POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Amandalea » kontrowersyjne
kontrowersyjne
Autor Wiadomość
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2007-12-08, 23:09   kontrowersyjne

kontrowersyjne wyznanie

jestem kobietą na jeden raz
no może na miesiąc bądź trzy
absolutnie nie dłużej

jak to czemu
nie wiesz

mężczyźni mówią
pragnę spokoju ciepła
pieszczoty na koniec i początek


erotomani gawędziarze
wędrujący poprzez szczyty przełęcze
napinający cięciwę w rozkołysanym pokoju

nienasyceni w słowach

u źródła jak po sznurku zjazd
zapadając w puch gaszą światło
twarzą do ściany

jestem kobietą

14.01.05r./16.07.05r.


to nie Werona

w objęciach ciemnej bramy
w czeluściach śmierdzącego podwórka
niedoszły Romeo i dzisiejsza Julia

coś taka niedzisiejsza
nie widzisz że mi stoi
na co będziemy czekać

nachyl się no dawaj
miłość czyś ty zwariowała
dobra wiesz że cię lubię

no bardzo lubię
jesteś taka ech Pamela przy tobie to nic
czyż tak nie lepiej czujesz

no dawaj szerzej nogi
cholera nie mogę dłużej
krzycz mała krzycz

w objęciach ciemnej bramy
w czeluściach śmierdzącego podwórka
niedoszły Romeo i dzisiejsza Julia

22.01.05r.


. zza węgła

czemu jesteś tak wulgarny
przecież nie musisz
a pieprzyć można zupę

ta dosadność mnie nie kręci
wszak nie jestem ślepa
i dotyk też mam wyrobiony
nie pomylę z kluczem mimo mroku
no chodź już nie zwlekaj

okna zamknięte nikt nie patrzy
przytrzymam się tej pękniętej ściany
pamiętaj ja też chcę coś z tego mieć
podwórkowy Casanovo

jestem pierwsza

22.01.05r.



nie ten kopciuszek

wiesz mam prośbę
może dla ciebie być dziwna
lecz mimo to nie odwracaj się

więc proszę nie mów że słońce świeci
gdy deszcz miarowo puka w parapet
to nie prawda nie zastąpię go

nie opowiadaj bajki o kopciuszku
trzymając w zanadrzu nie mój pantofelek
zawczasu wyrzuć rozkład jazdy

nie chcesz zranić czyż nie bardziej boli
gwałtowne wyrwanie ze snu
i cisza na naszej linii

wiesz zabawki nie mają głosu
odrzucone leżą na zakurzonym strychu
a kiedyś wspólnie przez lufcik gwiazd sięgały

23.01.05r.


przykrócić

nie zbieram już szklistych paciorków
czasem rzucam słowem o ścianę
dobrze że tapeta tłumi dźwięki

ona jedna pamięta początek i koniec
a gdy w fotelu bujam samotność
pęka w kącikach patrząc ironicznie

niedługo rok minie jak miałam ją zedrzeć
ale wciąż są ważniejsze sprawy
nie wolno pytać

skomlą uwiązane na smyczy
a ja im rzucam
jeszcze jedną bajkę o olbrzymiej kości

08.02.05r.



piaskiem w oczy

ile będziesz okłamywał sam siebie
budował ciemny zamek
na fundamencie ciszy

ile się będziesz chował
za zimnym widmem
klepsydrą z talią osy

ile jeszcze obudzisz wrażliwości
by zdeptać
lisio zacierając ślady

ile potrzeba ziarenek
by wpaść w ciebie burzą
znam psa co jest z kotem w zgodzie

05.02.05r.


pseudo-dzieło

zepsuję o końca odrzuconą w kąt lalkę
niech nie patrzy więcej w lufcik
tam niczego nie ma

dawno ktoś ukradł drabinę
pajęcza firana zabiera światło
gdy szczury przychodzą po czarną polewkę

zniszczę atłasowo miękką skórę
obleśną śliną wybrudzę
nie potrzebny lazaret

tym nie można zarazić
osinowym kołkiem przymocuję
niech skapie w pustkę

18.02.05r.


I am sorry

teraz żeby być na fali
o przepraszam na topie
tytuł najlepiej dać angielski
ewentualnie po francusku czy włosku

kto dziś mówi „mocno”
toż to nie ma brzmienia
a „strong” to już coś

nasz język oklepany strasznie
przegadany zużyty i w ogóle
górnolotnie romantyczny
aż wstyd wszystko przecież już było

powiedzmy Mickiewicz Słowacki
bardziej współczesna Szymborska
ludzie I am sorry people

05.03.05r.


. światy

to już postanowione napiszę poważny wiersz
tak o tobie nieznany człowieku

mieszkasz na ulicy zaobrączkowanych gołębi
gdzieś na strychu gołębnik
przyczynia się do wojny domowej

codziennie chodzisz do pobliskiej piekarni
przesiąknięty na wskroś stęchlizną
zapyziałej klatki

okna myte od czasu do czasu deszczem
poszarzają rozkrzyczany plac zabaw
z piszczącą huśtawką na łańcuchach

w domu wiecznie niezadowolona
rozwiesza na sznurach sprane marzenia
wykrzykując te ptaki paskudzą parapety

zaciskasz oczopięści wychodząc cicho
w brudzie ściany wydrapany napis obwieszcza
„Ewka kocha Michała” kiedy to było

na ciemnym poddaszu troskliwie sypiesz ziarno
nie kupiłeś dziś sobie papierosów
odrywasz myśli wplatając je między pióra

w pilnie strzeżonej szufladzie
zamknięty świat białych gołębi

12.03.05r.


epigonizm chwili

mogłabym spytać skąd ja to znam
gwar sportowych relacji
muzyka nie zagłusza jej

jakie to wszystko wtórne
szklanka na wpół wypita
kołysze się z politowaniem

niepotrzebna leży łyżeczka
przecież nie słodzę
żółty aparat kwaśną robi minę

słońce przegląda się w umytych oknach
sprawdzając aureolę
zimne palce przyciskają pulsujące skronie

schowane leżą pachnące wiosną świece
na kolana wiernie jak bumerang
wraca mrucząc kot

20.03.05r.


przepis na

na początek weź jeden wieczór
okraś go migotliwym blaskiem
dodaj czerwonego wina bukiet

nie zapomnij otulić muzyką
szeptem dotknij szyję włosy
rozpal iskierki w tęczówce

potem poprowadź bezdrożami
z przewodnikiem księżycem
siadając ust motylem to tu to tam

bez pośpiechu na skórze tańcz
rozpętując sztorm
okiełznaj fale

22.03.05r.


toast

wiesz słyszałam dziś dziwne ogłoszenie
pytasz jakie
i tak nie uwierzysz jak powiem

cisza krzyczała przez tubę
maj odwołany
trele i te inne bzdury

głośno i wyraźnie sama słyszałam
świece zapłakały
smętnie tańczyły płomyki choć w parze

pytasz czy mam świadków
trzeźwa byłam wiem co wyczytałam
głaszcząc słoneczną membranę

wspomnieniem bezchmurnych winnic
raczył mnie pękaty kieliszek
twoje zdrowie uparty głosie

27.03.05r.


bilans

pan wybaczy to miejsce jest zajęte
że jestem rozwiedziona
a cóż to ma do rzeczy

pana zainteresowanie
inne tego nie mają
nudne to i śmieszne

takie jak ja mają brać każdy ochłap
nie skorzystam tym razem
wolę soczystą pieczeń niż zwiędłe skwarki

słyszy pan ten świst proszę uważać
powietrze uchodzi a wiatr wieje
wiem co tracę

28.03.05r.


tragikomiczna farsa

zupełnie nic się nie stało
tylko wczoraj podcięło sobie żyły
miarowo spływał wosk

kto miał zauważyć
nieobecni nie widzą
jak strumyk rozrasta się w rzekę

odwinięta daleko skóra
kumulowała dla siebie promienie
obcy telefon przerwał znieczulenie

czerwono-nagie wczoraj zasyczało
próbując rękami Dionizosa zabić ból
dopełniło bezpańską północ

28.03.05r.


obok siebie

nie jestem jeszcze jednym eksponatem
w prowincjonalnej galerii
gdzieś na zakurzonym zapleczu

zapasowym kołem również nigdy nie byłam
więc czemu z uporem
w brudny bagażnik mnie wciskasz

górskim potokiem cicho szepczę
aż tak to przeszkadza
że śluzy przy elektrowni otwierasz
by rykiem spienionym śpiew głuszyć

smrekiem tańczę na turni
czyż piły tarczowej trzeba
by życie uszło spod szarej kory

wiesz znam pewne muzeum
nikt tam obrazów z ram nie wyrywa
Bellotto dłoń podaje Hasiorowi

31.03.05r.


