POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Mariusz Żłobiński /dz_re/ » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2008 r.
Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2008 r.
Autor Wiadomość
wojna światów
[Usunięty]

Wysłany: 2017-05-23, 23:05   Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2008 r.

ona

jestem niecodzienny
wyłuskany z prześcieradła
nie rozmywam się w mroku

rozcieńczona morfiną
balansuje od okna do dna
księżycowa plama
nie pozbywa się kompleksu
wciąż zapala daleki plan przestrzenny

miękko migrują palce po skórze
a we mnie
remedium rumiankowe
przecieka w czas przeszły
ogłaszając komplementom amnestię


wakuum

gdy niespełniona przymykasz oczy
wystyga sierp i koc
zmięty opodal zlizuje poświatę

drżysz
to miraże przeskakują z kropli na kroplę
nim opamiętają się spłyną
żegnając prawie półpustynną

przy kolejnym zbiorze
przełknąć drugą niewiadomą
uważać na mróz


dobra passa

ciebie
jak treść szklanki
wystarczy dotknąć językiem

herbacianą ogniskową
zapisaną w niejasnym tle
zwyżymać obłym odbiciem
nie kalecząc grymasu wejść i wyjść

upadek daje się łatwo odczytać
począwszy od dna ku górze
doklejając kłopot uskrzydlony
nie żegnam

czekam


na półmetku

żeby podnieść ciśnienie lęku
wydzieram siebie zatłuszczonego
ze starego szkicownika
wbijam palce w jego pożółkły grzbiet
stroję uśmiech
-będzie podle

aranżuję stół pod idealnie
zdartą salamandrę
jęk wirtualnej empatii
i po poezji

w gasnącym lunaparku
wyłącznie dla zafajdanych
światło głaszcze kocha i upija
wprawia w ruch brudne cienie
przykleja anonimowość
ukręcając słabą głowę
skołowaną warunkiem
- trzeba umieć tańczyć na leżąco

a teatr odbywa się po to
by zaserwować sobie efektowny upadek
układam się wygodnie w rynsztoku
oddaję mocz symulując zmęczenie
jeśli się uda będę jak kiedyś fragmentem jezdni
zbratany z brukiem
podglądałem wygłodniałe szpaki
wyszarpujące sobie najnowszą wiadomość

znów kuźwa
jestem człowiekiem


***( nie bez powodu...)

nie bez powodu
mogę więc odkuwam ciało
od środka

wtedy naokoło będzie czysto
znikną niedokończone fragmenty

ty ociekasz kurzem
krzyczących odprysków

i nazywasz mnie wallenrodem
a ja oddzielam tylko od fasady zwątpienie


***(sucha gałąź...)

sucha gałąź z naprzeciwka
jest mi najbliższą

wiszą na niej moje sny
kiedy blady świt dokładniej zaciąga im pętlę
są piękniejsze ode mnie
jak zawsze

przed odejściem przejmą dom
i nieogarniętą przeszłość
przed łóżko przywloką garbatego ptaka
zdejmą z niego cały żal i perfidię
zostawiając ludzką niedołężność

nie potrafię uwierzyć w pomrokę
zbyt perfekcyjnie ukrywa swoją niedoskonałość
i to szaleństwo gry
- czarne kryje czarne


***(obieram...)

obieram otoczkę z tajemnicy by nie przepadła
taksując mandragorę

mój zmysł ma ograniczoną rozdzielczość
dlatego mieści się w nim jedno cięcie i dublet
odganiający niepoukładane jutro

usunę z ust
piasek pamiętający ostatni zalew twoich stóp
żeby nie nóż podtrzymujący ścianę rozsądku
przesypałaby się zieloność we fiolet i róż


krótko przed snem

potrafię panu wybaczyć,
tę ulicę ubraną w gobelin
pozbawiony nitek wspaniałości albionu
i rynsztok gdzie szpik bukmacherski
obstawia spuchnięte pchły na parkurze absurdu

liche trybuny nie żałują uroczystej fanfary
w rubinie coraz bardziej zwieszonych cygar
bieda dogania biedę

błyszczą kręgosłupy szwaczek
odwijające od niechcenia szpulkę szarzyzny
z pucybuta glancującego widmo dziurawej fortuny

słowa o wartości czerstwej bułki
i lejce opuszczone przez fart
znam z autopsji panie larkin
dobranoc


na dwa palce pod niebem

nie będę rozwieszać snów,
nie zamierzam też ich uciszać
odbiegają od wypowiedzianych przedtem słów
i tęcz pozbawionych wszelkich przypadków
ta przesadna wiarygodność
jest skutkiem nieprzespanych nocy

kłóci się we mnie sztuczność
pozbawiona mięty
gdyby ubrać ją w nie rażące światło
zagrałaby liczący epizod w grotesce

odbywam coraz niżej
bezbarwny szukam miejsca zaczepienia
w nielotnym kurzu
resztę wiesz


ona - czyli metamorfoza

nie powinna się rozpraszać
w świetle

wydaje się nieodgadnięta
kiedy wygięta stygnie do rymu
głownie porastają mchem

w pewnym sensie są niegodziwe
demaskują szczelinkę
podtrzymującą pół-mit

przy melodii toczących się kamieni
doceni mnie jeszcze jabłko
później będzie bez zasłon
i zwierzeń


mnie niepotrzebna

(prawieże świeży )

lęk strąca dmuchawcom strachy
wprost do ogryzionych szklanek
pokrowce sztucznego bluszczu głaszczą
chromy wózek w krytycznym stadium
wyżyje się

piszczele latarń okutane
w sztywne struny zbrojeniowych harf
pod betonową czaszką hali
"ofiarny" stos

a mnie niepotrzebna demonstracja smutku
tylko sukienka lekko odparowujących gór


atol

(jeden z tych starszych)

odpoczywam niegrzecznie
w naręczu
wielorybiej codzienności

mówisz
ciężar harpunu uwiera
jeśli nie siedzi głęboko
nie skaleczy aorty
nie podziurawi kieszeni

nie czujący raf
obdzielasz ciszą
niezasiedlone wyspy
ślepcze

ugrzęźniesz w nie wybranej
pasiece wróżb
opanowanej przez aloes
i mszany muślin naskalny

aloha corason


*** (znów...)

znów
w widełkach palców
pozwalasz sobie na wytchnienie
paląc lipę

kruszeje nieoczesany horyzont
brak miękkości w krzywiźnie

może za wcześnie zamyka usta
może za późno otwiera okno

kiedy telepatyczny drut
drze koszulę melancholii

zaszywam się
jednym słowem
bez


mozaika

we mnie siedzi
poczekalnia
pustoszona niedoskonałością

cokolwiek wyjeżdża
zostawia
rozleniwioną do cna prowincję
i niewykształcone obiekty urągające

niewykończonym ścianom
wychowanym w niedostatku
poszarpane zmysły spajam
błystką kolorowych szkieł


niby pustka

do twoich rąk coraz bliżej
tylko muszę otworzyć szafę
powoli

ciemność uwielbia być bezpieczna
dlatego na półkach jest porządek
z tej okazji
dopieszczam nagość

nie podrażniam drogim perfum
nie wypowiadam taniego słowa
tej chorej
jeśli pozostanie wdzięczna niewygodą
i niełaskawym błyskiem olśnienia

nawrzucam liści
wejdzie bezszelestne
że istnieję


mruczysz...

mruczysz ciemno moja droga
lecz nie księżyc przepił ostatnią stróżkę poświaty
raczej noc przepuściła przez ciebie swoją wiarygodność
teraz śpi knując następny podstęp
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane tych, którzy odeszli » Mariusz Żłobiński /dz_re/ » Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2008 r.


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo