Woda szebrzała w strumyku resztkami zimowych roztopów. Skrzypiące koła powozu rozchlapywały wczesnowiosenną paćkaradę. Młode słońce rozświetlało równinę, a w powietrzu wiła się gryząca smuga palonego tytoniu. Zaciągając się poraz kolejny tanim cygarem, woźnica zapytał o coś pasażera. Po kilku zwrotach zaśpiewanych przez wiatr, ledwie słyszalnym pomrukiem i skinieniem głowy, człowiek w niebieskim kapeluszu wskazał kierunek. Woźnica leniwie zmusił konie do obrania zakrętu. Osiem par kopyt zastukało o kamienie. Trumna na powozie uchyliła wieko.
- Domknij, proszę.
Pasażer skinął głową. Ostrogi zastukały o deski. Wieko wróciło na swoje miejsce. Jechali dalej w milczeniu. Pykane papierosy powoli zaczęły się kończyć. Droga pięła się ku górze. Minęli wielką, żółtą skałę. Za nią wyłoniła się stara, rozklekotana chatka. Stare, zmurszałe deski i dziury w dachu wskazywały na pustostan. Kłosianowłosy młodzieniec kazał zatrzymać konie. Naprzeciw nim wyszedł ciemnobrody człowiek o ziemistej cerze. Elegancko ubrany grabarz skinął mu melonikiem.
- Gdzie ciało? – zapytał.
Stłumiony strzał. Plusk krwi. Woźnica osunął się z siedziska i gruchnął z łoskotem o ziemię. Niebieskooki blondyn otworzył bębenek rewolweru i uzupełnił brakujący pocisk.
- Dobra robota. – usłyszał od brodacza.
- Witaj Harper.
Gwizd zwołał resztę zbiegów.
- Mamy konie. – oznajmił wódz szajki.
Jeden z zajmujących się grzebaniem grabarza przeszukał wpierw jego kieszenie. Zabrał paczkę papierosów i złoty zegarek.
- Niech cię szlag Wilson! Nie mogłeś mu strzelić w głowę? Taki ładny surdut... Koszula, spodnie, wszystko ubabrane. Został tylko melonik...
- Zostaw ten cholerny kapelusz Persie. – zgromił go Harper.
- A mogę chociaż buty?
- Nie. Jedziemy do miasta. Ciesz się, że możesz zatrzymać zegarek. Tylko nie wyciągaj go w tłumie. To cenne cacko.
- Nie poznają nas po koniach, a poznają po butach?
- Nie jedziemy do tego miasta.
- Wobec tego, w czym problem?
- Widziałeś kiedyś podróżnika w półbutach?
Wkrótce ziemia pokryła trumnę i jej właściciela.
Nie boisz się używać języka, co jest według mnie dobre, ale co jednocześnie sprawia, że ten język często ci się wymyka.
Póki co, obracasz się raczej w kręgach zafascynowania konkretną literaturą. Jeszcze trochę tytoniu się wypali, zanim ta fascynacja zejdzie na drogi bardziej indywidualne.
Od czegoś trzeba zacząć, prawda? Miło mi poznać opinię. Jednocześnie prosiłbym o komentarz na temat reszty moich, bardziej lub mniej zaawansowanych językowo utworów.
PS Nie staram się niczego, ani nikogo tutaj naśladować, a wszelkie podobieństwo jest kwestią przypadku, tudzież oczytania w kręgu literatury, jak to określiłeś, konkretnej.
Naśladowanie i nienaśladowanie - człowiek jest stworzeniem, które zamaszystym ruchem przyswaja część przewijających się przez niego informacji, no i na podstawie tych informacji kreuje swój świat. To samo dzieje się, kiedy spod jego palców zaczyna wysuwać się słowo - naśladuje w tych słowach nie tyle literaturę (bo z literaturą wcale nie musi się zetknąć), ale przede wszystkim życie. Tudzież własne spojrzenie na swój byt. A więc warto naśladować, jeśli się ma cel jakiś, nawet i nieosiągalny. Naśladownictwo często staje się kręgosłupem pisarzy, na którym rosnąć dopiero zaczyna ich własne ciało.
Będę czytał, mniej komentował, bo ja jestem raczej zwierz czytający.
Pozdrawiam!