straganowe rozmówki

bo wiesz paniusiu droga
teraz te młode ludzie
to już same nie wiedzą co chcieć
ni jak się zachować

ech to były czasy paniusiu
widać było kto jest kto
a nie kolczyk tu tam spodnie
nawet po włosach nie dojdziesz

te ciągłe pyskówki paniusiu
to już o pomstę do nieba woła
jeszcze w pióra nie obrosło
już alfa i omega

a jak spojrzy na człowieka
jej mówię paniusiu
to nie wiadomo czyś zwierz czy roślina
a może jaki okaz muzealny

domorosłe filozofy
ech szkoda gadać paniusiu
przeczyta toto kilka książek
i już mu tylko tron i korona

08.04.05r.



. pozostając w zachwycie

wznoszę toast za prawdę
wypijmy do dna duszkiem
i czemu się dziwicie

każdy z nas ma swoją
tę jedyną prawdziwą
piękną i słuszną

usypuje szańce dla niej
pytacie jakie
przecież to nie możliwe

wspaniałe pełne mądrych słów
z akcentem na ssssssss
narzucając białą chustę
z naręczem kwiatów dla obrońcy

więc pijmy do dna duszkiem

12.04.05r.


meteopatka

otwarta na przestrzał
zdawałoby się pustką zionie
niczego nie zatrzyma na dłużej

wspomnienia płomieniem pełgają
wokół kostki ślizgiem na kolana

zadrapanym tatuażem
trawersem zewnętrzno-wewnętrznym
wyżej

na styku płyt tektonicznych
doszło do spięcia

spójrz
łany zbóż krwawią makami
niszcząc spokój prześcieradła

29.04.05r.


w konwencji bajki

za górami za lasami
a może całkiem blisko
na granicy jawy i snu

w szklanej bańce uwięzione świetliki
królestwo półcienia ukrywało resztę

z pajęczą precyzją łączyłeś pomostami
odkrywane ścieżki
na krześle roznegliżowana wisiała koszula

po spierzchniętych ustach spacerował język
zgłębiając arkana smaków

nie zważając na konwenanse
surrealistycznie wypełnialiśmy przestrzeń
rozpoznając dłonie biodra stopy

wewnętrzny sejsmograf alarmował
dwunastkę w skali Mercallego

07.05.05r.



schodząc bliżej dna

odkąd z krzykiem wypłynęłam
niedzielnej nocy
tylko kłopoty

może cegła winna
nie każdy dostaje w potylicę
skrzydlatej naiwności

cierpliwość na urlopie do odwołania
łatwo upaść na życzenie

wczoraj znów mnie dopadły
bez kagańców zerwały łańcuchy
przecież jestem wolna

papillon ukradł ostatnią tęczę
nie umiem pływać

19.05.05r.


nieprzyzwoicie

ta sama zimna ściana
kołysze do snu
a on siedzi drwiący na poduszce

pęka ironicznie tapeta
gdzieś w mroku piosenka
dopóki jesteś jesteś ze mną

nie zasłaniam okien
bezwstydnie wpatrzona
w tamte kadry

rozbieram wspomnienia
emancypując
szmaragdowo przebijam mrok

20.05.05r.


niezdecydowanie

to nic wielkiego
cisza
zawieszony wzrok

za murem
wiruje garncarskie koło
poddane twojej woli

z niebytu powstaje
Wenus
cal po calu

zmysłowo wygładzasz
nierówności zaprzeszłego czasu

tam za murem
a może tu
na drugim końcu dywanu

21.05.05r.


. bajka dla niegrzecznych

współczesna Balladyna
w subtelnej masce
tak bliska

nieomal drugie ja
Oskar
zazdrosne pęka lustro

staniesz w poprzek
niszczycielski orkan
tsunami jadu

nieszczęsna
ślepogłucha
gorgona

11.06.05r.


piętno

zagubiona stoję z boku
za kotarą
kolejna nieprzenikniona

kocioł wciąż wrze
rozmawiasz spokojnie
wyjałowiona gaza słów

zdezorientowana pustką
bez czepka
gdzieś tam słowicze noce

poczęta bo tak trzeba
samotności znamię
wypalone w łonie

22.06.05r.


uprzejmie pytam

ja w kwestii formalnej
czy motyle już tylko w gablotach
a tęcza jako północna zorza

pan mi zarzuca wtórność słowa

a gdybym powiedziała
spójrz jaka symetria
precyzja laserowego strumienia

czy byłoby to czytelne

jestem zwykłą kobietą
z żarem ukrytym w dłoniach
stąpającą po śladach w piasku

a może pan wie jak nazwać

ulotność sytej czułością chwili
gdy zasłuchani w pulsowanie wnętrz
zaspokajają coś więcej
niż pragnienie ciała

28.07.05r.


. po drugiej stronie

mówią
w małych miasteczkach
szarzeją kobiety zamiatając chodniki
spódnicami z przepasanym fartuchem zamierzchłej epoki
świtem zda się kogut pieje na rogatkach
wieczorami pustoszeje remiza ochotnicy gaszą domowe ogniska
a w świąteczny dzień staruszki liczą wchodzących po schodach
przeprowadzając kontrolę długości zaglądają w dekolty
zgorszonym szeptem ścigają nie zaobrączkowane dłonie
za każdym rogiem
śledzą oczy wytykając palcami niemoralne prowadzenie
nasłuchują jedynie słusznej stacji

gdy tymczasem w dużym
w nienagannym kostiumie biegną myśli ścigając
klaksony gonią uciekający zapominają szumu drzew
śpiewu ptaków nad ranem a żurawie klucząc omijają łukiem
nakładając następną warstwę na twarz nie widzą
jak słońce podpala wieżowce czasem rajd w spodniach
od kontuaru do kontuaru i nocny maraton filmowy
wyostrzone paznokcie krwawią kolejnym
gdy w poszukiwaniach nie pamiętając czego co noc inny
za ścianą ktoś w kaloryfer wstukuje samotną tęsknotę
pojąc tapety niechcianymi łzami podąża tropami
wygasłych marzeń zagubionych czułości

i tylko czasem
podglądając przez weneckie tremo
zazdroszczą sobie
rozleniwionego popołudnia
życia
zda się pełną piersią

poszarzałym wzrokiem patrzą w jutro

10.12.05r.


nasza anonimowość

za ścianą zlikwidowali agencję
niby nikt nic nie widział
odrębny domofon strzegł prywatności
czasem jakiś pies nie wytrzymywał na wycieraczce
powyżej schodów ścigając anonimowo czas
z etatu na etat podnoszą standard
wsiadając do windy nie wiedzą kto gościem

jedynie wiosną wózkami kwitną chodniki
a rozkrzyczane letnie piaskownice zamykają okna
bezstresowe matki toczą pogawędki
o wyższości bobo wity nad tradycją
doglądając babek łopatek oczu
wieczorami młodnieją ławki wdychając papierosowy
dym zapijany bursztynowym z puszki
obserwują szeptane pocałunki w świetle rozkołysanej latarni

i tylko księżyc jednakowo zagląda w źrenice
pobłażliwie uśmiechnięty do zapatrzonych
głaszcząc osamotnione poduszki

18.12.05r.


nasza powszedniość

dokładnie trzydzieści siedem
drzwi zamkniętych endemicznych światów
jakieś twarze mijane w pośpiechu
nikt nie śledzi stukotu obcasów mocnych męskich kroków
muślinowe firanki upięte cenną draperią strzegą prywatności
oddzielając chodnik bezpański cień chyłkiem biegnący
skoszonym trawnikiem
wiekowe oczy zza zasłony zmarszczek
zawsze tak samo zgorszone bezwstydem dłoni
wierzą w każde kłamstwo poprawiające byt wsparte na krzyżu

szmer sprzeczki z któregoś tam tubą komina
wchodzi mimo betonu zakłócając sen
przesiąknięte płaczem ściany nie zdradzają imienia
zimnymi ramionami tuląc rozpalone czoła
czasem pies rozszczeka korytarz stawiając na nogi
nieświadomy radośnie merda ogonem
blask sztucznych światełek poliamidowej choinki
nie rozgrzewa osamotnionych serc zastępując serdeczność
zdawkowymi życzeniami pod egidą opłatka

niewinność śniegu budzi złość
i tylko dzieci czasem stawiają ślepe beznose bałwany

18.12.05r.


różnorodność

kwestia ikara poruszana jest kilkukrotnie
na różnych etapach analiza cząstkowa
ale zawsze tak samo dziwią rozmazane kontury
i wpijający się w czerwień piach

dziś królowa śniegu nie czeka zimy
wcześnie zaczynając szklić serca oczy dłonie
ma takie skomplikowane imię
ale nawet dzieci potrafią je skrócić do czterech liter

zdarzy się że spotkasz kogoś z pokolenia
co z uśmiechem w chmurach szuka tęczy czy smoka
oglądając kroniki naiwnie pyta dlaczego
uciekając od świata poddani odwiecznym rytuałom
zmieniają ziarenko bólu w czarną perłę umierając przed czasem

jak zawsze tani blichtr z nieustającym poklaskiem
spychając w cień zdobywa po raz kolejny szczyt
głupota ignorancja a może
za oknem drzewa zakwitły szadzią skrząc się diamentowo

09.01.06r.


ulotność

współcześni
nie potrzebują skrzydeł
skacząc z dziesiątego

kwitnące szkarłatem chodniki
nim uleci zapach
budzą pytanie

mrugnięcie powieką
trwa dłużej

biegnące kroki
nie widzą konturów
piasek

zamknięte okna
milcząc
zaglądają w twarz obłokom

09.01.06r.


pewna niepewność

ciekawe ile w tym gry gdy mówisz mój ci on
zapominając zdrady patrzysz ironicznie w oczy
a rozmawiając z przyjaciółką podkreślasz
wiesz mój misiu mnie woła musimy kończyć

znasz każdy ton głosu i drganie mięśni
ostentacyjnie wtulając się w poły marynarki
głuszysz niepokój widząc zachwyt w tęczówkach
a przewracając się na drugi bok sprawdzasz
niepewnie wsłuchana w nocną ciszę

nie chodzisz na ploteczki starając się zgłębić naturę
nauczyłaś się nawet wędkować wiesz jakich dań nie lubi
i wciąż jesteś pewna że wróci wychodząc po zapałki

25.01.06r.


mówią o nich druga kategoria
nie zapraszając do domu z obawy przed konsekwencjami
bólu głowy w nocy przypalonej wczorajszej zupy
patrzą z politowaniem artykułując mój mąż
i płyną opowieści o szczęśliwym pożyciu

a przecież czy samotność może określać przynależność
zdane na siebie idą pod prąd szukając
czasem ironicznym śmiechem pokrywają bezradność
nie zasłaniają okien tuląc księżyc

odważniejsze wciąż próbują
podnosząc z popiołów nadwątlone ja
zapominają o ogniu choć przez chwilę odnajdując uśmiech
coraz częściej zastanawiają się nad różnicą między
dziesiątym piętrem a pędzącym samochodem

za popełnione błędy płacą coraz większą stawkę
wciąż niespokojne błądzą wśród ludzi
nie skażone dewiacją krzyża
odchodzą zbyt wcześnie

29.01.06r.


o gustach się nie dyskutuje a o nich

o nich mówi się różnie

że nie istnieją w tej swojej
wyuzdanej bieli
co to dawno straciła wianek

albo się zeszmaciły
wędrując od knajpy do knajpy
kieliszek i dziwka

niektórzy wspominają

te na obrazach
u wielkich mistrzów
ze skrzydłami do nieba

co z ogniem i mieczem
strzegły rajskiego edenu
przed ludzką słabością

przedwojenni wymieniają

czarne
które rzekomo widzieli
u wezgłowia

wiesz wtedy co to babka babki
albo kolega w okopach
mój skradł czepek stając w płomieniach

15.03.06r.


wyznania paranoiczki

czasami myślę moje miejsce
jest w pewnym domu wśród drzew ukrytym
gdzie słońce niekiedy pomiędzy prętami
patrząc z perspektywy alejki widać cień dłoni
wyglądający ze strachem zza zasłony

bezpański pies co z wiatrem w zawody
szuka oczu dłoni ciepłego boku
zawsze może wrócić do luksusu czterech ścian
bezdenną nocą wyjąc do księżyca
jestem wolna

pamiętam sala trzęsła się od śmiechu
ukryta kamera
i ta kobieta próbująca podnieść uwiązany banknot
komiczne więc skąd ten grymas bólu

o ileż łatwiej znając przyczynę powstrzymać wylewające wody
nie trzeba być inżynierem czy bobrem by zbudować tamy
nie pozwalając żywiołowi zniszczyć anemicznej zieleni
kiedyś może coś tam zakwitnie

wgryzam się w godziny odrzucając konwenanse
strzaskane tablice ranią stopy gdy próbuję sięgnąć
północ już blisko zostanę sama na balowej sali
bez trzewika do przymiarki
wciąż wolna gdy one nie chcą odrosnąć

10.04.06r.


ledwie muśnięte

mówi się syty nie zrozumie głodnego
nie zdając sobie sprawy z rozpiętości skali

patrzyłam na dziewczynkę zimno na każdym kroku
odsuwało na boczne tory jakakolwiek próba nieudaną
zrezygnowana na uboczu przenosi w dorosłość niespełnienie
niewiarą przepełniona nie śmie prosić
dostrzegając zniecierpliwienie spływające ramionami
jak wtedy gdy ważniejsza była cera na rajstopach

jak można nie dać dziecku jechać na wycieczkę
słyszę zdziwione głosy pamiętając zaczerwienione policzki
gdy różnice w kieszeniach wstydem paliły
ciągnąc się w przyszłość wojną o dziecięcą książkę
i ciągłym dylematem między czynszem a owocami
czy dziesięcioletnią tapetą pamiętającą pierwsze próby wyjścia

patrzą zdziwieni przecież wystarczy tylko pójść między by znaleźć
zapełniając codzienność dotykiem i słowną szermierką
czasem refleksyjnie stwierdzają dobrze że jesteś
to takie naturalne przy wspólnej kolacji
otuleni wzajemnym ciepłem wędrują krainą sennych marzeń
zaskoczeni deszczem za ścianą i pustym odgłosem kroków

14.04.06r.


margines bezpieczeństwa

tak wiele różnych granic prawdziwych umownych
wymyślonych i tych z życia wziętych

delikatny stary papirus łatwo obrócić w proch
nieostrożnym gestem wyjęciem na światło
to nie pajęczyna w którą wpada nierozważny motyl
otulająca coraz mocniej

mówią od miłości tylko krok do nienawiści
prywatna wendetta za

czyż można znienawidzić za rozwiane złudzenia
czy słuchaliśmy wszystkich dźwięków
a może tylko symfonię przez siebie spisaną
zapatrzeni egoistycznie w pragnienia

jesteś dobrym dyplomatą stwierdzamy
widząc labirynt półprawd

pragniemy przekraczać kolejny Rubikon
rzucając na szalę ostatni złamany grosz
niepomni nauk Dedala wzbijamy się ponad
by nazajutrz ktoś przeczytał w porannej prasie
Feniks nie powstanie wiatr porwał popioły

29.04.06r.


nigdy nie napiszę wiersza

zbyt mocno sugestywnie
wystają kości
lirycznie skropione miodem

okulary nie pomogą
gdy czuję jak czuję

niekiedy puszczają tamy
wzrastające zasolenie
skamienia wersy

mogłyby chociaż błysnąć
ale nie
one są tylko kanciatobure

wykrzywione raz tak
raz siak
poszarpane strzępki

wyblakłoanemiczne

07.05.06r.


cholera

dlaczego nigdy nic
nie wypływa samo
od ciebie i ciebie i ciebie

jestem dziadem proszalnym
jarmarczną marionetką
z pękniętym w dłoniach

gdybym miała czubek nosa
pochowane wszystkie lustra
i od kołyski pawie pióra

zasznurowałabym usta
wzruszając ramionami
co mnie obchodzi twój świat

24.05.06r.


próba krzyżowa

czasem w zamyśleniu
szukam przyczyn
wywracanie na lewą boli

zawodnik doskonali formę
unikając ekshibicjonizmu
pnie się

nowatorstwo języka
cóż że hermetyczne
budzi podziw

proste
mogą być tylko matematyczne
słowa sznurkiem w kieszeni

brak dostosowania skazuje
pali kolejna kropla
nie prosiłam o ocet

08.06.06r.


na bocznicy

zawsze lubiła czytać reportaże z podróży
być w miejscach do których nigdy nie dotrze
chłonąc piękno krajobrazu
przemierzała ścieżki wśród kosodrzewiny

dorastała wrośnięta w przedmieścia
wypatrując bocianów nad łąkami
nie było oczepin gdy oberwanie chmury zalało światła
sakramentalne tak rozmyło się w blasku świec

zamieniła przedmieścia na widok z hałdami
ściskając głowę gdy halny wpadał bramą morawską
nie zapuściła korzeni wciąż uciekając przed pogonią
wartość spadała poniżej wektora

miasto przyjęło ją otwartymi ramionami ulic
przedmieścia przesunęły rogatki i tylko bocianów szkoda
chciała patrzeć z zachwytem oczami roziskrzonego miodu
wędrując brukiem w cieniu historii górskimi szlakami

wierzbą rozpuściła rzęsy rozsiewając perły
wysłuchuje opowieści o zachodzie słońca
kołysanym w rytmie fal przyboju
księżycu co turniom legendy opowiada

17.06.06.


sielanka

wyobraźmy sobie abstrakcję no wiesz tu on tam ona
w tle jakiś stół z podłożonym rankiem pod krótszą nogę
kilka wróbli jedzących okruszki trwożliwe paciorki
spod nastroszonych piór

gra pozorów słońce skąpane w filiżance kawy
w najdalszym kącie niedopita herbata z księżycem
zapomniana truskawka utkwiła w grymasie uśmiechu
na ścianie mapa z ciekawymi miejscami takimi wiesz

barwne motyle pelargonii obsiadły balkon
pilnie strzeżona puszka z drażliwymi
łagodna fala liże stopy gotowa skoczyć do gardła
otwartym oknem wpadają srebrzyste włókna

coraz trudniej sprostać wymaganiom
ładnie przytemperowany ołówek wciąż liczy pracowicie bilans
zaciągając kredyt w przeszłości w końcu nie ważna jednostka
czasami plecy też bywają miłe

21.06.06r.


papilio

jak wiele znaczeń może mieć motyl ile budzić emocji
zrzucając szary oprzęd pokazuje swój urok
z lekkością primabaleriny wdzięcząc się do kwiatów
rozpościera paletę barw
nietrwały jak śnieg w ciepłych dłoniach ginie strzepnięty
gdy one ukrywają się w rękawiczkach tych samych co wczoraj

trąci banałem wplatany w wiersze choć kusi zwiewnością
letniej sukienki co z każdym krokiem śmielej łasi się do nóg
promieniejąc w słonecznej smudze niczym kolorowy żagiel
płynie ponad zielenią budząc mieszane uczucia
kiedy zaplątany w sieci traci z wolna życie
poszarzały jak twarz bez uśmiechu

27.06.06r.


niepotrzebny życiorys

urodziłam się gdzieś na przełomie znaków
jako dziecko wypełnionego obowiązku
miałam oboje rodziców

ojciec ukochał taką smukłą panią
co to pozwalała zapomnieć
dla mnie wybrał imię

matka łatała rajstopy i dziurawy budżet
bez słów wiążąc makramę lat
ciepło pozostawiając kaflowym piecom

żyję rozważając najlepsze sposoby
zmęczona własną donkiszoterią
choruję na chroniczny brak ust

28.08.06r.


bez odbioru

zastanawiam się coraz częściej
czy artykułować duszę
ubierając w słowa smutne tęczowe rozważne
jednym wleci drugim wyleci bez śladu

kształtny czubek góry lodowej
zadarty grecki opuszczony
przysłania wszystko
pochłaniając najmniejsze echo

czasem zaperli się zagubione zrozumienie
tocząc płytką uliczkę
spadnie grudką soli do ust
by zginąć w następnym momencie

wczoraj obcy budził jedynie litość
dzisiaj tamuje własną aortę
na podium niepokonane ego
potem zakłócająca nadawanie reszta

14.09.06r.


lustrzane odbicie

boże jaka jestem durna
pomyślała przez chwilę
jak nie przymierzając blondynka

zawróciła strumień ku źródłom

kiedyś przed laty wspólnie ją wystrugali
piątą nogę do zdemolowanego stołu
nawet własna zdradziła ją bluzka
a może po prostu nie umiała kłamać

potem to już było lawinowo
rozczarowane życie odwróciło się plecami
wycofując lądolód pozostawiło głazy
w zamian zabierając drabinę

przeciekało dziurawymi dłońmi
wypłukując życiodajną sól
czyż na pustyni wyrośnie zieleń
kiedy tylko kamienie płaczą nocami

zmęczenie postawiło wreszcie tamę

oddając nagie ciało w posiadanie pościeli
jeszcze pisała w myślach wiersz
nocny bękart niepotrzebny nikomu

16.09.06r.


. pora zdemontować klamki

refleksyjnie snuje się płomień
malując obrazy dalekie i bliskie
mianownik odrzucenia spina brzegi

zawsze znajdzie się kij
czy but by zdeptać mrowisko
łatwo wytłumaczyć niewytłumaczalny krok

powiedziałeś jesteś nielogiczna
jak to kobieta nie wiedziałeś

narzekanie to grzech
gdy na fotografii ścian rozsypana rodzina
a bidul wyrósł we wnętrzu

zdziwienie ze zniecierpliwieniem
podnosi brwi
rak pustki to nie to samo co pustynny rak

01-04.11.06r.


jej oblicza

porywa w oczy i kłuje
budząc współczucie
sińcem w pustym garnku

ogrom nienawiści
kwitnącej kalekimi torsami
zgliszczami w szkieletach
pióropuszem bezchmurnego nieba

bardziej banalna niż anioł
drżąca na obcy zapach
w klapach marynarki
i włos na rękawie

czy zepchnięta w narożnik
żebraczy gest opuszczanych dłoni
słony uśmiech do pustej ściany
wzniesiony w lustrze toast

jesiennie zapłakane okna
gdy życiem wędruje kolejny Judym
jestem Brutusem zagubionego umysłu

14.11.06r.


gorzka czekolada

po czorta to wszystko
i tak siedzisz w parterze
więc czego się gapisz

schowaj te żałosne oczy
głęboko w kieszeń
między drobiny

to nic że gryzie piach
przyzwyczajenie drugą naturą
później jak znalazł

spójrz na bezdomnych
kołyszących parkowe ławki
pośród procentowych szkieł

myślisz że dziwki mają lepiej
stojąc w czerwieni miast
wyuzdane do granic

więc czego nie rozmienisz dotyku
rozdając za każdym rogiem
z zadartą spódnicą

na co komu akceptacja
widzisz przecież
cynizm w największej cenie

03.12.06r.


proste pytania

że świat boli
a kogo nie boli można by spytać

patrzysz na swoje dni nie dostrzegając innych
jedynie słuszna racja zwodzi na boczne tory
każdy coś dźwiga spierając się z losem
o najmniejszy grosz

tam za ścianą wciąż słychać krzyki
zatopione w oparach absurdalnej miłości
pięści znaczą swoje drogi od
do a czasami nawet dalej
psia wierność podkuliła ogon
będzie trwać pomimo
przecież obowiązuje przysięga
widać w jedną stronę

nad głową stukają w ochraniaczach kule
czasem przesiadając się na wózek
nie pozwalają spać
krążąc po zmęczonym dniu
wysokie piętro więzi odcinając od ulicy

z rzadka poruszy flesz refleksji
budząc wątpliwości czy masz prawo

praca mieszkanie jakiś chleb
rozsypana układanka
gdzie wciąż brakuje kluczowych elementów
zwichnięte czarnowidztwem zdrowie

na wyprzedaży płaszcz bez dwóch guzików
sprzedano za pięćdziesiąt procent

01.01.07r.


dysonans

wśród znajomych sprzętów
błądził dzień za dniem
przestawiając drobiazgi

bez emocji
słuchał głosu wykonując nakazy
czasem uciekał po zapałki

nie palił
choć spłonęły mosty
zostawiając gorycz

echo dni
na wspólnej budowie
zamykało sypiące się drzwi

choć na zewnątrz świeciło słońce
w półmroku świec widząc przyzwolenie
pośród muślinu gubił drogę

nie potrafił odejść
patrząc na kronikę zaklętą w ramkach
czuł ciężar wyrzutów

*

zniesmaczona
nie chciała zrozumieć
błądzącego po niej wzroku

zrezygnowała przecież
zamykając się między
żyła tylko dla niego

fale wyrzutów
ciskały błyskawice
żądając zapłaty

czasami jak królowa
pozwalając na adorację
topniała w oddechu

kalejdoskop w sepii
potęgował żal
choć z dzieci była dumna

wciąż potrafiła go zatrzymać
otwierając romantyczny arsenał
przecież była kobietą

06.01.07r.
 
 
Marek 
Z. Marek Piechocki


Wiek: 79
Dołączył: 19 Paź 2007
Posty: 15295
Wysłany: 2007-12-10, 20:30   

poczekam na wolniejsza chwilę by poczytać
a
więc
do "zobaczenia"!
 
 
peter 


Dołączył: 26 Lis 2007
Posty: 85
Wysłany: 2007-12-11, 08:37   

Wiele smaczności do lekturki ;)
_________________
Srogi Sączyciel
 
 
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2007-12-11, 16:39   

On napisał/a:
poczekam na wolniejsza chwilę by poczytać
a
więc
do "zobaczenia"!


Do zobaczenia Marku :)
 
 
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2007-12-11, 16:40   

peter napisał/a:
Wiele smaczności do lekturki ;)


Miło mi niezmiernie :) , dziękuję za zaglądnięcie ;)
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Amandalea » kontrowersyjne


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo