyka » Bukowski II
Bukowski II
Autor Wiadomość
Marcin 

Wiek: 49
Dołączył: 16 Wrz 2007
Posty: 4610
Skąd: Lubin
Wysłany: 2008-01-22, 15:07   Bukowski II

 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2008-01-22, 18:37   

No proszę - znów Buk z flaszką - tym razem w czas podróży Renem - sentymentalnej podróży do kraju, w którym się urodził - Niemiec. Obok żona - Linda.
W Niemczech witany z honorami - i wszędzie alkoholem - największe spotkanie w Hamburgu - kilka tysięcy fanów Jego pisania.
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2008-01-22, 18:42   

Zanim znajdę (ofiara losu "informatyka" z przeceny) w komputerku felieton o Bukowskim
to kilka Jego wierszy
Z tomu „krucyfiks w ręku śmierci”
/1963-1965/

numer 6

wybiorę konia numer 6
mam kawałek do przejścia
z papierowym kubkiem kawy
w ręce
w deszczowe popołudnie,
wiatr przegania
małe strzyżyki z
dachu nad wyższymi rzędami ławek,
dżokeje wychodzą
na drugą z trzech gonitw
cisza
tylko spokojny deszcz
w jednej chwili
upodabnia wszystko
do siebie,
konie utrzymują między sobą
pokój
tuż przed pijaną wojną
i ja pod dachem
wymacuję
paczkę papierosów
sięgam po kawę
właśnie przechodzą konie
zabierając ze sobą swoich
małych ludzi –
jest tak pogrzebowo i wdzięcznie
tak radośnie
jak gdyby otwierały się
kwiaty.

Z tomu „na ulicy przerażenia i udręki”
/1965-1968/

do stróżów miłosierdzia

ma sens
każde umieranie ma sens
każde zabijanie każda śmierć każde
przemijanie,
nic nie jest daremne
nawet szyja
muchy,

kwiatek
mija całe armie
i jak mały chłopiec
który chce się pochwalić
zadziera do góry swój
kolor
Z tomu „płonąc w wodzie tonąc w ogniu”
/1972 – 1973/

pociągnij za sznurek, a poruszy się kukiełka

każdy facet musi zdać sobie sprawę
że to wszystko może zniknąć w
jednej chwili:
kot, kobieta, praca,
łóżko, ściany, pokój;
wszystkie rzeczy
najpotrzebniejsze do życia,
łącznie z miłością,
spoczywają na fundamentach z piasku-
i pojedyncze zdarzenie,
nieważne jak od ciebie odległe:
śmierć chłopca w Hongkongu
albo śnieżyca w Omaha...
może przynieść ci zgubę.
cała twoja porcelana rozbije się o
kuchenną podłogę, wejdzie twoja
dziewczyna
a ty będziesz stał pijany
w samym środku tego wszystkiego
i kiedy zapyta:
mój boże, co tu się stało?
odpowiesz: nie wiem
naprawdę nie wiem ...

Z tomu „miłość to piekielny pies”
/1974-1977/

słodka muzyka

to więcej niż miłość bo nie
rani; rano
włącza radio, Brahms lub Ives
lub Strawiński lub Mozart, gotuje
jajka licząc na głos sekundy: 56,
57, 58 ... obiera jajka, przynosi
mi je do łóżka, po śniadaniu siada
na tym samym krześle, znowu słuchanie
muzyki klasycznej. jej pierwsza
szklaneczka szkockiej i trzeci papieros.
mówię że muszę iść na wyścigi. jest tu
jakieś dwie noce i dwa dni. „kiedy
się znów zobaczymy?” – pytam. Daje
do zrozumienia że to zależy ode mnie.
kiwam głową
a Mozart gra.
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2008-01-22, 18:43   

Z tomu „miłość to piekielny pies”

dziewczyny z hotelu na godziny

są piękniejsze od
gwiazd filmowych
opalają się
rozwalone
na trawniku
jedna siedzi w krótkiej
sukience i butami z wysokimi
obcasami, nogę założyła na nogę
pokazuje cudowne
uda.
na głowie ma
kolorową chustę
pali
długiego papierosa.
samochody zwalniają
prawie stają w miejscu.

dziewczyny ignorują
ruch uliczny.
na wpół śpią
tego popołudnia.
są kurwami
Kurwami bez
duszy
i są wspaniałe
bo niczego nie udają.

wsiadam do samochodu
czekam, aż ruch się
uspokoi
przejeżdżam przez ulicę
do hotelu na godziny
do mojej ulubionej:
opala się
na trawniku najbliżej
krawężnika

„cześć” – mówię.
podnosi na mnie oczy
które są jak
fałszywe brylanty.
jej twarz jest
bez wyrazu.

ciskam przez okienko
samochodu
swój ostatni
tomik wierszy.
pada
obok niej.

wrzucam jedynkę
i odjeżdżam.

będzie dziś
wieczorem
trochę śmiechu.


grzeczny staruszek

no i za tydzień
skończę
55 lat.

o czym będę
pisać
kiedy już
nie będzie mi rano
stawać ?

moi krytycy
będą zachwyceni
kiedy pole
zawęzi mi się do
żółwi
i muszlogwiazd.

może nawet
powiedzą
o mnie
coś miłego

na przykład
że wreszcie
nabrałem
rozumu.

Wracam tam, gdzie byłem

odkręcałem czasem dolną ściankę
telefonu i wypychałem go szmatami,
a kiedy ktoś pukał
nie odpowiadałem, a jeśli się upierali,
nie przebierając w słowach mówiłem,
żeby spłynęli.

jeszcze jeden stary szajbus
ze złotymi skrzydłami
obwisłym brzuchem
oraz
oczami, które całkiem zbijają z tropu
słońce.
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2008-01-22, 18:46   

Z tomu „miłość to piekielny pies”

Baseny

w szpitalach, w których byłem
mieli na ścianach krzyże
a za nimi cienkie liście palmowe
pożółkłe i ściemniałe.

to znak, żeby pogodzić się z nieuniknionym.

ale tak naprawdę ranią człowieka
baseny
wbijające się w dupę
umierasz
a przy tym chcą, żebyś usiadł
na tym czymś
i oddawał mocz
i kał

podczas gdy do łóżka
obok
pięcioosobowa rodzina przyszła
życzyć zdrowia
nieuleczalnemu przypadkowi
choroby serca
raka
albo ogólnego rozkładu.

