Wysłany: 2009-11-21, 17:17 O B. i o N., wiatrakach, sarnach i malowaniu krajobrazów
O B. i o N., wiatrakach, sarnach i malowaniu krajobrazów
- Za jakie grzechy? Powiedz, za jakie grzechy musimy tu mieszkać?
Rozmowa powtarzała się jak echo, po raz enty, odbywała się zwykle po wakacjach, wycieczkach, teraz po krótkim wypadzie do Chicago. Mateusz pytał żonę:
- Czemu nie jakiś Fort Meyers? Boulder? Seattle, choćby Quincy? Czemu tu? W środku niczego?
- Grzechy? Przypomnij sobie Kansas City latem, albo Kissimmee w maju. Jak piece, których nie da się wyłączyć. Cztery miesiące upałów, spacery dopiero długo, długo po zachodzie słońca. Chcesz tam wracać?
Mateusz jednak miał trochę racji, ponieważ topograficznie miasto B. nie należy do najbardziej atrakcyjnych. W jakimkolwiek kraju byłoby reklamowane przede wszystkim jako nieduże i spokojne. Znak rozpoznawczy dla tych, którzy chcą mieć wszystko pod ręką i cenią sobie spokój.
Folder:
"Miasto B., w środku prerii, wygodnie położone w niewielkiej odległości od stolicy stanu;
około półtorej godziny jazdy od jednej z największych metropolii świata;
obwodnice dwóch międzystanowych autostrad, ułatwiają dojazd ze wszystkich i we wszystkie strony świata;
regionalne lotnisko, skąd można podróżować do wszędzie, jeśli tylko się chce
miasto ciche i bezpieczne, przyjazne rodzinom,
tu łatwo wychowasz dzieci!
dwa uniwersytety, jeden stanowy, drugi prywatny; dwa kolledże;
zatrudnienie znajdziesz w firmie ubezpieczeniowej, która „w potrzebie, jak dobry sąsiad jest zawsze przy blisko i pomoże!"Like a good neighbor ...."; a jeśli nie tam, to możesz składać auta na M.
„Rasizm? Not in our town! Nie w naszym mieście!”
Aaamen!
W mieście B. jest wszystko i nic się tutaj nie dzieje.
Jedno i drugie jest pozorne.
Na lotnisku w B. podróżnych witają obrazy miejscowego artysty, ogromne kanwy w postimpresjonistycznym stylu G. Seraut, pointylistyczne krajobrazy z polami w roli głównej.
Malowanie emblematu miasta B. odbywa się mniej więcej tak:
bierzesz duże płótno, największe, jakie tylko możesz znaleźć, szersze niż wyższe, chociaż? nie, może to być kwadrat, byle duży;
u dołu szerokim pędzlem malujesz rudawoszary pas, nadając mu fakturę spękanej gliny, przesuwając pędzlem w górę, nadal w kierunku poziomym, nakładasz następny kolor, ciemniejszy brąz, który zaczynasz mieszać z zielenią,
ten pas powinien być węższy, jak przejściowa smuga, z której eliminujesz brąz, przenosząc się w odcienie zieleni,
teraz kierunek ruchów pędzla zmieniasz na pionowy, malujesz długimi pociągnięciami wysokie łodygi-tyczki kukurydzy, i poprzez głębokie tony zieleni idziesz do jaśniejszych, prawie złotych,
szerokie pasmo pionowej zieleni wieńczysz jasną, pomarańczowo-żółtą kosmatą linią
a następnie, nie tracąc czasu na łagodne przejście z barwy do barwy, natychmiast sięgasz po najszerszy pędzel, zanurzając go w zdecydowanym, czystym błękicie,
tonację i głębię błękitu możesz podkreślić kontrastowym, pojedynczym, zabłąkanym i rażącym bielą obłokiem;
pas nieba powinien sięgać szczytu płótna,
nie mieści się na nim słońce, dla słońca będziesz potrzebować następne płótno.
Ta sama, ale nocna winieta, oczywiście wymaga dużo ciemniejszej gamy.
Noc robi się w taki sposób:
bierzesz duże płótno, największe, jakie ... itd
A dodatkowe płótno potrzebne będzie na księżyc.
Ciekawe, jak wygląda miasto B. z perspektywy kluczy kanadyjskich dzikich gęsi? Co roku przylatują ich tu całe stada. Zamieniają się w uskrzydlone kosiarki do trawy napędzane ... trawą. Na kilka miesięcy z upodobaniem zasiedlają okolice kilku naturalnych i sztucznych jezior, a także niezliczonych stawów. Z wysoka wodne tafle błyszczą, i pewnie są nietrudne do odnalezienia w prerii.
A człowiek? patrząc na to samo B. z okna samolotu łatwo nakreśli jego zarys palcem na szybie. Jednak obie, ptasie perspektywy wprowadzają w błąd, bo to, co z wysoka wydaje się jedną masą, w rzeczywistości jest sklejką dwóch miast B. i N. Przy czym B. na kuli, zwanej ziemską, jest zaznaczone koordynantami: 40° 29' N, 88° 57' W.
W bezchmurny dzień kontury B. i N., czasem nazywanych B.-N., łatwo otoczyć krótką pętlą, lecąc wzdłuż wytyczonej zabudowaniami linii. Latem ten swoisty płot przechodzi w ogromne zielone, żółte lub złociste prostokąty pól, kukurydzy i soi. Zimą, te same pola zakładają kamuflaż w szarościach i bieli z zapomnianymi, poutykanymi gdzieniegdzie, zielonymi wstawkami ozimin i traw nie poddających się chłodom prerii, ani najostrzejszym mrozom. Jesienią te same płachty przez ochry, ugry i sepie zmieniają się w szaro-burość a wiosną w czerń aż po dzień, kiedy budzi się młoda zieleń. Nieregularną plamę syjamsko zrośniętych miast okrążają dwie autostrady, a od samej plamy, jak od kleksa rozchodzą się drogi, i z tej wysokości niewidoczne ścieżki, znane tylko kojotom i sarnom.
Na płaskim stole pól, jakie okalają miasta, z pragmatyczną fantazją zupełnie niedawno poustawiano ogromne stalowe wiatraki z równie olbrzymimi, smukłymi śmigłami - Wind Farms. Nagle komuś żal się zrobiło marnującej się tu siły róży wiatrów. Wiatraki bez Don Kichota, bo jakże wyglądałby walcząc ze stalą? Odkąd pojawiły się te giganty, wiatry natychmiast stały się nieodzowną, obliczalną i opłacalną częścią krajobrazu, a same wiatraki tematem rozmów, petycji, skarg, zachwytów, a także przekleństwem dla niektórych przywiatrakowych mieszkańców i bez wątpienia dla ptaków, do tej pory nie zważających na wysokość swoich lotów, lecz teraz zmuszonych do wytyczania nowych azymutów.
Hodujemy wiatry, zbieramy ich siłę, nic w przyrodzie nie ginie, nie powinno ginąć...
Nocą giganty Wind Farms zamieniają się w ogromną dyskotekę, rozbłyskują regularnymi impulsami czerwonych świateł. Wygodnie rozciągnięty na polach, jednostajnie szumiący stalowymi skrzydłami smok. Nocą pilnuje pól a ranem zamyka ślepia czerwone od niewyspania.
Lądujemy w B. – N. Na ziemi przestrzenna metamorfoza płaskiej plamy bliźniaczych miast następuje natychmiast i wyrasta z niej trójwymiarowy labirynt.
W jego zakamarkach można znaleźć, albo zgubić wszystko.
część II
- Czy jest tu gdzie iść wieczorem? – zapytała Daisy Q.
- Wieczorem? You mean, something like night life? – odpowiedziałam pytaniem.
- Tak, jakieś bary, kluby, miejsca do tańca? You know, places to go, hang out.
- Wiesz, nie mam pojęcia, też jestem tu nowa. Poza tym nie lubię, właściwie nigdy nie lubiłam nocnego życia. Może zapytaj kogoś innego? – odparłam, uznając temat za zakończony.
Siedziałyśmy na podłodze w moim pierwszym domu, przypatrując się rozłożonej mapie nowych dla nas, przytulonych do siebie miast B. i N. i śledząc ich wspólną granicę wyraźnie zaznaczoną kolorem i wytyczoną na przemian: cienkimi kreskami ulic, szerszymi wstążkami alej, domami, placami lub przestrzenią parków. Patrząc na tę linię miałam wrażenie, że miasta podzielono nielogicznie. Niedługo później dowiedziałam się, że nigdy ich nie dzielono. Tak naprawdę, od początku swojego istnienia rosły od centralnego punktu, jakim jest uniwersytet, wcześniej Normal School for Teachers, i od tego punktu ich plany rozwijały się w różne strony, częstokroć dzieląc się historią rozmaitych wydarzeń.
Wciąż, nie rozumiem, czemu B. i N. nie połączą się w jeden organizm, co stoi na przeszkodzie, by związać je wspólnym imieniem, samorządem, społecznym kufrem, budżetem na szkoły, parki, policję? Być może przyczyną jest zdrowy wpływ konkurencji na lenistwo i zobojętnienie mieszkańców B. i N.?
Dobrych kilka lat później, gdy nasze dzieci już były na studiach, a Daisy Q. stała się sławna w mieście, jako żona doskonałego dermatologa i matka dwóch dobrze grających w szachy synów, spotkałam ją w restauracji w downtown B. Prawie się nie zmieniła, wyglądała młodo, bez śladu zmarszczek – co jej pomaga? botox, facelift? mąż dermatolog? seks? nocne życie? - lekko opalona, niezmiennie filigranowa, opierała się na ramieniu swego męża, którego twarz znałam ze zdjęć i reklam w miejscowej gazecie i telewizji.
- Night-life – przypomniałam sobie naszą rozmowę, i poczułam się jak przyłapana na gorącym uczynku, uczestniczka nocnych hulanek. Uśmiechnęłam się do Daisy, pomachałam ręką.
- Hello Daisy!
- Hello! – jej oczy mówiły: „A jednak! Ty też! No widzisz! How nice! Gotcha”
Przez hałas w restauracji krzyknęłam do mojego męża, że to Daisy i że się w ogóle nie zmienia.
Obydwie brałyśmy udział w letnim, nocnym bar hopping – które w B., żeby się wyróżnić, nazwano pub crawl.
- 18 bars, 40 bands, one night! -
I to wszystko w naszym niedużym downtown B. Daisy znalazła się tu prawdopodobnie świadomie, z wyboru, ja natomiast niechętnie. Po prostu nie miałam wyjścia, ponieważ za kilka godzin ktoś przecież musiał dowieźć do domu moje, podchmielone i półgłuche od decybeli, towarzystwo. Muzyka w barach w ten wieczór jest tak głośna, że nie ma mowy o normalnej rozmowie. Ja, nie akceptując do końca swojego udziału w tej dziwnej zabawie, czułam jednak, że byłam osobą ważną i myślę, że jedną z nielicznych trzeźwo patrzących na otoczenie. Ważny, nudny i znudzony „designated driver”. Ale, ktoś to musi robić.
Na kogo wypadnie, na tego bęc.
Samo bar-hopping, czy w lokalnym 'lingo'pub crawl, to marzenie nastolatków, rzeczywistość twenty-something i moja zmora. Rodzaj zabawy w poszukiwanie bliżej niesprecyzowanych skarbów, szukanie innych szukających. Ciągle ruchome, nieuchwytne marzenie o spotkaniu tego kogoś, czegoś? kogo? czego?
Od baru do baru, od restauracji do restauracji. Hop, hop, koniki polne, świerszcze, żabki, króliki, misie, inne skoczki i pełzaczki, kic, kic w stadkach, plastikowe kubki z piwem w łapkach, otumanione alkoholem, upałem, muzyką. Pół-nagie dziewczyny, dziewczyny udające kobiety, kobiety udające dziewczyny, grupami, samotnie, chłopcy, mężczyźni, cekiny, klapki, obcasy, polo, dżinsy, koszulki, które odkrywają wszystkie tajemnice. Jak ćmy na bezgłośnych skrzydłach, lecące całymi chmarami do światła, ciepła. Wabione magią hałaśliwej, pijanej nocy księżycowe motyle, a ich skrzydła furkoczą, szumią, drgają muzyką i blaskiem. W poszukiwaniu? kogo? czego?
I do tego ten przeklęty upał, lepiący się do ciała jak mokry muślin, w bachanalia podpisujący coroczną listę obecności, jakby przypominał sobie na czas o adresie w terminarzu: mam być w... i ma być gorąco.
Gdy, po kilku drinkach, patrzy się na ulice downtown B., które jak na tę część stanu są niezwykle strome, to wydają się one piąć pod większym niż normalnie kątem. I wszystkie prowadzą do nieba, granatowego dachu z poczwórną twarzą zegara, pilnującego wszystkich stron świata i jakby tego było mało, uwieńczonego dzwonem na wieży powiatowego sądu. Czasem te ulice zaczynają się wspinać tak stromo, że żeby je pokonać trzeba zdjąć buty. Wysokie obcasy, w których niewygodnie spacerować do nieba. Ćmy zdejmują wysokie szpilki...
Ulice z pomyloną perspektywą jak z rycin M.C. Eschera.
- W przyszłym roku, jeśli będzie przyszły rok, założę coś sportowego – mówię do Basi, która po kilku mini-kubkach piwa coś sobie podśpiewuje i, żeby się nie potknąć, wyjątkowo, jak na nią, czule trzyma za rękę swojego męża.
- Night-life – powtarzam sobie. Kilka łyków z oprocentowaniem, upał, muzyka, której natężenie wprawia w drżenie szyby okien mieszkań na wyższych kondygnacjach. Każdy bar, pub, każda „dziurka”, restauracja dźwięczy, z każdego pomieszczenia wyrywa się: jazz, blues, rock, hip-hop, alternative, easy, regae, jakieś country i wszystko to plącze się nad nami w nieujarzmioną symfonię, uliczną kakofonię. Tej nocy każdy bar ma ambicję, żeby było jeszcze głośniej, głośniej i inaczej niż w poprzednim roku, żeby dźwiękiem wessać i zahipnotyzować jak największy tłum.
Nagrzanymi w ciągu dnia ulicami przejeżdżają kabriolety, w których wyłącznie kierowcy wyglądają na pochodzących z tej ziemi. Głośniki na full, włosy rozwiane, plecy nagie, uśmiechy bardzo, bardzo prawdziwe.
- What a blast! I tell ya, that’s f... life!
część III
Na chodnikach barowego dystryktu policjanci mieszają się z tłumem. Z dłońmi nonszalancko opartymi na szerokich czarnych pasach, udają, że patrzą i widzą. A może rzeczywiście coś widzą? Spora ich grupka zatrzymuje się przy „Daddio’s”, gdzie zdesperowani wielbiciele hip-hopu próbują „fenetrować” lokal.
- Ale fajnie! – krzyczy Basia, wskazując głową na kolorowy, spocony, już dobrze podpity tłum.
- Chcesz się dołączyć? – pyta mój mąż i w sekundzie oboje znikają mi z oczu.
Stoję na środku chodnika z piwem w plastikowym mini-kubku i bezwiednie uśmiecham się do Richie, który z powodu nagłego zniknięcia żony, bierze mnie pod rękę. Idziemy w dół ulicy, gdzie robi się ciszej, tłum rzednie, wchłaniany przez boczne uliczki, pasaże, pachną jakieś nocne kwiaty, jak na zawołanie pojawia się księżyc, słychać szum fontanny przy niewidocznym jeszcze stąd skwerze.
...........
Labirynt
- Wstawaj, już północ – Natalia pociągnęła lekko za prześcieradło, którym przykryty był Mateusz.
- Co? co się dzieje? – jeszcze nie do końca przebudzony, Mateusz próbował zostawić krótki sen na poduszce.
- Obiecałeś, pamiętasz? Jedziemy? – Natalia stała przy łóżku, gotowa do wyjścia, uzbrojona w opakowanie środka anty-komarowego.
- Nie budziłam cię wcześniej, specjalnie, żebyś nie musiał na mnie czekać. Nie bę-dę się guz-dra-ła!
- Czy koniecznie? Koniecznie chcesz jechać? – pytał z nutką, nieśmiałą, zaspaną w głosie.
- Przecież wiesz, że to tylko raz na kilka lat, kilkanaście, a może rzadziej? Gdzieś czytałam... żeby spadały w takich ilościach czasem trzeba czekać... czekaj... o na przykład trzydzieści trzy lata, tak piszą o Leonidach. Nie chcesz, to sama pojadę – Natalia wiedziała, że ten argument najbardziej pomoże.
- No dobrze, już wstaję, wstaję, ale musisz coś dla mnie zrobić – Mateusz usiadł na brzegu łóżka i mierzwił dłonią lekko spoconą czuprynę.
- Co?
- Szklanka zimnego mleka i dwa plasterki goudy – złożył zamówienie.
- Tylko? Oołkej, już się robi – uśmiechnęła się Natalia i poszła do kuchni.
Deszcz zaczyna się po północy. Najważniejsze, żeby zobaczyć Wielki Wóz, jeśli wyjedzie na niebo i będzie wyraźny, jest to znak do podniesienia kurtyny, niebawem zacznie się niebiański teatr. Na przedstawienie trzeba wziąć ze sobą to, co zwykle jest potrzebne na 4-go lipca: koc, rozkładane krzesło, a najlepiej leżak, koniecznie jakiś anty-komar, latarkę z czerwonym filtrem, „munchies”, coś do picia. Najlepiej kierować się na północ i znaleźć naprawdę ciemne miejsce, z dala od świateł miasta. Można oczywiście jechać na południe, tam niebo będzie ciemniejsze, ale najjaśniej Perseidy zatańczą na północnym horyzoncie, tam, gdzie wstaje Perseusz... Zatańczą dla niego.
- O tej porze między polami spotkasz tylko lunatyków – Mateusz nigdy nie rozumiał cóż takiego Natalia widzi w nocnych ulewach światła. Pamiętał ich pierwsze randki pod takimi deszczami, ale to było bardzo dawno, lata świetlne temu, w innym świecie, pod bardzo innym, północnym niebem.
- Lunatyków no i nas – dodaje Natalia. - Zobaczysz, jak będzie pięknie. Zobaczysz. A jak ci się znudzi, to możesz spać, albo słuchać radia. Rozłożymy siedzenia w autku i będziesz spał. A ja, wśród pól kukurydzy, z butelką aquafina, pachnąca anty-komarowo, między świetlikami będę się napawać widokiem i będę liczyć ile spadnie. Mam tyle życzeń. Bardzo potrzebuję tej wyprawy. Och, i wiesz, najwięcej podobno spada nad ranem, między czwartą i piątą – żartowała.
- I czemu ja się z tobą ożeniłem? – mruczał Mateusz. – Co mnie podkusiło? W środku nocy mnie wabi, w pola ciągnie i żeby to jeszcze... jak kiedyś, po coś... – przyciągnął do siebie Natalię, żeby ją pocałować i z nadzieją, że może się rozmyśli.
- Co podkusiło? Baba, baba i licho – Natalia wywinęła się z uścisku męża, szepcząc – Później... później.
Drogi w pola, ich większość, biegną pod kątem prostym, rozpoczynając się od przejazdowych cztero-pasmówek, są oznaczone cyframi, których dokładne znaczenie znają tylko wtajemniczeni, i pierwszą literą strony świata, w jaką prowadzą. Jeśli raz przejedzie się kawałkiem tak poszatkowanej przestrzeni, to poznawszy zasady i prawidłowości podziału, sieć staje się logiczna i prosta. Cyfry na drogowskazach, w zależności od kierunku jazdy, będą się zwiększać lub zmniejszać, na przykład: 2500N i po chwili 2000N. Praktycznie pokrojone pola, szachownica ubitych, żwirowych lub asfaltowych kresek, gdzie ruchem kierują strony świata. Skręt na wschód, południe, zachód, północ i znowu na wschód wiedzie do punktu wyjścia.
W sierpniu, kiedy kukurydza jest wysoka, łatwo się w niej schować, zgubić, jak w zaczarowanym, słodko pachnącym lesie. Horyzont znika za zieloną ścianą, pozostaje tylko sam labirynt dróg, i świat gdzieś poza, w domyśle, za poszarpanym grzbietem, kukurydzianych tyczek, kłujących szerokie niebo.
Nocą ta ściana robi się czarna.
Miasto B. rozsiadło się, jakby na przekór naturze, w środku dawnej, kiedyś rozległej prerii, gdzie nawet Indianie nie chcieli zagrzać dłużej miejsca, obawiając się częstych tornad. B. nigdy nie śpi. Ludzie, tak, ale nie miasto, nawet nocą. Przykryte kloszem ciemnego nieba z gwiazdami, jak fosforyzujące łebki szpilek, oddycha, bezsenne, przewraca się z boku na bok i czeka na obiecany świt.
Półleżę, półsiedzę na składanym, płóciennym leżaku gdzieś w środku labiryntu pól, tonąc w prerii. Nocna Ariadna nawijająca kłębek z nici światła zostawianych przez komety, dobrze ukryta w czerni kukurydzy, w gęstwinie ich podłużnych, sterczących ku górze gładkich liści. W nikłym, nocnym świetle od czasu do czasu błyszczą półprzezroczyste, jak z zastygłej wody, włosy kolb, tuląc złote ziarna napęczniałe sokiem i cukrem. Nade mną kobaltowe niebo i gdzieś księżyc, który w tej chwili bawi się w chowanego. Niedaleko ode mnie spostrzegam świeżo połamane tyczki kukurydzy. Ta wyłamana brama prowadząca w gęstwinę nie jest szeroka, może nią przejść dwoje ludzi, może przejść jedna sarna, lub sznurkiem całe stadko.
część IV
- Nie lubię jeździć po ciemku, ale nie dało się wyjść wcześniej. Dawno się z nimi nie widziałem – mówił Kuba, gdy usiedli w kuchni.
- Rzeczywiście, to już prawie pięć miesięcy od Twojej ostatniej wizyty, synku – uprzytomniła sobie jego matka.
Mimo późnej godziny, jeszcze się nie kładła, czekała, żeby porozmawiać z synem. Zawsze lubili te nocne pogaduszki a teraz szczególnie, gdy wyjechał daleko i stały się rzadkością, wiele znaczyły dla obojga, jak długo wyczekiwane święto. O tej porze rozmawiało się lepiej niż za dnia, łatwiej znajdywało się słowa, przychodziły same, cisza domu uspakajała, podkreślana szumem wentylatora pod sufitem w przyległym pokoju. Z zewnątrz dochodziły przytłumione dźwięki przejeżdżających, o tej porze pojedynczych, samochodów, czasami dobiegał odległy sygnał pociągu.
- I co u nich? – pytała Natalia. – Co nowego?
- Wszystko dobrze. Kevin dostał lepszą pracę. Bliźniaki rosną.
- Widziałeś maluchy?
- Tak, jak przyjechałem, to akurat je karmili – Kuba odpowiedział z uśmiechem, przypomniawszy sobie dwie istotki, które leżały w osobnych, o wiele dla nich za dużych, łóżeczkach. – Powoli dochodzą do siebie.
- To dobrze. Wszystko się unormuje za miesiąc, dwa. Wcześniaki, to zawsze problem, na początku, a tu jeszcze bliźniaki – Natalia, patrząc na syna, gdy mówił o bliźniakach przyjaciół, zauważyła w jego gestach i tonie głosu, że chyba i on zaczyna myśleć o założeniu rodziny, a ona sama dorosła do miana babci.
- Tylko wiesz mamuśku, – Kuba nie wiedział jak zacząć, westchnął i spojrzał na matkę - jak wracałem miałem przygodę...
- Przygodę? – Natalia podniosła oczy na syna.
- Niestety... Zabiłem sarnę – mówiąc to, Kuba patrzył matce prosto w oczy, po chwili jednak spuścił wzrok i wolnym ruchem odsunął od siebie szklankę z pomarańczowym sokiem. Wiedział, zanim dojechał do domu, że szklanka zimnego soku będzie czekać niego na kuchennym stole, teraz jednak nie był w stanie nic przełknąć.
- Sarnę? Jak to się stało? Wyskoczyła na drogę? – Natalia nie mogła zatrzymać pytań.
- Nie wiem. Nie jechałem szybko. Nie, nie piłem – dodał, uprzedzając pytanie, czy przypadkiem, jakiś drink u Kevina i może dlatego... – Wiesz, że unikam alkoholu. Wyskoczyła, nagle, zupełnie nagle. Nie zdążyłem zahamować, zobaczyłem tylko oczy, jak niewidome, takie białe, szklane guziki, i prawie białe wnętrza uszu, mokry nos, cały pyszczek, jak na fotografii, jak w obłoku magnezji. Każdy włosek... Mam to ciągle przed oczami.
- Oj, to przykre, bardzo przykre – Natalia patrzyła na syna i zrobiło się jej żal, że coś takiego dała mu w prezencie letnia noc. Przypomniała sobie, że tylekroć zastanawiała się, czy nie warto byłoby zainstalować na samochodach gwizdków do odstraszania zwierząt. Podobno działają, podobno zwierzaki uciekają przed ich dźwiękiem. Ale słyszała też, że nie zawsze, bo w porach godów zamroczone chucią nie zwracają na nic uwagi, albo wtedy, gdy mają małe.
- Co z samochodem? – zapytała syna.
- Przyjechałem taksówką – odparł Kuba. – Samochód musiałem zostawić niedaleko od tamtego miejsca, bo po ujechaniu kilku metrów coś strasznie zaczęło w nim walić. Zresztą miałem tylko jedno światło, drugie jest rozbite...coś tam wisi u dołu maski, połowa przodu wgnieciona, boczne drzwi. Total mess. I am so sorry.
- Jestem okropna – odezwała się Natalia – Co za matka. Nieważny samochód, syneczku, ty? jak ty się czujesz? – Natalia, patrząc na Kubę, dopiero teraz uświadomiła sobie, że ten jego początkowy spokój, opanowanie świadczą o tym, że jest w szoku. Z opóźnieniem dociera do niego, i teraz do niej, co naprawdę się stało.
- Ja? Okej. Ja, dobrze. Smutny, zły. Zmęczony. You know, I am a big mess right now.
- Zły? Nie masz powodu – Natalia broniła syna. – Przecież mówiłeś, że nie jechałeś szybko, nie piłeś, to ona wyskoczyła na drogę.
- Taaak, ale jestem zły, że to mnie się musiało coś takiego przytrafić. Taka piękna sarna... I wiesz, mamuśku, jak już jechałem tą taksówką do domu, to myślałem, że tam było kiedyś tylko jej miejsce, jej prawo...
- Słuchaj – Natalia wstała od stołu, podeszła do syna i zaczęła głaskać go po głowie – w takich okolicach, jak nasza, to często się zdarza. Dzięki Bogu, że tobie nic się nie stało. Ludzie lądują w szpitalach, giną w takich wypadkach. Przecież to duże zwierzęta. Nie masz o co się winić. Czy ... czy wiesz na pewno, że ją zabiłeś? – dorzuciła.
Przez chwilę łudziła się, że może sarna oślepiona światłami, zatoczyła się tylko, ale zdążyła uskoczyć i wystraszona uciekła a Kuba mógł tego nie zauważyć. Tak też się zdarza, może i tym razem?
- Niestety, wiem. Jak wysiadłem, żeby sprawdzić co się stało, zobaczyłem ją, nie żyła.
- Bardzo mi przykro synku. Ale proszę nie myśl, że to twoja wina. One są nieobliczalne. Naturalnie - szkoda zwierzaka, ale nic nie poradzimy.
- Czy obudzić tatę? – zapytała Kubę.- Może chcesz z nim porozmawiać?
- Myślę, że nie. Nie ma potrzeby, nie teraz. Niech się wyśpi. Rano i tak muszę tam jechać, załatwić holowanie samochodu. Może wtedy będę potrzebował pomocy taty. No i co z ubezpieczeniem? – dodał, wzdychając.
- O to się nie martw. To wypadek losowy, zapłacą, może nawet wszystko.
- To dobrze. Ale i tak jestem zły na siebie – powtarzał Kuba. – Gdybym wyjechał wcześniej, jak było widno. Ale było tak miło, długo rozmawialiśmy, zupełnie jakbym nigdzie nie wyjeżdżał i te maluchy. Ech...- Kuba wstał od stołu i podszedł do balkonowego okna, patrzył w noc za oknem.
- Kubusiu, proszę – Natalia wiedziała, że będzie musiała co najmniej kilka razy powtórzyć synowi, że to nie jego wina, że nic nie mógł zrobić – przestań się winić. Najważniejsze, że tobie się nic nie stało. Wypij sok – Natalia pomyślała, że teraz nie ma sensu dłużej roztrząsać całej sprawy. Wstała od stołu, podeszła do syna, przytuliła go, pocałowała w czoło, wspinając się przy tym na palce.
- Dobranoc synku. Nie siedź długo.
- Dobranoc. Wezmę tylko prysznic, może szybciej usnę.
Jeszcze przez dobre pół godziny Natalia widziała w drzwiach swojej sypialni zmieniającą się smugę światła włączonego na dole telewizora.
Zasypiając pomyślała tylko, że noc ma swoje prawa, rządzi inaczej życiem człowieka, a inaczej życiem sarny.
część V
Turkusowy głaz
R. - To co? Pójdziesz ze mną?
N. - Jeśli muszę?
R. - Nie musisz. Jak nie chcesz. Nie musisz. Nic nie musisz.
N. - Czy to daleko?
R. - Sam nie wiem.
N. - Jeszcze tam nie byłeś?
R. - Nie. Nie miałem czasu. Nie bardzo było po co. Samemu?
N. - W takim razie pójdę. Zrobię to dla ciebie.
R. - Tylko pamiętaj, będzie ciemno.
N. - Ja się nie boję ciemności.
R. - Naprawdę? Nigdy? Nigdy się nie bałaś?
N. - Kiedyś, tak, jak byłam mała. Teraz nie. Zresztą są różne ciemności.
R. - Co masz na myśli?
N. - Jest ciemność zwykła jak noc i ciemność jak niezwykły mrok duszy.
R. - Boisz się mroku?
N. - Tak, tego się boję. Zwykła noc ma zawsze w zanadrzu dekoracje, atuty: księżyc, gwiazdy, przypadkowe, albo zaplanowane meteory, fajerwerki czasem.
R. - Czyli mogę liczyć na ciebie?
N. - Tak.
R. - To chodźmy, nie ma co odwlekać.
N. - Bez żadnego przygotowania?
R. - A czy musisz być przygotowana? Spontanicznie, pójdziemy spontanicznie.
N. - Nie wiem, czy jeszcze potrafię cokolwiek spontanicznie. Za dużo wiem, za dużo myślę, za dużo przewiduję.
R. - Zostaw to wszystko tutaj. Jak wrócimy, zabierzesz z powrotem, albo rzucisz na zawsze.
N. - Nie wiem, czy będę umiała. Chyba, że masz odkurzacz.
R. - Odkurzacz?
N. - No, coś w rodzaju. Żeby odkurzyć, zabrać, wessać to wszystko, co wiem, czego się nauczyłam.
R. - Takiego nie mam, ale myślę, że mogę ci pomóc. Postaram się. Zresztą, ja też mogę zacząć od początku.
N. - Idziemy?
R. - Tak, ale daj rękę. Uprzedzam, będzie ciemno.
N. - Taka duża ciemność w niedużym mieście.
R. - Ogromna noc.
N. - Skąd wiesz, którędy iść? Masz mapę?
R. - Nie, niepotrzebna. Wiem jak iść, znam drogę.
N. - Przecież tam nigdy nie byłeś, to jak nagle wiesz jak iść?
R. - Wiem, po prostu wiem.
N. - A jak dojdziemy, to? Co dalej, jak już tam będziemy? Czy masz plan?
R. - Nie, pójdziemy bez planu. Plan ustalimy po drodze.
N. - Wiesz, jednak trochę się boję. Jest bardzo ciemno. Może wrócimy?
R. - Za późno, teraz już nie możemy. Droga prowadzi w jedną stronę, tylko do przodu. Dojdziemy tam, a jak dojdziemy, to zrobimy w tył zwrot i wrócimy, wtedy, po dojściu, będziemy mogli zawrócić. Będziemy znali drogę.
N. - W takim razie to nie jest w jedną stronę, jeżeli można wrócić.
R. - Można też zostać. Zawsze można zostać, nie wracać. Przecież nikt nas nie zmusi do powrotu.
N. - To chodźmy szybciej. Może tam nie jest tak ciemno?
R. - Nie wiem, nigdy tam nie byłem. Możliwe, że nie.
N. - Czy to pole?
R. - To? teraz? pod stopami? Tak jakby. Miękka ziemia, masz rację.
N. - Czy to znaczy, że tam, no wiesz dalej, że tam nie ma ulic? Jak myślisz? Są ulice? Drogi?
R. - Nie wiem. Przestałem myśleć. Ale pewnie nie ma. Uważaj, trzymaj mnie za rękę, to się nie zgubimy. W ogóle cię nie widzę.
N. - Czujesz? To chyba liście.
R. - Liście? tak czuję, dotyk liści. Przyjemne, prawda?
N. - Tak, ciekawe co to za liście? Chłodne i pachnie, czujesz?
R. - Tak, pachnie.
N. - A może to las? Liściasty.
R. - Przecież tu nie ma lasów, skąd ci przyszedł do głowy las?
N. - Zapomniałam, po prostu zapomniałam, że tu nie ma lasów, nie może być lasów.
R. - Jestem po to, żeby ci przypominać.
N. - Wiesz, jakieś są te liście dziwne w dotyku, ale masz rację, przyjemne. Dobrze, że nie kaleczą. Czasem są takie z ostrymi brzegami. Wydają się miękkie, jedwabiste, ale tylko na oko, bo jak dotkniesz, to ranią. Czy jeszcze długo będziemy szli?
R. - Nie wiem. Pewnie, aż dojdziemy na miejsce.
N. - To chodźmy szybciej.
R. – A teraz, kto na zakończenie?
N. – Najpierw może ty?
R. - Dobrze. Teraz narrator: Na końcu pola, pojawiło się niebieskie słońce, wysoko na żółtym niebie, purpurowe liście kukurydzy były chłodne, omszałe, od ziemi niósł się zapach poziomek.
Obejrzeli się za siebie, żeby zapamiętać miejsce, z którego wyszli z wąwozu ścieżki, ale gdy odwrócili głowy, purpurowa ściana kukurydzy znikła, połknięta ciemnością.
Trzymali się za ręce, jakby przeczuwali, że dopóki będą czuli ciepło zwartych dłoni, strach nie będzie miał do nich dostępu. Jeśli pokażą mu się samotnie, wtedy dojdzie do nich szybko.
N. - A teraz ja. Narrator: Na żółtym niebie pokazały się chmury, baletnice w fioletowych sukniach. Zaczął kropić seledynowy deszcz. Drobne „seledynki” przyklejały się im do twarzy, zostawiały ślady w kształcie mikroskopijnych gwiazd na skórze, tymczasowy tatuaż.
Szli po miękkiej, pomarańczowej ziemi, chcieli dojść do jej końca, tam, gdzie, jak drogowskaz leżał turkusowy głaz. Z jedną gładką stroną - dla nich niewidoczną.
Gdy doszli do głazu, w oddali zobaczyli następne pola i pionowo wznoszący się labirynt purpurowej kukurydzy. Nad polami, niby czarne oszalałe ptaki, wirowały tornada. Purpurowe liście strzelały do góry, oddając wirowi wiatru nagie ziarna, od których, gdy pękały zapalało się powietrze. Złoty pył zakrywał horyzont.
R. - Co było dalej?
N. - Dalej było nic i wszystko, przede wszystkim noc.
The end.
- To tu się schowaliście! – usłyszeli głos Basi.
- Się nie chowaliśmy – Natalia zrobiła miejsce dla Basi i Mateusza, który zapytał:
- Co robicie?
- Improwizujemy.
- Hmm? Że co? – zdziwił się Mateusz.
- I jak idzie wielka improwizacja? – nie pozwoliła na odpowiedź Basia.
Richie, Ryszard, którego już tak dawno tutaj przechrzczono, że myślał i mówił o sobie: Richie to, Richie tamto, objął ramieniem Basię.
- Chyba zostanę pisarzem, kochanie – powiedział, zabierając plastikowy kubek z piwem z rąk żony.
- Tak, koniecznie, tego jeszcze nie robiłeś – w tej chwili ten pomysł, nawet praktycznie myślącej Basi, wydawał się bardzo naturalny. - Albo poetą.
- A wy? Gdzie was poniosło? – Natalia spojrzała na męża, który nadal stał przy ławce, sącząc jakiś ciemno-czerwony płyn z kubka.
- My? Najpierw Daddio’s, chwilami było ciężko, bo małolaty krzyczą i hałas i zupełnie inaczej tańczą, ale my? Wykonaliśmy taniec szalonego kojota, potem mingle mingle i było fajnie.
- No, balowo – potwierdziła Basia. – Później w Rosie’s, tam inna muzyka. Wiesz, znowu wpadliśmy na tę twoją Daisy – rzuciła w stronę Natalii - Potem chwilę w The Loft, robią dobre martini i zaczęło nam was brakować. Mateusz od razu wiedział, gdzie was szukać.
- Przyznajcie się, o czym improwizowaliście? – Mateusz zdecydował się usiąść, mrucząc do Richie – Suń się, wystarczy tego tete-a-tete z moją Natalką.
- O kukurydzy – Natalia przytuliła się do Mateusza i wyjęła mu z ręki kubek, powąchała i czując zapach czerwonego wina wypiła mały łyk.
- Kukurydza? Interesting, how interesting! – Mateusz najwyraźniej był zaskoczony tematem.
- A piwo? Da się zrobić piwo z takiej kukurydzy? Może browar otworzymy? – zapalił się do swojego pomysłu Mateusz.
- Z kuku? – Richie był rozbawiony propozycją – Tylko benzyna i syrop, duuużo, dużo syropu, ale nie piwo. My friend, piwo z kuku bad idea, very bad idea.
Noc w downtown B. nadal była upalna. Od dystryktu pubów dobiegała przytłumiona muzyka. Ławka, na której siedzieli zaczęła się robić niewygodna. Puste kubki wylądowały w koszu na śmieci.
- Wracamy? – zapytała Basia.
- Dokąd? – odezwał się Richie.
- Rysiu, z powrotem, do Rosie’s, albo Central Station?
- Eee, nie, to już robi się nudne. Może jedźmy do N.? – Richie spojrzał przy tym na Natalię, bo wiedział, że wszystko zależy od niej.
- W twoich rękach jesteśmy o Natalio, księżycowa, w twoich rękach na kierownicy! – zaczął całować Natalię po rękach.
- Eeej, ty Don Richie, zostaw te dłonie, moje one! – Mateusz wstał z ławki i dał małego kuksańca przyjacielowi. – Chcesz się bić?
Richie wstał z ławki i przyjął postawę żurawia z Karate Kid.
- A seks był? – odezwała się nagle Basia.
- Jaki seks? O czym ty...? – Natalia była zaskoczona pytaniem.
- W tej waszej improwizacji, był seks?
- Nie, do seksu nie doszliśmy – uśmiechnęła się Natalia i dodała – Przyszliście za wcześnie.
- No tak, tego się spodziewałam po tobie, Richie, ty zbereźniku – Basia stanęła obok Mateusza gotowa brać udział w pojedynku.
- Don Richie? Czy waść gotów do walki? – zapytał Mateusz
- Zawsze, zawsze zwarty i gotowy, do boju, do boju!!! – Richie zaczął przybierać następne pozy z Karate Kid – Bójcie się, drżyjcie! Richie jest niezwyciężony! Król ubezpieczeniowy jest silny nic go nie załamie, zwycięzca z góry!
- Zostawcie go w spokoju – odezwała się Natalia. – Przecież mówił, że nie było seksu. Jak będziecie grzeczni, to was gdzieś zawiozę.
Downtown a od niedawna, uptown N. było opustoszałe. Nic dziwnego, kto dzisiaj chciał się dobrze bawić pojechał do downtown B. Tylko w kilku barach w N. świeciło się światło, byli goście.
Natalia zatrzymała samochód przed Medici. Weszli do środka i nie zwracając uwagi na hostessę wybrali stolik pod drzewem. Wiedzieli, jak bardzo Natalia lubi to drzewo. Rosło kiedyś na placyku za budowaną jeszcze wtedy restauracją, ale zaczynało usychać. Placyk i tak miał służyć za parking, więc drzewo ścięto, przetransportowano kilkadziesiąt metrów i ustawiono w centralnym miejscu restauracji. Właściwie Medici zbudowano wokół tego drzewa i mimo, że już było martwe, że nigdy się nie zazieleni, to było nadal piękne.
Szczególnie nocą.
- Miałaś dobry pomysł – powiedziała Basia, która drogę z B. przedrzemała, oparłszy głowę na ramieniu Richie.
- Zamawiamy coś? – Mateusz był głodny, bo nie miał czasu na obiad.
- Coś niedużego. Popatrz na zegarek – Natalia nie miała ochoty na prawdziwą kolację.
- Ja - Richie studiował menu - wezmę stek, nie ma to jak krwisty stek po północy.
- Dobry pomysł. Ja też – poparł przyjaciela Mateusz. – Stek i frytki. Frytki dla mojej Natalii.
- Dobrze, dla mnie twoje frytki. A po frytkach wycieczka.
- Jeszcze jedna? – Basia wyglądała na zadowoloną.
- A dokąd nas księżycowa Natalko zabierzesz? – zapytał Mateusz.
- Niespodzianka - Natalia miała plan.
Grand Finale
Gdy w końcu pozwoliła im otworzyć oczy, wokoło panowała ciemność. Przez opuszczone teraz szyby słychać było cykady i jakiś dziwny, ale łagodny, powtarzany fazami szum. Przez otwarte okno w dachu samochodu widać było zasypane gwiazdami niebo, księżyc, migające punkciki świateł na przelatujących wysoko nad nimi samolotach.
- Przyznać mi się od razu – udając ostry ton, zapytała Natalia – Kto podglądał?
- Ja nie – Mateusz spojrzał na żonę, która od razu wiedziała że ma nieczyste sumienie.
- A tył?
- Tył, melduje, że spał i chyba jeszcze śpi – Richie, mówiąc to obudził Basię, która zdążyła tylko zapytać:
- Co tu tak ciemno?
- Ciemno? Eee, nie, za chwilę się rozjaśni. Zaraz zaczną się efekty specjalne. – odparła Natalia. – Przywiozłam was na nocny koncert życzeń.
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E