Odnoszę się do wczesnej pamięci, zużytej, nadwyrężonej wesołościami rozmaitymi, smutkami z wielu kotłów i tym, czego przez wstydliwość i szacunek dla potencjalnego Czytelnika (któremu z góry współczuję) nie przywołam. Ba! mało nie przywołam, nawet cienia uwagi nie poświęcę.
Święta lubiłam z pewnością, ale było to tak dawno w czasie, że nie mam obowiązku nosić w czeluściach nadmiernie prostującego się w ostatnim okresie mózgu.
Matka - zaganiana, zapracowana i corocznie, hołubiąca tradycjom choinki, wiecznie nie dającej się oprawić, rzezi niewinnego karpia w ostatnim tchnieniu z wyrazem niezrozumienia w rybich oczach i pospiesznie zawijanym prezentom, ponad swoje możliwości finansowe.
Ojciec, tradycyjnie w innym teatrze. Rzucam koc milczenia.
Ten okres najprawdopodobniej, miał być fundamentalny i w jakimś sensie był.
Tyle, że zawsze był czyjś piec, czyjś stół przy którym się z godnością zasiadało, czyjś talerz z którego należało grzecznie wyjadać i kindersztuba, na równi ważna, co kutia i smażone prawdziwki.
Mnie się dziwnym trafem, nie imały wszelkie "dziękuję", "przepraszam" i "och! jakie to piękne, kochana ciociu". Uwaga była raczej skoncentrowana, na bardzo ciepłych i jeszcze bardziej okropnych, majtach w które z troski o zdrowie z uwzględnieniem pory roku, zostawałam przyodziewana, a które to nadzwyczaj sugestywnie wystawały spod sukienki, deformując kształt ud i dostarczały dawkę potężnej wesołości, mojemu ciotecznemu rówieśnikowi.
Zwykle w drugi dzień świąt, karkołomny powrót do domu. Dziwne, ale nawet nie pamiętam, czy ogarniała mnie wtedy dziecięca radość, czy wprost przeciwnie.
Bo dzieci święta mieć muszą, a dorośli tym bardziej.
Awersja do kolędowania, pozostała mi do dziś.
A gdy już urosłam bardzo duża, na tyle duża, że mogłam śmiało przeciwważnie tradycji wigilijnej się przeciwstawić i z przekory ku zgrozie Matki, napocząć do połowy cudem wystaną, świąteczną szynkę i słuszny kawał baleronu i to pospołu z ciotecznym -wiecznie głodnym- rówieśnikiem. Matka zaś, wznosiła oczy ku niebiosom i denerwowała się okropnie.
Jak mogłam, na takich fundamentach, popełnić czyn tak heretyczny?
Cokolwiek nie powiedzieć, te Święta były w stopniu znaczącym, Świętami Prawdziwymi.
Do serwilizmu rodzinnego, pomimo otrzymanego wychowania w szacunku i szeroko pojętej wdzięczności, nie dawało się mnie zmusić, co przyznaję w odpowiednim stopniu z dumą, jak i poczuciem winy wobec starszyzny. A babcie, ciocie, wujki, ciotki, całe to stradycjonowane towarzystwo - ciocia mistrz kucharski na potrzeby domowe - wiara, pasterka, kolędy - niespodziewanie równo wyśpiewywane - "Bóg się rodzi..." "w żłobie leży", "maluśki maluśki..." usiłowały z uporem utradycyjnić i mnie.
Ze Świąt w pamięć się wrył, jeszcze jeden dysonans. Jedna z cioć/babć, generalnie urocza staruszka, musiała być przez wszystkich, a dzieci głównie, obcałowana.
Skąd u tej cioci/babci, taki niemiłosierny niemal męski zarost?! Kłuła mnie więc, przy każdorazowym kontakcie cielesnym, przekraczając tym samym wszelkie granice dziecięcej wytrzymałości i estetyki.
Poruszała się na wózku, samodzielnie nie wstawała, nie siadała, zatem należało podejść
osobiście i stawić czoła - konkretniej policzek- karesom powitalnym, by szacunkowi stawało
się zadość.
W kwestii podrzucającego podarki, nie było jednoznaczności. W moim domu z Mamą, był od zawsze św.Mikołaj, u cioć, wrobili w tę rozrzutną rolę, jakiegoś enigmatycznego aniołka. W gruncie rzeczy, było mi to raczej obojętne, czy Mikołaj, czy aniołek, liczyła się zawartość. Ten najbardziej godny zainteresowania moment bywał zawsze przewidziany, na "po wieczerzy". Już wtedy czułam, że jest to metoda nieludzka.
Nie dość, że majty do kolan, elementarne zasady zachowania się nad talerzem, to jeszcze nie mogłam rozwijać tych wszystkich papierków, wstążeczek i czort wie czego, bo pomysłowość w zawijaniu i utrudnienie z tym związane, okazywało się być istną martyrologią narodu dziecięcego.
Druga sprawa, mój wrodzony i szczery spontan, towarzyszący ostatniej paczuszce
z napisem "Dla Ewy od Aniołka" kwitowany był mimowolnie piskliwym rozczarowaniem
ku obecnym "juuuuż? to wszystkooo?"
Matka bladła, reszta chrząkała, jedynie ciocia z zarostem, kręciła głową w prawo i w lewo. Powiedzieć z precyzją nie potrafię, jak długo trwało to kręcenie, bo po pierwsze zupełnie mnie to nie zajmowało, po drugie byłam pod panowaniem,wielkiego niesprawiedliwego żalu.
Nie żebym - ja, mniej, gorzej, taniej... skąd?
Zwyczajnie uznawałam, że co by nie powiedzieć, jakby nie usprawiedliwić, Ja powinnam jeszcze długo, długo rozplątywać kolejne zawiniątka z obiecującym napisem "Dla Ewy od....".
Przy czym "od" było mi jak wspomniałam, obojętne.
Kilkadziesiąt następujących kolejno świąt, nie obfitowało, ani w ciocie/babcie z zarostem, ani rozczarowania. Procedurę rozpakowywania podarków, ustalałam sama. Kolejność podobnie. Czas i miejsce akcji również.
Kogo nie chciałam, nie całowałam - z czasem nauczyłam się imponująco kłamać - tłumacząc katarem.
W śpiewaniu kolęd czytelnie i jawnie, nie uczestniczyłam i wcale i nikomu i nigdy, nie musiałam się z tego tłumaczyć. Coś było w bilansie na plus, coś na minus. Pewne jest jedno, że od lat, nie cierpię ani Bożego Narodzenia, ani Wigilii, ani Wielkiej Nocy.
Taki stan, trwa do dzisiaj i z całą odpowiedzialnością, gotowa na wszelkie krytyki i zaprzeczenia, w obliczu zbliżających się, oświadczam: nie cierpię Świąt i jedynym pocieszeniem jest fakt, że są tylko dwa razy do roku. Wprawdzie czyni to w sumie aż pięć dni, lecz pozostaje mi 360 do dyspozycji.
_________________
Zbyt smutku by to powiedzieć.
Drzewa oszukują
Tymczasem w blasku tylko idą wody.
Tylko ziemia jest twarda.
Evuś prawdę powiedziawszy, jeśli mogę prawdę powiedzieć to spodziewałam się Twojego "wytłumaczenia" nielubienia Świąt. Tak jakoś podskórnie się spodziewałam, bo kilka razy chyba coś na ten temat wspomniałaś.
Opowiadanie - mimo tego nielubienia - jest sympatyczne i można właściwie się cieszyć, że powód nielubienia, geneza świętowstrętu, to tylko to, o czym piszesz. Co prawda ten "koc milczenia" kryje pewnie więcej na temat, ale jak koc to koc, szczelnie niech utuli, co pod nim.
Jest w tekście trochę "wielbłądków", ale niewiele, głównie brak spacji po przecinkach, jakieś ciut zakałapućkane zdanie, ale ogólnie bardzo dobrze się czytało.
Dziękuję w... swoim imieniu , że się podzieliłaś wspomnieniami, przemyśleniami.
Masz rację, że te pięć dni w roku można przeżyć, przeczekać, przespać, zignorować, ale możemy to zrobić my, ponoć dorośli, dojrzali do podejmowania takich "drastycznych" decyzji. Dzieciom, jak sama piszesz, nie wolno zabierać Świąt, nawet jeżeli oznacza to przymusowe ubieranie im ciepłych majt
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Evuś prawdę powiedziawszy, jeśli mogę prawdę powiedzieć to spodziewałam się Twojego "wytłumaczenia" nielubienia Świąt.
powody się zmieniają Elżbietko, awersja ewoluuje. nie planowałam "tłumaczenia", coś na kształt powierzchownej analizy w konwencji retrospektywnej.
Elżbieta napisał/a:
Opowiadanie - mimo tego nielubienia - jest sympatyczne i można właściwie się cieszyć, że powód nielubienia, geneza świętowstrętu, to tylko to, o czym piszesz.
otóż nie tylko, ale uwypukliłam lata wczesne, bo niewykluczone, że część przyczyny odnajdzie się, pod wpływem pisania. świadoma jestem, że tej znamienniejszej, nie poświęciłam własciwej uwagi, traktując ją, jako nadmierny ekshibicjonizm. kondensacja li tylko, lat bardzo odległych.
Elżbieta napisał/a:
Jest w tekście trochę "wielbłądków", ale niewiele, głównie brak spacji po przecinkach, jakieś ciut zakałapućkane zdanie, ale ogólnie bardzo dobrze się czytało.
a i owszem, poprawię i wielkie dzięki, za koment.
prośba: zacytuj to zdanie, bo być może, moje podejrzenia są słuszne
Elżbieta napisał/a:
Dzieciom, jak sama piszesz, nie wolno zabierać Świąt, nawet jeżeli oznacza to przymusowe ubieranie im ciepłych majt
i tu mam dylemat. czy owe majty i drapiąca ciocia, nie były czymś, od czego uciekałam
_________________
Zbyt smutku by to powiedzieć.
Drzewa oszukują
Tymczasem w blasku tylko idą wody.
Tylko ziemia jest twarda.
Evuś chciałaś, to masz
Pamiętaj, że jestem mylna - przeciwieństwo do nieomylna - więc sobie po prostu przeczytaj w wolnej chwili i wybierz, co Ci się spodoba.
Nie "zmieniałam" długich zdań, bo one stanowią o charakterze opowiadania. Niewprawni Czytelnicy prozy mogą się w nich trochę zaplątać, ale to ich problem
"Jedziem z tym koksem":
Cytat:
czego przez wstydliwość i szacunek, dla potencjalnego Czytelnika (któremu z góry współczuję) nie przywołam.
Zbyteczny przecinek przed: dla.
czego przez wstydliwość i szacunek dla potencjalnego Czytelnika (któremu z góry współczuję) nie przywołam.
I troszkę przeredagowane pierwsze zdanie, połączone z drugim w całość:
Cytat:
Odnoszę się do wczesnej pamięci, zużytej, nadwyrężonej wesołościami rozmaitymi, smutkami z wielu kotłów i tym, czego przez wstydliwość i szacunek dla potencjalnego Czytelnika (któremu z góry współczuję), nie przywołam. Ba! mało nie przywołam, nawet cienia uwagi nie poświęcę.
Cytat:
Święta lubiłam z pewnością, ale było to tak dawno w czasie, że nie mam obowiązku – tego przechowywać - zamiast nosić? w czeluściach nadmiernie prostującego się w ostatnim okresie mózgu.
Tu także nieco retuszu:
Święta lubiłam z pewnością, ale było to tak dawno w czasie, że nie mam obowiązku tego przechowywać w czeluściach nadmiernie prostującego się w ostatnim okresie mózgu.
Przecinki przed który – drobiazgi
Cytat:
Tyle, że zawsze był czyjś piec, czyjś stół, przy którym się z godnością zasiadało, czyjś talerz, z którego należało grzecznie wyjadać i kindersztuba, na równi ważna, co kutia i smażone prawdziwki.
Cytat:
ciocia mistrz kucharski na potrzeby domowe)
zjadł się nawias:
ciocia mistrz kucharski (na potrzeby domowe)
Cytat:
A gdy już urosłam bardzo duża, na tyle duża, że mogłam śmiało przeciwważnie tradycji wigilijnej się przeciwstawić i z przekory ku zgrozie Matki, napocząć do połowy cudem wystaną, świąteczną szynkę i słuszny kawał baleronu pospołu z ciotecznym - wiecznie głodnym - rówieśnikiem. A ta, wznosiła oczy ku niebiosom i okropnie się denerwowała.
Gdyby tak:
A gdy już urosłam bardzo duża, na tyle duża, że mogłam śmiało przeciwważnie tradycji wigilijnej się przeciwstawić i z przekory ku zgrozie Matki, napocząć do połowy cudem wystaną, świąteczną szynkę i słuszny kawał baleronu i to pospołu z ciotecznym - wiecznie głodnym - rówieśnikiem, to Matka (zamiast: A ta – po długim zdaniu może lepiej powtórzyć Matka?), wznosiła oczy ku niebiosom i okropnie się denerwowała.
i:
Cytat:
napocząć do połowy cudem
ja rozumiem, że do połowy jest żartobliwe, ale gdyby w nawias?
napocząć „do połowy” cudem?
Cytat:
Ze Świąt w pamięć się wrył, jeszcze jeden dysonans. Jedna z cioć/babć, generalnie urocza staruszka, musiała być przez wszystkich, a dzieci głównie, obcałowana.
Jakoś mi to: generalnie zgrzyta, stylistycznie wyskakuje. Mogę się mylić, bo nie „czuję” już tak dobrze polskiego języka, jak kiedyś, ale co byś powiedziała np na: ogólnie rzecz biorąc?
Cytat:
Druga sprawa, mój wrodzony i szczery spontan, towarzyszący ostatniej paczuszce
Podobnie myślę o spontanie, ale na pewno się mylę, więc się nie przejmuj.
Cytat:
Przy czym "od" było mi jak wspomniałam, obojętne.
Co byś powiedziała na:
Przy czym, co widniało po "od" było mi jak wspomniałam, obojętne.
Chyba bez przecinka:
Procedurę rozpakowywania podarków ustalałam sama.
Cytat:
kłamać- tłumacząc
spacje:
kłamać - tłumacząc
I to by było na tyle
Przy kolejnym czytaniu dalej się podoba
serdeczności
E
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E
Warto Evuś
Przeczytałam, zadumałam się nad swoimi wspomnieniami tymi starszymi i tymi sprzed roku-dwóch i sama nie wiem czy lubię święta, czy nie lubię piękno
_________________ a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza