Wysłany: 2020-01-25, 20:07 Wiersze zebrane z POSTscriptum - 2007
(... nocą)
nocą spadły łzy
zbierałam je skrzętnie
do rana
31.12.07
rzecz o wyższości prucia trzewi nad miłością
na niebie jest coś
coś w rodzaju księżycowej poświaty
więc będzie pisać wiersz
bo młody i natchniony pisze
w oczach mgła mlecznej drogi
a w sercu – paląca chinina
och ty przeklęta
przez ciebie cienie niebieskie pod powieką
i tyś przyczyną że noce rozedrgane
była mu potrzebna dotykalna poezja
chciał poczuć pod palcami słowa bajania
o grzechach z nią popełnionych
miał zaśpiewać i kąpać się w wersach
myślał ona spokojem
modlitwą cieni w mych oczach
napisał o pruciu trzewi
przekleństwami zamieszał ból
założył kaganiec na słowa
miłość kocham tęsknię
31.12.07
od tygodnia jestem niemową
przed brzaskiem lunarnie głupieję
nie pomaga nawet srebro
zimne i ponoć bardzo kobiece -
zawiodła księżycowa artemida
miłosierdzie i przebaczenie są blisko
szatany cichną zawiedzione różańcem w ciemności
oko zaczyna się dziwić kolorom i kształtom
ucho nadal złośliwie przysypia
chociaż ciało gotowe na namacalność
a jeśli wcale nie muszę mówić -
czasami wystarczy zapach metafory
wygięcie w łuk i skok z zamkniętymi oczami
rano zepnę gładko włosy i umaluję usta
drwiną poszczuję trzask dźwięków w głowie
zapalę papierosa i wystygły błękit w źrenicy
co z tego że nawet w sierpniu mam zimne dłonie
wdech wydech wdech wydech
strużka potu spływa na skroń
emanuelu nadchodzi czas żółci
i więdnących w ciszy żonkili
31.12.07
po co
nawet diabeł kiedy musi
cytuje Biblię
więc nie mam mnie
słowami
których nie rozumiesz
31.12.07
obrazek z prowincji pierwszy - mariette
ruda mariette była kiedyś kwiatem
narodziła się z bazarowego malarza i chudej poetki
na szczęście nie mogła pamiętać nabrzmiewania w ciemności
matczynego zapachu czerwonej werbeny
i smaku ziarna kawy rozgryzanego przy zgadze
potem pierwszy nieśmiały dreszcz liznął niewinność
rozpoczął się marsz w liście w pąki w piersi w kobietę
wkrótce zieleń zabarwiła jej oczy i nauczyła się czekać
czekać bezgłośnie z pojedynczą błyskawicą w oku
by pysznić się kolorami niczym ziemia baszanu
w drugim tygodniu dusznego lata
nauczyła się ulegać lepkim dotykom
słowo i spojrzenie związała z nieczystością
smakowaną jak gęsty sok brzoskwini
albo krew dziewicza tańcząca z latarnią
już nie tylko ciałem ale i duszą sprzedajną
była w pełni gotowa na przyjęcie nasienia
aż po dzień gdy miejscowy mefisto
zamienił miejscami niebo z piekłem
chyba właśnie wtedy zaczęła się jąkać
rzucać kamieniami w psy i pluć sąsiadowi do studni
o zmierzchu śpiewać jutrznię a o świcie nieszpory
tylko czasem w sekundzie trzeźwości szeptała
mariette była kiedyś kwiatem
26.12.07
(są...)
mięciutko bezszelestnie
są
przyfrunęły
z lepszego - jutro
z gorszego - wczoraj
zatańczyły nad głową
wypiły moje wino
rozbawiły do łez
tańcząc mambę
pojawił się też ten drań
a zapodział się zeszłej wiosny
są
anioły wokół sufitu
kalecy goście z nieba
18.12.07
obiecałeś szklaneczkę psychozy
taka kraina
tkana z łyków zielonej wróżki
wolna od artemisia absinthium
nie rodzi nowych szaleńców
melancholia
w aromacie anyżku czai się wśród słów
cierpliwie czeka jak toulouse-lautrec
na snobistyczne trzęsienie ziemi
nierozważnie zawisam w ciszy
podwijam spódnicę z falą koronek
wyżej! la goloue! wyżej!
topi się wstyd między udami
no cóż
nadal kontroluję bicie serca
poziom błękitu w tęczówkach
z ulgą przyjmuję brak geniuszu
słyszę chichot pijanego poety?
17.12.07
znam siebie od dziecka
Modlitwy, zwłaszcza listopadowe,
pływają w źrenicach i nic ich nie karmi.
Czas nie pozbawia zawieszenia w ciszy,
nie łagodzi spadania w nawę kościoła.
Wokół trzepot niedzieli i nagła niepewność..
Czy dobrze jest odwracać kolejność rzeczy?
Zamieniać Alef i Taw miejscami?
Nie mam pewności, że nas zatruto kroplami
wody z chrzcielnicy. Początek błękitu,
czy zaczątek garbu – stróża każdego poranka.
Głos z południa, głos z północy,
głos od czterech wiatrów, głos przeciw Jerozolimie
i świątyni (...)
Siedem lat śpiewam żałosny hymn.
Zamilknę, gdy zaskoczy mnie promień światła
jak chłodna woda ogień.
25.10.07
noc jest do spania
wolna wola -
skończona dziwka robi co chce
podnosząc kolejny kieliszek
łyka przegniły toaścik
za tych których nabrała
nocami pęka łeb i metafory
rośnie przestrzeń między słowami
piękne wersy -
zawsze przegrywają z kacem
i skurczem mięśni nad ranem
rzodkiewki?
jakie rzodkiewki przyjacielu?
o tej porze roku licz liście w parku
18.10.07
pytasz co słychać na prowincji
od miesiąca nie mam czasu na wiersze
brzmią chrapliwie i często kaszlą
nie zadają nowych pytań
raczej w milczeniu obrastają pleśnią
ponieważ chciałeś usłyszeć pieśń
wyżebrałam ją u znudzonego barda
który od dawna karmi się jadem
a wersami płaci za złudzenia
no więc
tutaj ciągle pada
a jedyne święta to pogrzeby
wczoraj chciałam wyciągnąć ręce
z odwagą przed siebie
i znów niedokrwistość
połamała mi blade palce
tutaj ciągle pada
zaciąga wilgocią i długami
nic nowego w czterech zaułkach
nie pomaga alkohol ani chleb z pajęczyną
na nic też zabijanie cienia na ścianie
już nawet nie śmieję się krzywo
gdy głupia marianna dłubiąc w nosie
śpiewa fałszywie
wróci wiosna baronowo