Wysłany: 2017-05-23, 23:05 Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2008 r.
ona
jestem niecodzienny
wyłuskany z prześcieradła
nie rozmywam się w mroku
rozcieńczona morfiną
balansuje od okna do dna
księżycowa plama
nie pozbywa się kompleksu
wciąż zapala daleki plan przestrzenny
miękko migrują palce po skórze
a we mnie
remedium rumiankowe
przecieka w czas przeszły
ogłaszając komplementom amnestię
wakuum
gdy niespełniona przymykasz oczy
wystyga sierp i koc
zmięty opodal zlizuje poświatę
drżysz
to miraże przeskakują z kropli na kroplę
nim opamiętają się spłyną
żegnając prawie półpustynną
przy kolejnym zbiorze
przełknąć drugą niewiadomą
uważać na mróz
dobra passa
ciebie
jak treść szklanki
wystarczy dotknąć językiem
herbacianą ogniskową
zapisaną w niejasnym tle
zwyżymać obłym odbiciem
nie kalecząc grymasu wejść i wyjść
upadek daje się łatwo odczytać
począwszy od dna ku górze
doklejając kłopot uskrzydlony
nie żegnam
czekam
na półmetku
żeby podnieść ciśnienie lęku
wydzieram siebie zatłuszczonego
ze starego szkicownika
wbijam palce w jego pożółkły grzbiet
stroję uśmiech
-będzie podle
aranżuję stół pod idealnie
zdartą salamandrę
jęk wirtualnej empatii
i po poezji
w gasnącym lunaparku
wyłącznie dla zafajdanych
światło głaszcze kocha i upija
wprawia w ruch brudne cienie
przykleja anonimowość
ukręcając słabą głowę
skołowaną warunkiem
- trzeba umieć tańczyć na leżąco
a teatr odbywa się po to
by zaserwować sobie efektowny upadek
układam się wygodnie w rynsztoku
oddaję mocz symulując zmęczenie
jeśli się uda będę jak kiedyś fragmentem jezdni
zbratany z brukiem
podglądałem wygłodniałe szpaki
wyszarpujące sobie najnowszą wiadomość
znów kuźwa
jestem człowiekiem
***( nie bez powodu...)
nie bez powodu
mogę więc odkuwam ciało
od środka
wtedy naokoło będzie czysto
znikną niedokończone fragmenty
ty ociekasz kurzem
krzyczących odprysków
i nazywasz mnie wallenrodem
a ja oddzielam tylko od fasady zwątpienie
***(sucha gałąź...)
sucha gałąź z naprzeciwka
jest mi najbliższą
wiszą na niej moje sny
kiedy blady świt dokładniej zaciąga im pętlę
są piękniejsze ode mnie
jak zawsze
przed odejściem przejmą dom
i nieogarniętą przeszłość
przed łóżko przywloką garbatego ptaka
zdejmą z niego cały żal i perfidię
zostawiając ludzką niedołężność
nie potrafię uwierzyć w pomrokę
zbyt perfekcyjnie ukrywa swoją niedoskonałość
i to szaleństwo gry
- czarne kryje czarne
***(obieram...)
obieram otoczkę z tajemnicy by nie przepadła
taksując mandragorę
mój zmysł ma ograniczoną rozdzielczość
dlatego mieści się w nim jedno cięcie i dublet
odganiający niepoukładane jutro
usunę z ust
piasek pamiętający ostatni zalew twoich stóp
żeby nie nóż podtrzymujący ścianę rozsądku
przesypałaby się zieloność we fiolet i róż
krótko przed snem
potrafię panu wybaczyć,
tę ulicę ubraną w gobelin
pozbawiony nitek wspaniałości albionu
i rynsztok gdzie szpik bukmacherski
obstawia spuchnięte pchły na parkurze absurdu
liche trybuny nie żałują uroczystej fanfary
w rubinie coraz bardziej zwieszonych cygar
bieda dogania biedę
błyszczą kręgosłupy szwaczek
odwijające od niechcenia szpulkę szarzyzny
z pucybuta glancującego widmo dziurawej fortuny
słowa o wartości czerstwej bułki
i lejce opuszczone przez fart
znam z autopsji panie larkin
dobranoc
na dwa palce pod niebem
nie będę rozwieszać snów,
nie zamierzam też ich uciszać
odbiegają od wypowiedzianych przedtem słów
i tęcz pozbawionych wszelkich przypadków
ta przesadna wiarygodność
jest skutkiem nieprzespanych nocy
kłóci się we mnie sztuczność
pozbawiona mięty
gdyby ubrać ją w nie rażące światło
zagrałaby liczący epizod w grotesce
odbywam coraz niżej
bezbarwny szukam miejsca zaczepienia
w nielotnym kurzu
resztę wiesz
ona - czyli metamorfoza
nie powinna się rozpraszać
w świetle
wydaje się nieodgadnięta
kiedy wygięta stygnie do rymu
głownie porastają mchem
w pewnym sensie są niegodziwe
demaskują szczelinkę
podtrzymującą pół-mit
przy melodii toczących się kamieni
doceni mnie jeszcze jabłko
później będzie bez zasłon
i zwierzeń
mnie niepotrzebna
(prawieże świeży )
lęk strąca dmuchawcom strachy
wprost do ogryzionych szklanek
pokrowce sztucznego bluszczu głaszczą
chromy wózek w krytycznym stadium
wyżyje się
piszczele latarń okutane
w sztywne struny zbrojeniowych harf
pod betonową czaszką hali
"ofiarny" stos
a mnie niepotrzebna demonstracja smutku
tylko sukienka lekko odparowujących gór
atol
(jeden z tych starszych)
odpoczywam niegrzecznie
w naręczu
wielorybiej codzienności
mówisz
ciężar harpunu uwiera
jeśli nie siedzi głęboko
nie skaleczy aorty
nie podziurawi kieszeni
nie czujący raf
obdzielasz ciszą
niezasiedlone wyspy
ślepcze
ugrzęźniesz w nie wybranej
pasiece wróżb
opanowanej przez aloes
i mszany muślin naskalny
aloha corason
*** (znów...)
znów
w widełkach palców
pozwalasz sobie na wytchnienie
paląc lipę
kruszeje nieoczesany horyzont
brak miękkości w krzywiźnie
może za wcześnie zamyka usta
może za późno otwiera okno
kiedy telepatyczny drut
drze koszulę melancholii
zaszywam się
jednym słowem
bez
mozaika
we mnie siedzi
poczekalnia
pustoszona niedoskonałością
cokolwiek wyjeżdża
zostawia
rozleniwioną do cna prowincję
i niewykształcone obiekty urągające
do twoich rąk coraz bliżej
tylko muszę otworzyć szafę
powoli
ciemność uwielbia być bezpieczna
dlatego na półkach jest porządek
z tej okazji
dopieszczam nagość
nie podrażniam drogim perfum
nie wypowiadam taniego słowa
tej chorej
jeśli pozostanie wdzięczna niewygodą
i niełaskawym błyskiem olśnienia
nawrzucam liści
wejdzie bezszelestne
że istnieję
mruczysz...
mruczysz ciemno moja droga
lecz nie księżyc przepił ostatnią stróżkę poświaty
raczej noc przepuściła przez ciebie swoją wiarygodność
teraz śpi knując następny podstęp