Open your eyes…to szept magdaleny, nie świętej
zupełnie – rudej i bladej. Mówi, marzą mi się ogrody,
pokaż mi takie ogrody. Sięgam więc po najgorsze
z koszmarów: krwiste wachlarze z drzew sandałowych,
murzynkę z tulipanowym okiem moczonym w wirusie.
Słucha, głaszcze miękkie małżowiny, rudy zaczyn
z jej wargi pajęczyną kipi. Mam stopnie, mruczy
które wysoko i wyżej, lecz starczy przysiąść,
a sama pewnie zechcę – do piekła nawet i niżej.
Ale piękny bukiet, woła, a to przecież most
jeden, Wisła podkręcona, róż wieczorny się leje.
To nie ja, chociaż – rzeczywiście pomagałem matce
w tunelowej kwiaciarni, wodę nosić, zakręcać wstążki –
takie bukiety staram się wręczać.
Jej ciało, tak pewne, bo nieobecne zupełnie,
snuje teorie, drąży w melodiach ujście dla ciszy:
życie jest prostym żartem – nie na salony,
którego pointa zdaje się krótka, choć podobno
nieskończona. Jej ciało głupieje, w banał zmienia
przejścia z uda do brzucha, z pachwin do źródła:
( sen we śnie - to jeszcze nie życie, choć blisko, czasem
jakby wewnątrz słowa: bliżej. To jeszcze nie podróż,
ale ścieżka - wiem już - prowadzi.
To jeszcze nie choroba, choć rozpad wróży
dzisiejszy stan zdrowia, a niebo budzi niepokój -
w grę wchodzi już nie tylko atom i jego pogoda.
I - mimo, że często, nie nocą, z człowiekiem,
nie lustrem, sączę morza o stęsknionej bryzie -
to jeszcze nie samotność, choć ciepło...bliżej.
To jeszcze nie o śmierci, chociaż ciepła pościel
nudna bywa, a ziemia - przeciwnie - pieszczotliwa.
To jeszcze nie o śmierci ).