basen to bezlitosna skała
potworne szyderstwo
bo nikt nie chce ciągnąć twojego słabnącego ciała
do sracza i z powrotem.

najchętniej by to człowiek wyrzucił,
ale oni podnieśli kraty:
jesteś w swoim łóżeczku
w swoim śmiertelnym łóżeczku
a kiedy siostra po półtorej godziny
wraca
a w basenie nie ma nic
mierzy cię bardzo
niechętnym spojrzeniem.

jak gdyby w obliczu śmierci
człowiek mógł robić
najzwyczajniejsze rzeczy
ciągle na nowo.

ale jeśli uważasz, że to nie w porządku
wyluzuj się
i wal
wszystko
w pościel

wtedy dostanie ci się

nie tylko od pielęgniarki
ale i od innych
pacjentów.

najgorsze w umieraniu
są te oczekiwania innych:
że wykorkujesz
jak rakieta wystrzelona
w nocne niebo.

czasami to się udaje

ale kiedy potrzebujesz kuli i pistoletu
patrzysz
i widzisz
że druty nad twoja głową
połączone przed laty
z guzikiem
zostały przecięte
porwane
zniszczone
stały się
bezużyteczne
tak jak
basen.
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2008-01-22, 18:47   

Charles Bukowski /1920-1994/

Z cyklu „Moje fascynacje”:

Charles Bukowski

Awanturnik, skandalista, kobieciarz, hazardzista, alkoholik, człowiek przez duże C, wieczny outsider, nieufny wobec wszystkich, apolityczny z zasady, wielki miłośnik muzyki klasycznej, znakomity /teraz na zachodzie kultowy/poeta i pisarz. Pozostawił po sobie kilkaset wierszy, kilkanaście książek a przecież przez tak wiele lat odrzucano to, co pisał: „Dziękujemy za przesłane wiersze, które przeczytaliśmy z uwagą i zainteresowaniem. Nie widzimy niestety możliwości opublikowania ich w naszym piśmie”. Jego pierwsze opublikowane opowiadanie
ukazało się w nowojorskim piśmie Story, tak więc Bukowski miał wtedy 24 lata
i pierwsze honorarium – 25 dolarów . Potem przez wiele lat nic. Dopiero
właściwie rok 1957 – to osiem wierszy w piśmie Harlequin i 1960 kiedy to ukazała się jego pierwsza „prawdziwa książka” – tom wierszy pt. „Kwiat, pięść i dziki lament”. Po niej to już jedna po drugiej kolejne pozycje. Tomiki wierszy, zbiory opowiadań a w 1971 roku powieść „Listonosz”, będąca zapisem jego pracy dla
jak mówił „Wuja Sama” na poczcie amerykańskiej. A więc sława, też pieniądze, które skwapliwie wydawał na alkohol, kobiety i grę na wyścigach konnych. Dzięki
niestrudzonemu, a zachwyconemu pisarstwem Bukowskiego tłumaczowi na język niemiecki Carlowi Waissnerowi stał się sławny w Europie. Zwłaszcza w Niemczech, z których przecież pochodził poeta, ale także we Francji i Anglii. U nas, w Polsce od paru lat za sprawą wydawnictwa Noir Sur Blanc, które wydaje kego książki i nie tylko. I chwała im za to.
Urodził się Charls Bukowski w Niemczech 15 sierpnia 1920 roku, tak więc tuż po pierwszej wojnie światowej w niewielkiej miejscowości nad Renem – Andernach.
Po pięćdziesięciu czterech latach odwiedzi kraj swojego urodzenia, ale o tym może
później. Jego ojciec, żołnierz amerykański uczestniczący w tamtej wojnie, ożenił się z Niemką. Poznali się w domu, w którym stacjonował Henry Bukowski. Na parterze tego do dzisiaj stojącego budynku kwaterowali żołnierze, na piętrze, lokatorzy – Niemcy. . . Kiedy mały Charls miał trzy lata wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych, konkretnie do Los Angeles, gdzie przez następnych pięćdziesiąt lat mieszkał, tworzył.
Dzieciństwo pisarza upłynęło w bardzo złej atmosferze domowej. Zastraszona matka, preferujący kapralskie wychowanie syna ojciec. Tresura, bicie, zmuszanie do ciężkich, ponad siły małego chłopca prac domowych. Dość agresywna odmiana
trądzika leczonego bez efektów przez kilka lat eliminowała młodego, wrażliwego
młodzieńca z towarzystwa rówieśników. Zresztą ślady tamtej choroby na twarzy miał Bukowski całe życie – kiedy go pytano jak się dorobił tego zeszpecenia żartował, że miał miłe spotkanie z niedźwiedziem. Tak więc już w tamtych latach przyszły poeta uciekał w samotność, wyobcowywał się, leżał godzinami w swoim pokoju na piętrze, liczył przelatujące samoloty, słuchał muzyki klasycznej w małym radyjku albo włóczył się po przedmieściach Los Angeles. Kiedy mu wchodzono w drogę tłukł się. Wracał, już wtedy, pijany do domu. Domu, którego de facto nie miał. O swoim ojcu napisze po latach: „wredny sukinsyn o śmierdzącym oddechu. Taaa, sporo o nim napisałem przez te wszystkie lata, bo sądzę, że od tego wszystkiego się zaczęło – od kiedy z obrzydzeniem uświadomiłem sobie, że potrzeba czegoś niezwykłego, jak picie, pisanie czy muzyka klasyczna, żeby stanąć ponad takimi ludźmi. Spuszczał mi straszliwe manta, które skończyły się dopiero w dniu kiedy oddałem. W wieku szesnastu lat rozłożyłem go jednym ciosem. Nigdy więcej mnie nie dotknął. Lecz obrzydzenie, jakie zostawił mi na całe życie nigdy mnie nie opuściło. Ale obrzydzenie jest lepsze od złości”.
Swoje dzieciństwo opisał Bukowski w opowiadaniach zawartych w książce
pt. „Z szynką raz”. Polecam.
Wspomniałem o fascynacji Charlesa muzyką klasyczną. Był naprawdę jej wielkim miłośnikiem. W Jego kolejnych mieszkaniach /w pewnym okresie życia zmieniał je bardzo często, niekiedy zwiewając by nie zapłacić komornego/ ciągle można było słyszeć Brahmsa, Chopina, Beethovena, Mahlera, Brucknera, Mozarta. Nierzadko w wierszach można napotkać te nazwiska, muzyka jest tłem lub pretekstem. Niekiedy leczy:
„słucham w radiu Brucknera
dziwię się, że mi trochę nie odbiło
po ostatnim rozstaniu ze swoją
ostatnią dziewczyną...

...słuchanie w radiu Brucknera
wydaje się szczytem spokoju”...
- to fragmenty wiersza „Klęska” i z innego: ...słucham Brahmsa i pogryzam
ser pleśniowy z meksykańskimi papryczkami” ...

Słodka muzyka

To więcej niż miłość bo nie
rani; rano
włącza radio, Brahms lub Ives
lub Strawiński lub Mozart, gotuje
jajka licząc na głos sekundy: 56,
57,58 ... obiera jajka, przynosi
mi je do łóżka, po śniadaniu siada
na tym samym krześle, znowu słuchanie muzy-
ki klasycznej, jej pierwsza szklaneczka
szkockiej i trzeci papieros. Mówię
że muszę iść na wyścigi. jest tu
jakieś dwie noce i dwa dni. „kiedy
się znów zobaczymy?” – pytam.daje
do zrozumienia że to zależy ode mnie. Kiwam
głową a Mozart gra.

I tak przy okazji tego wiersza: kobiety i wyścigi. Rzeczywiście, kiedy Bukowski stał się znanym w Stanach kobiety, które dotąd jakby nie zauważały jego istnienia – zaznajamiał się jedynie z prostytutkami i bywalczyniami barów, alkoholiczkami – jak on – teraz zasypywały Go listami, telefonami, ofertami małżeństwa itd.. Jego numer można było z łatwością znaleźć w książce telefonicznej – 462-06-14.

Jak to możliwe, że jest pan w książce ?

. . . kiedy dzwonią kobiety, mówię:
tak, p i s z ę, jestem pisarzem
tylko ostatnio nad niczym nie pracuję.

trochę mi głupio do pana dzwonić –
mówią – byłam zaskoczona
że jest pan w książce telefonicznej.

mam po temu powody – mówię –
ale właśnie, może by pani wpadła
na piwo ?

nie będzie panu przeszkadzać?
i przychodzą
piękne kobiety
rozkosz dla umysłu, ciała, oczu.

na ogół do niczego nie dochodzi
ale jestem do tego przyzwyczajony
miło jest zresztą
bardzo miło jest na nie patrzeć –
a poza tym
z rzadka jednak zdarzają się chwile
niespodziewanego fartu.

pięćdziesięciopięciolatek, który nie użył sobie
przed 23. rokiem życia
a potem aż do pięćdziesiątki niezbyt często
powinien chyba zostać
w książce Pacific Telephone
póki nie pochędoży tyle
co przeciętny mężczyzna

oczywiście będę musiał nadal
pisać nieśmiertelne wiersze
ale inspiracji nie brakuje”.

Jego zamiłowanie do hazardu objawiło się między innymi grą na wyścigach konnych.
Tor był miejscem gdzie wypoczywał, spotykał znajomych nooo ... i oczywiście grał!
Trzeba przyznać, że nieźle mu szło i czasem wygrane były jedynym źródłem
utrzymania. Sporo wierszy, opowiadań poświęcił wyścigom. Wszak to część
jego życia: ...”obserwowałem tablice świetlną, za konia numer 6 płacili 9 do 1
rano dawali 12 do 1, a przez chwilę nawet
18 ... dwie minuty do wystrzału, gruby facet
wlazł mi na plecy, zdecydowałem się,
postawiłem na dwudziestkę i zszedłem z pomostu”...

i jakże piękny, ten w całości pt. „numer 6” przecież nie tylko o koniach, wyścigach:

wybiorę konia numer 6
mam kawałek do przejścia
z papierowym kubkiem kawy
w ręce
w deszczowe popołudnie,
wiatr przegania
małe strzyżyki z
dachu nad wyższymi rzędami ławek,
dżokeje wychodzą
na drugą z trzech gonitw
cisza
tylko spokojny deszcz
w jednej chwili
upodabnia wszystko
do siebie.
konie utrzymują między sobą
pokój
tuż przed pijana wojną
i ja pod dachem
wymacuję
paczkę papierosów
sięgam po kawę
właśnie przechodzą konie
zabierając ze sobą swoich
małych ludzi –
jest tak pogrzebowo i wdzięcznie
tak radośnie
jak gdyby otwierały się
kwiaty.

Ukończył szkołę średnią, potem w latach 1940-41 trochę studiował w City Collage dziennikarstwo, język angielski, teatr, historię. Jednak lata młodzieńcze to przede wszystkim przedmieścia i robotnicze dzielnice wielkich miast. Poszukiwanie pracy, głodowanie, pomieszkiwanie w najbardziej obskurnych hotelikach albo w pokoikach do wynajęcia, wędrówki po Stanach,
pijatyki, bijatyki, alkohol ... Zacząłem ten tekst od słowa „awanturnik” – taką to naturę miał Bukowski, awanturnik o gołębim sercu. Dochodził często swego pięściami, ale jak nikt potrafił zobaczyć biedę człowieka takiego jak on sam –
wyrzutka, outsidera, alkoholika – i rozczulić się nad nim. Większą czułość
miał dla zabitego albo zamarzniętego wróbla na schodach niż dla niektórych ludzi, zwłaszcza tych z tzw.” świecznika”. Ośmieszał ich, niekiedy specjalnie, z premedytacją szokował swoim zachowaniem. Na z założenia nobliwych „wieczorach autorskich” czytał swoje najbardziej obsceniczne wiersze, upijał się
i nie kończąc, wychodził. Najczęściej do najbliższego baru.
Pił przez całe dorosłe życie. I pisał o tym swoim piciu, głodzie, awanturach, kacu,
straconych przez alkohol kobietach:

„na wpół pijany
zmyłem się z jej mieszkania
porzuciłem jej ciepłe koce
miałem strasznego kaca
i nie wiedziałem nawet, w jakim mieście
jestem.
szedłem i szedłem i
nie mogłem znaleźć swojego samochodu.
ale wiedziałem, że musi gdzieś być.
wtedy się
zgubiłem”...

i z „Kiepskiego wieczora”:

„wyszedłeś z domu, powiedziała,
i zacząłeś kopać samochód tego faceta
potem rzuciłeś się w żywopłot
i połamałeś
cały
nie wiem jakie męki
przechodzisz ...

kiedy poszła, podniosłem krzesło
wyrzuciłem je przez okno. wokoło
było dużo szkła.
złamałem też żaluzję”...

Żeby skończyć już temat / spróbuję już do niego nie wracać/, zacytuję samego Bukowskiego: „alkohol jest prawdopodobnie jedną z najlepszych rzeczy, jakie
pojawiły się na ziemi – oprócz mnie, taaak... to dwa z największych objawień na powierzchni ziemi. Więc ... pasujemy do siebie. Na większość ludzi działa skrajnie
niszcząco. Ja jestem tu wyjątkiem. Większość mojej twórczości powstaje pod wpływem. Tak samo z kobietami, no wiesz, kochając się zawsze byłem małomówny, więc alkohol pozwolił mi w seksie na więcej swobody. Rozluźnia mnie, bo w gruncie rzeczy jestem nieśmiałą, zamkniętą w sobie osobą ... więc go lubię . . . taaak”.
Trudno jednak, pisząc o Bukowskim nie wspominać o alkoholu, piciu. Bo jak opowiedzieć o filmie „Ćma barowa”, filmie o nim samym, do którego napisał scenariusz, jeśli można Go tam zobaczyć /znakomita rola Mickey’a Rourke/
albo pijanego, albo skacowanego, albo idącego do baru. W międzyczasie pisze
wiersze, rozrzuca kartki z nimi po pokoju ... Tytułowa „ćma” – to nic innego jak polski menel wracający do baru mimo kolejnego wyrzucenia za drzwi.
Tak też w podróży do Francji i Niemiec. No, dobrze już nic o alkoholu. Jest rok
1977. Bukowski, sławny już, zwłaszcza w swoich ojczystych Niemczech za sprawą swojego tłumacza Carla Weissnera i wydawców francuskich Rodina i Jardina ląduje najpierw w Paryżu. Towarzyszy mu przyjaciółka, późniejsza żona Linda Le.
W 1979 roku ukazała się autobiograficzna książka opisująca tę wyprawę. Jej tytuł: „Szekspir nigdy tego nie robił” z wieloma zdjęciami znanego fotografika Michaela Montforta – przyjaciela i mentora podróżującej pary. No, cóż. Występ w publicznej telewizji paryskiej, programie literackim skończył się wyrzuceniem na bruk pijanego poety. Ale, jak pisały gazety: „wreszcie coś w tym zakostnieniu się ruszyło”; Barbet Schroeder – reżyser i współtwórca „Ćmy” – „Francuska telewizja nigdy jeszcze czegoś takiego nie pokazała”. Tak więc nie za bardzo sobie Bukowski zaszkodził. Jak zawsze.
Z Francji do Niemiec – kraju urodzenia, pierwszych lat życia Charlesa. Nostalgiczna wizyta w Andernach. Odwiedziny u jeszcze żyjącego, mającego 90 lat
wujka Heinricha, zwiedzenie kilku miast, kilku zamków. Nieustanne picie niemieckich win – samemu i w towarzystwie. No i główny punkt programu: wieczór autorski w Hamburgu. Markthalle – 18 maja 1977 godz. 20.30 – wstęp 10 DM. To był czwartek. Hala wypełniona po brzegi – 1200 osób na 800 miejsc.
Widownia pod unoszącymi się stróżkami dymu z papierosów: pijana, naćpana, trzeźwa i szalona, oczekująca. Poeta, dla kurażu wypija drinka i przebija się przez tłum do stolika. „Czasem ktoś mnie rozpoznawał i wyciągał do mnie rękę z butelką. Piłem z każdej podsuwanej butelki, w miarę jak posuwaliśmy się do przodu.” Kilka kamer, mikrofony. We wiaderku dobre niemieckie, białe wino.
Bukowski czyta wiersze. „Tłum hamburski był dziwny. Kiedy przeczytałem im
wiersz rozśmieszacz, śmiali się, ale gdy przeczytałem wiersz poważny, zareagowali gromkim aplauzem. W rzeczy samej to inna kultura. Być może dlatego,
że przegrali z rzędu dwie ważne wojny, być może dlatego, że ich miasta zostały zbombardowane do szczętu, miasta ich rodziców. Nie wiem. Moje wiersze nie są intelektualne, ale niektóre są poważne i szalone. Naprawdę pierwszy raz mi się zdarzyło, że tłum je rozumiał”.
Potem było podpisywanie książek – i znowu tłum niemiecki okazał się inny - ...”oni mieli moje książki”!
Napisał Bukowski w Niemczech kilkanaście wierszy. To jeden z nich, opowiadający niewielka historyjkę z podróży po Renie. Jakże pouczającą:

wycieczka po Renie

Ren jest brudny
w Renie nie ma ryb
kelner przynosi nam białe wino
a potem słyszymy –
amerykańskiego chłopaka
pijącego piwo
i opowiadającego, jak
dymał 3 zagubione niemieckie dziewczyny
i opowiadał to głośno
się śmiejąc
ten skurwysyn jest Amerykaninem
mówi po angielsku
i ma te 3 niemieckie dziewczyny
ze sobą.
nie rozumieją go.
patrzymy przez okno
szukając wzrokiem zamków
widzimy jedynie fabryki
a ten skurwysyn jest Amerykaninem
i śmieje się śmiechem który jest bardzo
fałszywy.
szczęściem nie jesteśmy na 9-dniowym rejsie
z nim –
tylko 2 godziny
do Moguncji.
pijemy wino i czekamy
aż to się
skończy.

Sporą część swoich wierszy, opowiadań poświęca Bukowski kobietom.
Kontaktom z nimi, przyjaźniom, miłości – tej duchowej, często tej cielesnej. Używa wulgaryzmów, opisuje sytuacje od których zazwyczaj nawet kamera się odsuwa. Przyznam, że pierwszy wiersz jaki przeczytałem z przypadkowo znalezionej w warszawskim empiku książki, był właśnie taki. Nawet pomyślałem, a cóż to za nowy Henry Miller o polskim nazwisku? Miller wypowiadał się o wierszach Bukowskiego /1963/ entuzjastycznie, nie miał jednak ochoty spotkać się z poetą, przerażony dochodzącymi informacjami o pijackich ekscesach Bukowskiego. Książka, którą wtedy wziąłem do ręki to zbiór wierszy pt. „Miłość to piekielny pies”. Myślę, że do wierszy „seksualnych” każdy powinien dotrzeć sam. Mnie zafrapowały inne. Mianowicie te, w których opowiada Bukowski o człowieku, jego doli, przeżyciach, losie, przedziwnych jego kolejach, upodleniu, które gotują mu bliźni albo Świat. Zauważa poeta drobnostki, obok których inni przechodzą obojętnie – najczęściej nawet nie chcą ich zobaczyć, pomijają, omijają jak coś niepotrzebnego, zawadzającego, nie wartego uwagi. Jest mi bliskie Jego i umiłowanie chwili jak i świadomość jej przemijania:

Liście palmy

dokładnie o północy
z 1973 na 1974
w Los Angeles
zaczął padać deszcz
na liście palmy za moim oknem.
wystrzeliły petardy i zatrąbiły klaksony
niebo zagrzmiało.

poszedłem spać o 9 wieczorem
wyłączyłem światło
nakryłem się pościelą –
ich radość, ich szczęście
ich okrzyki, ich papierowe kapelusze,
ich limuzyny, ich kobiety,
ich amatorskie pijaństwo ...

witanie Nowego Roku zawsze mnie przeraża

życie nie ma pojęcia o latach.

teraz klaksony umilkły
umilkły petardy i burza ...
wszystko skończyło się w pięć minut ...
słyszę jedynie deszcz spadający
na liście palmy
i myślę że
nigdy nie rozumiem ludzi,
ale udało mi się przeżyć.

Wierszy, które chciałbym tutaj zacytować jest tyle, że całego „Pegaza Lubuskiego” byłoby za mało. Tak więc może jeszcze tylko dwa króciutkie:

do stróżów miłosierdzia spotkałem geniusza

ma sens dzisiaj w pociągu spotkałem
każde umieranie ma sens geniusza
każde zabijanie każda śmierć każde miał ze 6 lat
przemijanie, siedział obok mnie
nic nie jest daremne pociąg
nawet szyja zaczął jechać wzdłuż wybrzeża
muchy, kiedy dotarliśmy do oceanu
chłopak odwrócił się do mnie
kwiatek i powiedział:
mija całe armie tu jest brzydko.
i jak mały chłopiec
który chce się pochwalić wtedy pierwszy raz zdałem
zadziera do góry swój sobie z tego sprawę
kolor.

Z rzadka tylko wypowiadał się Bukowski o współcześnie żyjących poetach,
pisarzach, w każdym bądź razie niezbyt pochlebnie. Nawet o takich jak Ginsberg, który przecież przeszedł do historii literatury amerykańskiej. Cenił sobie poezję Walta Whitmana, prozę Andersona, Hemingwaya, Celine’a – „kiedy pierwszy raz czytałem Celine’a poszedłem do łóżka z wielką paczką krakersów Ritz. Zacząłem czytać i jeść te krakersy, śmiać się i jeść krakersy. Przeczytałem powieść od dechy do dechy bez przystanków. A pudełko Ritzów było puste. Trzeba było mnie widzieć. Nie mogłem się ruszać. Oto co zrobi z tobą dobry pisarz. Niemal cię, kurde, zabije ... zły zresztą też.”
I jeszcze może kilka Jego zdań na temat poezji: ...”poezja na przestrzeni wieków to prawie totalna bzdura. Kant. Fałszywka. Było kilku dobrych poetów, nie zrozumcie mnie źle. Jest taki chiński poeta zwany Li Po. Potrafił włożyć więcej uczucia, realizmu i pasji w cztery, pięć prostych linijek, niż większość poetów w dwanaście czy czternaście stron swojego gówna. I pił wino. Cesarze go kochali, bo byli w stanie zrozumieć o czym mówił. Zwykł palić swoje wiersze i żeglować w dół rzeki
pijąc wino. No ale, oczywiście, palił tylko złe wiersze ! Co próbowałem zrobić, jeśli wybaczycie to pokazać tę stronę życia, którą widzi fabryczny robotnik ... wrzeszczącą żonę, gdy wraca z pracy do domu. Podstawowe fakty egzystencji zwykłego człowieka ... coś, o czym rzadko wspominało się w poezji przez stulecia”.
Z tomu „krucyfiks w ręku śmierci” /1963-1965/ fragment wiersza „robotnicy”:

byłem wśród nich
przez wiele lat;
na początku ich praca
wydawała mi się
monotonna, nawet
głupia
ale teraz widzę
że wszystko ma sens,
że pracujący
bez twarzy
nie są wcale tacy
brzydcy, że głowy
bez oczu –
teraz wiem że te oczy
też widzą
że potrafią
robić to co robią.
pracujące kobiety
są często najlepsze,
przystosowują się do tego naturalnie,
z niektórymi z nich
kochałem się w czasie przerw;
z początku kojarzyły mi się
z małpami w kobiecym ciele
ale potem kiedy
zrozumiałem więcej
zdałem sobie sprawę
że są tak samo żywe
i prawdziwe jak ja.

parę nocy temu
stary pracownik
siwy i ślepy
a więc już bezużyteczny
odszedł na rentę
odszedł Tam

przemowy! chcemy przemowy!
krzyczeliśmy

to było prawdziwe
piekło, powiedział”...

i żeby zakończyć temat pracy, robotników, to wiersz o tych panach, którzy i nas niekiedy za wcześnie budzą:

śmieciarze

już tu są
ci goście
szara ciężarówka
głośno włączone radio

spieszą się

to musi ich podniecać
rozpięte koszule
wystające brzuchy

wyciągają kubły ze śmieciami
toczą do podnośnika
potem ciężarówka miele to wszystko
robiąc za dużo hałasu

pewnie musieli wypełniać odpowiednie formularze
aby dostać tę robotę
opłacają domy i
jeżdżą najnowszymi modelami samochodów

i w sobotnie noce upijają się

teraz kiedy w Los Angeles dogrzewa słońce
biegają w tę i z powrotem z kubłami śmieci

wszystkie te śmieci gdzieś znikają

a oni krzyczą do siebie
już siedzą w samochodzie
jadą na zachód w kierunku morza

i żaden z nich nie wie
że istnieję

SPÓŁKA OCZYSZCZANIA REX

- ten wiersz z tomu „płonąc w wodzie tonąc w ogniu” z lat 1972-1973.
I tak na zakończenie o wierszach, wiersz „ubóstwo” - bez jakiegokolwiek komentarza czy próby oceny, a rzecz o szukaniu człowieka. Owszem był Bukowski w pewnym sensie człowiekiem samotnym, myślę że tą samotnością, która odróżniała go od innych, odgradzała – samotnością innego sposobu patrzenia na świat, ludzi – jego, ich rozumienie, komentowanie w sobie - artykułowane pisaniem. To ta samotność pośród ludzi, która nie pozwala na komunikowanie się z nimi kiedy widzimy „ponadnormalnie”. A co o niej poeta ? - ...”bez ludzi, przeważnie mogę się obejść... nigdy nie czułem, że inna osoba mogłaby wejść i wyleczyć to, co mnie gryzie ... tam na zewnątrz nic nie ma. To głupota. Głupole spotykają się z głupolami. Niech się ogłupiają sami ... żal mi milionów, ale nigdy nie czułem się samotny. Lubię siebie. Jestem najlepszą rozrywką jaką mam!”- ale też:

nie mogą uwierzyć
że często teraz
skręcam się w swoim pokoju
chwytam się za brzuch
i powtarzam:
„Jezu, Jezu, Jezu, już
nie!”
nie mogą uwierzyć
że niekochani ludzie
ulice
samotność
ściany
są także moim udziałem.
i kiedy odkładam słuchawkę
myślą, że zachowałem swój sekret
dla siebie.

nie piszę dlatego, że coś
wiem.
kiedy zadzwoni telefon
także chciałbym usłyszeć słowa
które przyniosłyby
ulgę”...

No tak, - czy klown może rozśmieszyć siebie ? Może dlatego pisze:

przy życiu trzyma cię człowiek
którego nigdy nie widziałeś,
ten który może przyjść do ciebie
któregoś dnia

nie ma go na ulicy ani
w żadnym budynku, nie ma na
stadionie,
a jeśli tam jest
pewnie go nie zauważyłem.

nie jest jednym z naszych prezydentów.
nie jest politykiem ani aktorem.

ciekawe czy w ogóle gdzieś jest.

idę ulicą
mijam apteki i szpitale
teatry i kawiarnie
i zastanawiam się czy gdzieś tam go nie ma

wypatruję już tak z pół wieku
i ani razu go nie widziałem.

prawdziwego człowieka, naprawdę żywego,
powiedzmy ze siedzi i zapala papierosa
opuszcza ręce na stół

widzisz jego oczy
jak oczy tygrysa które patrzą w dal
nie zważając na wiatr

ale kiedy tylko opuści ręce na stół
widzę zawsze
inne oczy
patrzące na mnie,
nigdy nie te.

niedługo będzie na to za późno
i przeżyję życie
patrząc na apteki, koty, pościel, ślinę,
gazety, kobiety, drzwi i inne towary,
ale nigdzie nie ujrzę
żywego człowieka.

John Bryan, przyjaciel Bukowskiego pracował w Herald Examiner skąd wywalili go po tym jak się postawił, kiedy to redaktor naczelny chciał wyretuszować na okładce pisma /numer bożonarodzeniowy/ narządy płciowe małemu Jezuskowi leżącemu w żłóbku. Założył Bryan swoje własne pismo. Nazywało się Open City.
...” Open City” zadziera z grubymi rybami, z największymi szychami w mieście,
a tych jest całkiem sporo, zwłaszcza TERAZ, maszerujących po ulicach miasta jak rewolwerowcy w kiepskich westernach, a wśród tych szych są – wierzcie mi – naprawdę wredne skurwiele. Tak że praca dla Open City – prawdopodobnie najbardziej żywotnej gazety tego rodzaju w całych Stanach – sprawia większą frajdę i niesie ze sobą o wiele większe ryzyko. Z jednym tylko zastrzeżeniem – z samej frajdy i poczucia zagrożenia ledwie starcza na margarynę do tosta i na żarcie dla kota; po pewnym czasie kończy się na tym, że toster wyrzuca się na złom, a potem samemu zjada kota”. Kilkanaście miesięcy tydzień w tydzień ukazywały się w tej gazecie materiały Bukowskiego . Autor ostro komentuje
wydarzenia polityczne, z dużą wrażliwością reaguje na kwestie społeczne, w mocnych, niekiedy drastycznych i jak zawsze nie pozbawionych refleksji zdaniach opisuje własne życie, twórczość, spotkanych „w drodze” ludzi. „Nie wymagało to ode mnie żadnego wytężania się czy przemyślanej dłubaniny ... jakby nie istniał żaden przymus – siedziałem po prostu przed maszyną, piłem piwo i pozwalałem, by samo to szło”. Dzisiaj możemy te, pisane przez czternaście miesięcy „cotygodniówki” przeczytać w książce pt. „Zapiski starego świntucha” – polecam !
Może pokuszę się kiedyś o opisanie tej książki. Mnie zachwyciła. To są te „bebechy”, o których można powiedzieć – chcę je zobaczyć ! Tu – przeczytać !
Ostatnie lata życia Bukowskiego upłynęły w jako takiej stabilizacji. W 1985 ożenił się ze swoją wieloletnią przyjaciółką Lindą Beigle, kupili dom w San Pedro w Kalifornii. Sam o starzeniu się, tym czasie, o sobie mówił: ...” pisanie to nie taka zła sprawa dla starego człowieka, jak sądzę ... w środku czuję się taki sam – tylko silniejszy, kiedy w miarę upływu lat piszę coraz lepiej ... każdego dnia budzę się około południa, jemy z Lindą jakieś śniadanie, później jadę na tor i obstawiam konie, unikając ludzi mówiących „Hej, Bukowski prawdziwa ćma barowa!” Potem wracam i pływam trochę i jemy kolację i idę na górę i siadam przy komputerze i otwieram flaszkę i słucham Mahlera albo Sibeliusa i piszę, z tym rytmem, jak zawsze”.
Zmarł 10 marca 1994 roku.
Leszek Engelking, tłumacz książek Charlesa Bukowskiego – o nim :
... „ to facet, którego za każdym razem czyta się inaczej. I myślę, że mówiłby do rzeczy nawet po trzynastym piwie. A nie ma takich zbyt wielu”. A kiedy Poeta zmarł : „Rak. To dziwne, ale wydawał mi się młodszy, znacznie młodszy. I jakiś taki, cholera, odporny. Może nawet niezniszczalny. Chciałem Go odwiedzić w podróży do Stanów. Wiedziałem nawet, co dla Niego zabiorę, karton naszego piwa i parę paczek popularnych, żeby było przy czym pogadać”.
Sam zmarł niewiele później podczas podróży do Indii w nie do końca znanych okolicznościach. Wiemy, że w wypadku doznał rozległych poparzeń i umierał przez długich pięć dni w prowincjonalnym hinduskim szpitalu.
Żal obu śmierci, i ... jak każdej.
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2008-01-22, 18:53   

nie odpowiadam za "akapitowanie" - to się samo tak "ułożyło".
i wersja skrócona:
10 marca minie trzynaście lat od jego śmierci. Hank, Buk, Ćma barowa, Henry Chinaski – Charles Bukowski – awanturnik, skandalista, kobieciarz,
hazardzista, alkoholik, wieczny outsider, nieufny wobec wszystkich, apolityczny z zasady, wielki miłośnik muzyki klasycznej. Przede wszystkim jednak człowiek, poeta i pisarz. Pozostawił po sobie kilkaset wierszy, opowiadań, kilka powieści a przecież przez tak wiele lat odrzucano to, co pisał: „Dziękujemy za przesłane wiersze, które przeczytaliśmy z uwagą i zainteresowaniem. Nie widzimy niestety możliwości opublikowania ich w naszym piśmie”. Malował też obrazy – niekiedy udało mu się coś sprzedać, rysował – często satyryczne rysuneczki, których setki zostało do dzisiaj.
Urodził się Charels Bukowski w Niemczech. W miejscowości Andernach leżącej nad Renem około 100 km na południe od Bonn 16 sierpnia 1920 roku. Wróci tutaj po pięćdziesięciu czterech latach żeby zobaczyć tamte miejsca i żyjącego jeszcze wuja Heinricha. W 1923 roku wraz z rodzicami
emigruje do Stanów. Zamieszkują w Los Angeles, gdzie Charles, z przerwami
na swoje młodzieńcze wędrówki zostanie 50 lat. Na starość, wraz z żoną zamieszkają w kupionym za tantiemy domku w San Pedro – też w Kalifornii.
Dzieciństwo przyszłego pisarza upłynęło w bardzo złej atmosferze domowej. Zastraszona matka, preferujący kapralskie wychowanie syna ojciec. Tresura, bicie, zmuszanie do ciężkich, ponad siły małego chłopca prac domowych. Jakby tego było mało – dość agresywna odmiana trądzika, leczonego bez efektów przez kilka lat eliminowała młodego, wrażliwego młodzieńca z towarzystwa rówieśników. O ojcu: ...”sprawiał mi straszliwe manta, które skończyły się dopiero w dniu kiedy oddałem. W wieku szesnastu lat rozłożyłem go jednym ciosem”. Już wtedy uciekał w samotność, odosobnienie, picie, zaczął odwiedzać bary, spelunki, włóczyć się po przedmieściach Los Angeles, później po kraju. Za wrażeniami, pracą.
Wspominałem o fascynacji Bukowskiego muzyką klasyczną. Był naprawdę jej wielkim miłośnikiem. W jego kolejnych mieszkaniach /w pewnym okresie życia zmieniał je bardzo często, niekiedy zwiewając by nie zapłacić komornego/ ciągle można było słyszeć Brahmsa, Beethovena, Mahlera, Brucknera, Chopina, Mozarta, Sibeliusa. Nierzadko w wierszach można spotkać te nazwiska, muzyka jest tłem lub pretekstem. Niekiedy leczy:
słucham w radiu Brucknera/dziwię się, że mi trochę nie odbiło/po ostatnim rozstaniu ze swoją/ostatnią dziewczyną/ ... /słuchanie w radiu Brucknera/
wydaje się szczytem spokoju”... To fragmenty wiersza „klęska” i z innego:
... „słucham Brahmsa i pogryzam ser pleśniowy z meksykańskimi papryczkami”.
Kiedy Bukowski stał się znanym kobiety, które dotąd jakby nie
zauważały jego istnienia – zaznajamiał się jedynie z prostytutkami i bywalczyniami barów, alkoholiczkami – jak on – teraz zasypywały go listami, telefonami, ofertami małżeństwa itd.. Jego numer można było z łatwością znaleźć w książce telefonicznej – 462-06-14 - ...”pięćdziesięciolatek,
który nie użył sobie/przed 23 rokiem życia/a potem aż do pięćdziesiątki niezbyt często/powinien chyba zostać/w książce Pacific Telephone/póki nie
pochędoży tyle/co przeciętny mężczyzna”... Ale sprawę kobiet, ich udziału w życiu pisarza, wierszy, które o nich i najbardziej intymnych sprawach napisał pozostawiam indywidualnym studiom czytelników.
Jego zamiłowanie do hazardu objawiło się między innymi grą na wyścigach konnych. Tor był miejscem gdzie wypoczywał, spotykał znajomych nooo ... i oczywiście grał. Trzeba przyznać, że nieźle mu szło i czasem wygrane były jedynym źródłem utrzymania. Sporo wierszy, opowiadań poświęcił wyścigom.
Wszak to część jego życia: ...”właśnie przechodzą konie/zabierając ze sobą swoich/małych ludzi -/jest tak pogrzebowo i wdzięcznie/tak radośnie/jak gdyby otwierały się/kwiaty”.
W roku 1923 ukończył szkołę średnią, potem w latach 1940-41 trochę studiował w City Collage dziennikarstwo, język angielski, teatr, historię.
W 1944 pierwsze pieniądze – 25 dolarów – za publikację opowiadania w nowojorskim piśmie Story. Potem przez wiele lat nic. Dopiero właściwie rok
1957 – osiem wierszy w piśmie Harlequin i 1960 kiedy to ukazała się jego prawdziwa książka – tom wierszy „Kwiat, pięść i dziki lament” Po niej to już jedna po drugiej kolejne pozycje. Zarówno wiersze, opowiadania i w 1971 roku powieść „Listonosz”, będąca zapisem jego pracy na poczcie amerykańskiej – tu, jak zawsze, jego alter ego – Henry Chinaski w roli głównej.
Alkoholik i awanturnik – owszem i to przez całe życie – i pisał o tym często:
„na wpół pijany/zmyłem się z jej mieszkania/porzuciłem ciepłe koce/miałem strasznego kaca/i nie wiedziałem nawet, w jakim mieście/jestem”... ...”wyszedłeś z domu, powiedziała,/i zacząłeś kopać samochód tego faceta/potem rzuciłeś się w żywopłot/i połamałeś... kiedy poszła, podniosłem
krzesło/wyrzuciłem je przez okno, wokoło/było dużo szkła./złamałem też żaluzję”.. .a to z wypowiedzi samego pisarza: „alkohol jest prawdopodobnie jedną z najlepszych rzeczy, jakie pojawiły się na ziemi-oprócz mnie, taaaak...
to dwa z największych objawień na powierzchni ziemi. Więc ... pasujemy do siebie”. Trudno, pisząc o Bukowskim nie wspominać o alkoholu, piciu. Bo jak opowiedzieć o filmie „Ćma barowa”, filmie o nim samym, do którego napisał scenariusz, jeśli można go tam zobaczyć /znakomita rola Mickey’a
Rourke/ albo pijanego, albo skacowanego, albo jak idzie do baru. W międzyczasie pisze wiersze, rozrzuca kartki z nimi po pokoju ...
Jest rok 1977. Bukowski wraz ze swoją przyjaciółką Lindą /pobiorą się w 1985/ wybiera się do Europy. Francja i Niemcy. Występ w literackim programie paryskiej telewizji, potem nieco nostalgiczna podróż niemiecka. Kilka miast, między innymi Andernach, gdzie przyszedł na świat i Hamburg. Tutaj 18 maja 1977 roku na 20.30 wieczorem przyszło do Markthalle ponad 1200 osób by móc zobaczyć i posłuchać Bukowskiego. Poeta przebija się przez tłum do stolika: „czasem ktoś mnie rozpoznawał i wyciągał do mnie rękę z butelką. Piłem z każdej podsuwanej butelki, w miarę jak posuwaliśmy się do przodu”... To spotkanie literackie było wielkim sukcesem poety, on sam napisał: ...”tłum hamburski
był dziwny. Kiedy przeczytałem im wiersz rozśmieszacz, śmiali się, ale gdy przeczytałem wiersz poważny, zareagowali gromkim aplauzem. W rzeczy samej to inna kultura... ... naprawdę pierwszy raz mi się zdarzyło, że tłum je rozumiał”. Potem było podpisywanie książek – i znowu Niemcy okazali się „inni” - ...oni mieli moje książki” !!
Za mało tutaj miejsca by napisać o fascynacjach Bukowskiego. Raczej nie wypowiadał się o współcześnie żyjących poetach, pisarzach. Cenił sobie poezje Walta Whitmana, prozę Dostojewskiego, Andersona, Hemingwaya, Celine’a. Czytał i lubił chińskiego poetę Li Po.
W pewnym sensie był Bukowski człowiekiem samotnym, myślę, że tą samotnością, która go odróżniała od innych, odgradzała – samotnością innego sposobu patrzenia na świat, ludzi – jego, ich rozumienie, komentowanie w sobie – artykułowanie pisaniem. To ta samotność pośród ludzi, która nie pozwala na komunikowanie się z nimi, kiedy widzi się „ponadnormalnie”. ...”Carl i Waltraut, bardzo lubię ich oboje, co mnie trochę zaskakuje, bo zwykle miałem okropne problemy z ludźmi. Niewielu się dla mnie nadawało. Był szalony Barbret i była Linda Li, i moja córka, a poza nimi przepaść”... ...”bez ludzi przeważnie mogę się obejść”... ... ale i tak: ...”przy życiu trzyma cię człowiek/którego nigdy nie widziałeś”...
Pisał też Bukowski – przez kilkanaście miesięcy do tygodniówki Open City
Johna Brayna. Komentował wydarzenia polityczne, pisał, z dużą wrażliwością o kwestiach społecznych, w mocnych, niekiedy drastycznych i jak zawsze nie pozbawionych refleksji zdaniach opisywał własne życie, twórczość, spotkanych w „drodze” ludzi. Warto przeczytać zbiór tych artykułów zestawionych w książce pt. „Zapiski starego świntucha”.
Ostanie lata życia Bukowskiego upłynęły w jako takiej stabilizacji. Mieszkał z żoną w kalifornijskim San Pedro. Wtedy już komputer, nie maszyna do pisania, na półkach mnóstwo płyt z jego ulubioną muzyką klasyczną. O starzeniu, tym czasie, o sobie mówił: ...”pisanie to nie taka zła sprawa dla starego człowieka, jak sądzę...w środku czuję się taki sam – tylko silniejszy, kiedy w miarę upływu lat piszę coraz lepiej ... każdego dnia budzę się około południa, jemy z Lindą jakieś śniadanie, później jadę na tor i obstawiam konie, unikając ludzi mówiących „Hej, Bukowski prawdziwa ćma barowa!” Potem wracam i pływam trochę i jemy kolację i idę na górę i siadam przy komputerze i otwieram flaszkę i słucham Mahlera albo Sibeliusa i piszę, z tym rytmem, jak zawsze.”
Leszek Engelking, tłumacz książek Charlesa Bukowskiego – o nim: ...”to
Facet, którego za każdym razem czyta się inaczej. I myślę, że mówiłby do rzeczy nawet po trzynastym piwie. A nie ma takich zbyt wielu”. A kiedy poeta zmarł: „Rak. To dziwne, ale wydawał mi się młodszy, znacznie młodszy.
I jakiś taki, cholera, odporny. Może nawet niezniszczalny. Chciałem Go odwiedzić w podróży do Stanów. Wiedziałem nawet, co dla Niego zabiorę, karton naszego piwa i parę paczek popularnych, żeby było przy czym pogadać”.
Nie zdążył.
 
 
Marcin 

Wiek: 49
Dołączył: 16 Wrz 2007
Posty: 4610
Skąd: Lubin
Wysłany: 2008-01-22, 22:18   

Ale do czytania :padam: Muszę sobie zostawić na weekend, bo w tym tygodniu już się nie wyrobię ;)
 
 
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2008-01-23, 19:50   

no to sobie poczytałam :) ...ciekawie poczytałam :P
_________________
a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2008-01-23, 22:04   

dałaś radę ?????
 
 
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2008-01-23, 22:13   

nio....dałam ;)
_________________
a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza
 
 
eva_14 

Wiek: 105
Dołączyła: 28 Lis 2007
Posty: 8981
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2008-02-05, 13:09   

dzięki, dopiero zaczęłam. Muszę to rozłożyć na raty. Za mało czasu.
jeszcze raz dziękuję
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » PISANE PROZĄ » Publicystyka » Bukowski II


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo