za murem
wiruje garncarskie koło
poddane twojej woli
z niebytu powstaje
Wenus
cal po calu
zmysłowo wygładzasz
nierówności zaprzeszłego czasu
tam za murem
a może tu
na drugim końcu dywanu
21.05.05r.
. bajka dla niegrzecznych
współczesna Balladyna
w subtelnej masce
tak bliska
nieomal drugie ja
Oskar
zazdrosne pęka lustro
staniesz w poprzek
niszczycielski orkan
tsunami jadu
nieszczęsna
ślepogłucha
gorgona
11.06.05r.
piętno
zagubiona stoję z boku
za kotarą
kolejna nieprzenikniona
kocioł wciąż wrze
rozmawiasz spokojnie
wyjałowiona gaza słów
zdezorientowana pustką
bez czepka
gdzieś tam słowicze noce
poczęta bo tak trzeba
samotności znamię
wypalone w łonie
22.06.05r.
uprzejmie pytam
ja w kwestii formalnej
czy motyle już tylko w gablotach
a tęcza jako północna zorza
pan mi zarzuca wtórność słowa
a gdybym powiedziała
spójrz jaka symetria
precyzja laserowego strumienia
czy byłoby to czytelne
jestem zwykłą kobietą
z żarem ukrytym w dłoniach
stąpającą po śladach w piasku
a może pan wie jak nazwać
ulotność sytej czułością chwili
gdy zasłuchani w pulsowanie wnętrz
zaspokajają coś więcej
niż pragnienie ciała
28.07.05r.
. po drugiej stronie
mówią
w małych miasteczkach
szarzeją kobiety zamiatając chodniki
spódnicami z przepasanym fartuchem zamierzchłej epoki
świtem zda się kogut pieje na rogatkach
wieczorami pustoszeje remiza ochotnicy gaszą domowe ogniska
a w świąteczny dzień staruszki liczą wchodzących po schodach
przeprowadzając kontrolę długości zaglądają w dekolty
zgorszonym szeptem ścigają nie zaobrączkowane dłonie
za każdym rogiem
śledzą oczy wytykając palcami niemoralne prowadzenie
nasłuchują jedynie słusznej stacji
gdy tymczasem w dużym
w nienagannym kostiumie biegną myśli ścigając
klaksony gonią uciekający zapominają szumu drzew
śpiewu ptaków nad ranem a żurawie klucząc omijają łukiem
nakładając następną warstwę na twarz nie widzą
jak słońce podpala wieżowce czasem rajd w spodniach
od kontuaru do kontuaru i nocny maraton filmowy
wyostrzone paznokcie krwawią kolejnym
gdy w poszukiwaniach nie pamiętając czego co noc inny
za ścianą ktoś w kaloryfer wstukuje samotną tęsknotę
pojąc tapety niechcianymi łzami podąża tropami
wygasłych marzeń zagubionych czułości
i tylko czasem
podglądając przez weneckie tremo
zazdroszczą sobie
rozleniwionego popołudnia
życia
zda się pełną piersią
poszarzałym wzrokiem patrzą w jutro
10.12.05r.
nasza anonimowość
za ścianą zlikwidowali agencję
niby nikt nic nie widział
odrębny domofon strzegł prywatności
czasem jakiś pies nie wytrzymywał na wycieraczce
powyżej schodów ścigając anonimowo czas
z etatu na etat podnoszą standard
wsiadając do windy nie wiedzą kto gościem
jedynie wiosną wózkami kwitną chodniki
a rozkrzyczane letnie piaskownice zamykają okna
bezstresowe matki toczą pogawędki
o wyższości bobo wity nad tradycją
doglądając babek łopatek oczu
wieczorami młodnieją ławki wdychając papierosowy
dym zapijany bursztynowym z puszki
obserwują szeptane pocałunki w świetle rozkołysanej latarni
i tylko księżyc jednakowo zagląda w źrenice
pobłażliwie uśmiechnięty do zapatrzonych
głaszcząc osamotnione poduszki
18.12.05r.
nasza powszedniość
dokładnie trzydzieści siedem
drzwi zamkniętych endemicznych światów
jakieś twarze mijane w pośpiechu
nikt nie śledzi stukotu obcasów mocnych męskich kroków
muślinowe firanki upięte cenną draperią strzegą prywatności
oddzielając chodnik bezpański cień chyłkiem biegnący
skoszonym trawnikiem
wiekowe oczy zza zasłony zmarszczek
zawsze tak samo zgorszone bezwstydem dłoni
wierzą w każde kłamstwo poprawiające byt wsparte na krzyżu
szmer sprzeczki z któregoś tam tubą komina
wchodzi mimo betonu zakłócając sen
przesiąknięte płaczem ściany nie zdradzają imienia
zimnymi ramionami tuląc rozpalone czoła
czasem pies rozszczeka korytarz stawiając na nogi
nieświadomy radośnie merda ogonem
blask sztucznych światełek poliamidowej choinki
nie rozgrzewa osamotnionych serc zastępując serdeczność
zdawkowymi życzeniami pod egidą opłatka
niewinność śniegu budzi złość
i tylko dzieci czasem stawiają ślepe beznose bałwany
18.12.05r.
różnorodność
kwestia ikara poruszana jest kilkukrotnie
na różnych etapach analiza cząstkowa
ale zawsze tak samo dziwią rozmazane kontury
i wpijający się w czerwień piach
dziś królowa śniegu nie czeka zimy
wcześnie zaczynając szklić serca oczy dłonie
ma takie skomplikowane imię
ale nawet dzieci potrafią je skrócić do czterech liter
zdarzy się że spotkasz kogoś z pokolenia
co z uśmiechem w chmurach szuka tęczy czy smoka
oglądając kroniki naiwnie pyta dlaczego
uciekając od świata poddani odwiecznym rytuałom
zmieniają ziarenko bólu w czarną perłę umierając przed czasem
jak zawsze tani blichtr z nieustającym poklaskiem
spychając w cień zdobywa po raz kolejny szczyt
głupota ignorancja a może
za oknem drzewa zakwitły szadzią skrząc się diamentowo
09.01.06r.
ulotność
współcześni
nie potrzebują skrzydeł
skacząc z dziesiątego
kwitnące szkarłatem chodniki
nim uleci zapach
budzą pytanie
mrugnięcie powieką
trwa dłużej
biegnące kroki
nie widzą konturów
piasek
zamknięte okna
milcząc
zaglądają w twarz obłokom
09.01.06r.
pewna niepewność
ciekawe ile w tym gry gdy mówisz mój ci on
zapominając zdrady patrzysz ironicznie w oczy
a rozmawiając z przyjaciółką podkreślasz
wiesz mój misiu mnie woła musimy kończyć
znasz każdy ton głosu i drganie mięśni
ostentacyjnie wtulając się w poły marynarki
głuszysz niepokój widząc zachwyt w tęczówkach
a przewracając się na drugi bok sprawdzasz
niepewnie wsłuchana w nocną ciszę
nie chodzisz na ploteczki starając się zgłębić naturę
nauczyłaś się nawet wędkować wiesz jakich dań nie lubi
i wciąż jesteś pewna że wróci wychodząc po zapałki
25.01.06r.
mówią o nich druga kategoria
nie zapraszając do domu z obawy przed konsekwencjami
bólu głowy w nocy przypalonej wczorajszej zupy
patrzą z politowaniem artykułując mój mąż
i płyną opowieści o szczęśliwym pożyciu
a przecież czy samotność może określać przynależność
zdane na siebie idą pod prąd szukając
czasem ironicznym śmiechem pokrywają bezradność
nie zasłaniają okien tuląc księżyc
odważniejsze wciąż próbują
podnosząc z popiołów nadwątlone ja
zapominają o ogniu choć przez chwilę odnajdując uśmiech
coraz częściej zastanawiają się nad różnicą między
dziesiątym piętrem a pędzącym samochodem
za popełnione błędy płacą coraz większą stawkę
wciąż niespokojne błądzą wśród ludzi
nie skażone dewiacją krzyża
odchodzą zbyt wcześnie
29.01.06r.
o gustach się nie dyskutuje a o nich
o nich mówi się różnie
że nie istnieją w tej swojej
wyuzdanej bieli
co to dawno straciła wianek
albo się zeszmaciły
wędrując od knajpy do knajpy
kieliszek i dziwka
niektórzy wspominają
te na obrazach
u wielkich mistrzów
ze skrzydłami do nieba
co z ogniem i mieczem
strzegły rajskiego edenu
przed ludzką słabością
przedwojenni wymieniają
czarne
które rzekomo widzieli
u wezgłowia
wiesz wtedy co to babka babki
albo kolega w okopach
mój skradł czepek stając w płomieniach
15.03.06r.
wyznania paranoiczki
czasami myślę moje miejsce
jest w pewnym domu wśród drzew ukrytym
gdzie słońce niekiedy pomiędzy prętami
patrząc z perspektywy alejki widać cień dłoni
wyglądający ze strachem zza zasłony
bezpański pies co z wiatrem w zawody
szuka oczu dłoni ciepłego boku
zawsze może wrócić do luksusu czterech ścian
bezdenną nocą wyjąc do księżyca
jestem wolna
pamiętam sala trzęsła się od śmiechu
ukryta kamera
i ta kobieta próbująca podnieść uwiązany banknot
komiczne więc skąd ten grymas bólu
o ileż łatwiej znając przyczynę powstrzymać wylewające wody
nie trzeba być inżynierem czy bobrem by zbudować tamy
nie pozwalając żywiołowi zniszczyć anemicznej zieleni
kiedyś może coś tam zakwitnie
wgryzam się w godziny odrzucając konwenanse
strzaskane tablice ranią stopy gdy próbuję sięgnąć
północ już blisko zostanę sama na balowej sali
bez trzewika do przymiarki
wciąż wolna gdy one nie chcą odrosnąć
10.04.06r.
ledwie muśnięte
mówi się syty nie zrozumie głodnego
nie zdając sobie sprawy z rozpiętości skali
patrzyłam na dziewczynkę zimno na każdym kroku
odsuwało na boczne tory jakakolwiek próba nieudaną
zrezygnowana na uboczu przenosi w dorosłość niespełnienie
niewiarą przepełniona nie śmie prosić
dostrzegając zniecierpliwienie spływające ramionami
jak wtedy gdy ważniejsza była cera na rajstopach
jak można nie dać dziecku jechać na wycieczkę
słyszę zdziwione głosy pamiętając zaczerwienione policzki
gdy różnice w kieszeniach wstydem paliły
ciągnąc się w przyszłość wojną o dziecięcą książkę
i ciągłym dylematem między czynszem a owocami
czy dziesięcioletnią tapetą pamiętającą pierwsze próby wyjścia
patrzą zdziwieni przecież wystarczy tylko pójść między by znaleźć
zapełniając codzienność dotykiem i słowną szermierką
czasem refleksyjnie stwierdzają dobrze że jesteś
to takie naturalne przy wspólnej kolacji
otuleni wzajemnym ciepłem wędrują krainą sennych marzeń
zaskoczeni deszczem za ścianą i pustym odgłosem kroków
14.04.06r.
margines bezpieczeństwa
tak wiele różnych granic prawdziwych umownych
wymyślonych i tych z życia wziętych
delikatny stary papirus łatwo obrócić w proch
nieostrożnym gestem wyjęciem na światło
to nie pajęczyna w którą wpada nierozważny motyl
otulająca coraz mocniej
mówią od miłości tylko krok do nienawiści
prywatna wendetta za
czyż można znienawidzić za rozwiane złudzenia
czy słuchaliśmy wszystkich dźwięków
a może tylko symfonię przez siebie spisaną
zapatrzeni egoistycznie w pragnienia
pragniemy przekraczać kolejny Rubikon
rzucając na szalę ostatni złamany grosz
niepomni nauk Dedala wzbijamy się ponad
by nazajutrz ktoś przeczytał w porannej prasie
Feniks nie powstanie wiatr porwał popioły
29.04.06r.
nigdy nie napiszę wiersza
zbyt mocno sugestywnie
wystają kości
lirycznie skropione miodem
okulary nie pomogą
gdy czuję jak czuję
niekiedy puszczają tamy
wzrastające zasolenie
skamienia wersy
mogłyby chociaż błysnąć
ale nie
one są tylko kanciatobure
wykrzywione raz tak
raz siak
poszarpane strzępki
wyblakłoanemiczne
07.05.06r.
cholera
dlaczego nigdy nic
nie wypływa samo
od ciebie i ciebie i ciebie
jestem dziadem proszalnym
jarmarczną marionetką
z pękniętym w dłoniach
gdybym miała czubek nosa
pochowane wszystkie lustra
i od kołyski pawie pióra
zasznurowałabym usta
wzruszając ramionami
co mnie obchodzi twój świat
24.05.06r.
próba krzyżowa
czasem w zamyśleniu
szukam przyczyn
wywracanie na lewą boli
zawodnik doskonali formę
unikając ekshibicjonizmu
pnie się
nowatorstwo języka
cóż że hermetyczne
budzi podziw
proste
mogą być tylko matematyczne
słowa sznurkiem w kieszeni
brak dostosowania skazuje
pali kolejna kropla
nie prosiłam o ocet
08.06.06r.
na bocznicy
zawsze lubiła czytać reportaże z podróży
być w miejscach do których nigdy nie dotrze
chłonąc piękno krajobrazu
przemierzała ścieżki wśród kosodrzewiny
dorastała wrośnięta w przedmieścia
wypatrując bocianów nad łąkami
nie było oczepin gdy oberwanie chmury zalało światła
sakramentalne tak rozmyło się w blasku świec
zamieniła przedmieścia na widok z hałdami
ściskając głowę gdy halny wpadał bramą morawską
nie zapuściła korzeni wciąż uciekając przed pogonią
wartość spadała poniżej wektora
miasto przyjęło ją otwartymi ramionami ulic
przedmieścia przesunęły rogatki i tylko bocianów szkoda
chciała patrzeć z zachwytem oczami roziskrzonego miodu
wędrując brukiem w cieniu historii górskimi szlakami
wierzbą rozpuściła rzęsy rozsiewając perły
wysłuchuje opowieści o zachodzie słońca
kołysanym w rytmie fal przyboju
księżycu co turniom legendy opowiada
17.06.06.
sielanka
wyobraźmy sobie abstrakcję no wiesz tu on tam ona
w tle jakiś stół z podłożonym rankiem pod krótszą nogę
kilka wróbli jedzących okruszki trwożliwe paciorki
spod nastroszonych piór
gra pozorów słońce skąpane w filiżance kawy
w najdalszym kącie niedopita herbata z księżycem
zapomniana truskawka utkwiła w grymasie uśmiechu
na ścianie mapa z ciekawymi miejscami takimi wiesz
barwne motyle pelargonii obsiadły balkon
pilnie strzeżona puszka z drażliwymi
łagodna fala liże stopy gotowa skoczyć do gardła
otwartym oknem wpadają srebrzyste włókna
coraz trudniej sprostać wymaganiom
ładnie przytemperowany ołówek wciąż liczy pracowicie bilans
zaciągając kredyt w przeszłości w końcu nie ważna jednostka
czasami plecy też bywają miłe
21.06.06r.
papilio
jak wiele znaczeń może mieć motyl ile budzić emocji
zrzucając szary oprzęd pokazuje swój urok
z lekkością primabaleriny wdzięcząc się do kwiatów
rozpościera paletę barw
nietrwały jak śnieg w ciepłych dłoniach ginie strzepnięty
gdy one ukrywają się w rękawiczkach tych samych co wczoraj
trąci banałem wplatany w wiersze choć kusi zwiewnością
letniej sukienki co z każdym krokiem śmielej łasi się do nóg
promieniejąc w słonecznej smudze niczym kolorowy żagiel
płynie ponad zielenią budząc mieszane uczucia
kiedy zaplątany w sieci traci z wolna życie
poszarzały jak twarz bez uśmiechu
27.06.06r.
niepotrzebny życiorys
urodziłam się gdzieś na przełomie znaków
jako dziecko wypełnionego obowiązku
miałam oboje rodziców
ojciec ukochał taką smukłą panią
co to pozwalała zapomnieć
dla mnie wybrał imię
matka łatała rajstopy i dziurawy budżet
bez słów wiążąc makramę lat
ciepło pozostawiając kaflowym piecom
żyję rozważając najlepsze sposoby
zmęczona własną donkiszoterią
choruję na chroniczny brak ust
28.08.06r.
bez odbioru
zastanawiam się coraz częściej
czy artykułować duszę
ubierając w słowa smutne tęczowe rozważne
jednym wleci drugim wyleci bez śladu
kształtny czubek góry lodowej
zadarty grecki opuszczony
przysłania wszystko
pochłaniając najmniejsze echo
czasem zaperli się zagubione zrozumienie
tocząc płytką uliczkę
spadnie grudką soli do ust
by zginąć w następnym momencie
wczoraj obcy budził jedynie litość
dzisiaj tamuje własną aortę
na podium niepokonane ego
potem zakłócająca nadawanie reszta
14.09.06r.
lustrzane odbicie
boże jaka jestem durna
pomyślała przez chwilę
jak nie przymierzając blondynka
zawróciła strumień ku źródłom
kiedyś przed laty wspólnie ją wystrugali
piątą nogę do zdemolowanego stołu
nawet własna zdradziła ją bluzka
a może po prostu nie umiała kłamać
potem to już było lawinowo
rozczarowane życie odwróciło się plecami
wycofując lądolód pozostawiło głazy
w zamian zabierając drabinę
przeciekało dziurawymi dłońmi
wypłukując życiodajną sól
czyż na pustyni wyrośnie zieleń
kiedy tylko kamienie płaczą nocami
zmęczenie postawiło wreszcie tamę
oddając nagie ciało w posiadanie pościeli
jeszcze pisała w myślach wiersz
nocny bękart niepotrzebny nikomu
16.09.06r.
. pora zdemontować klamki
refleksyjnie snuje się płomień
malując obrazy dalekie i bliskie
mianownik odrzucenia spina brzegi
zawsze znajdzie się kij
czy but by zdeptać mrowisko
łatwo wytłumaczyć niewytłumaczalny krok
powiedziałeś jesteś nielogiczna
jak to kobieta nie wiedziałeś
narzekanie to grzech
gdy na fotografii ścian rozsypana rodzina
a bidul wyrósł we wnętrzu
zdziwienie ze zniecierpliwieniem
podnosi brwi
rak pustki to nie to samo co pustynny rak
01-04.11.06r.
jej oblicza
porywa w oczy i kłuje
budząc współczucie
sińcem w pustym garnku
bardziej banalna niż anioł
drżąca na obcy zapach
w klapach marynarki
i włos na rękawie
czy zepchnięta w narożnik
żebraczy gest opuszczanych dłoni
słony uśmiech do pustej ściany
wzniesiony w lustrze toast
jesiennie zapłakane okna
gdy życiem wędruje kolejny Judym
jestem Brutusem zagubionego umysłu
14.11.06r.
gorzka czekolada
po czorta to wszystko
i tak siedzisz w parterze
więc czego się gapisz
schowaj te żałosne oczy
głęboko w kieszeń
między drobiny
to nic że gryzie piach
przyzwyczajenie drugą naturą
później jak znalazł
spójrz na bezdomnych
kołyszących parkowe ławki
pośród procentowych szkieł
myślisz że dziwki mają lepiej
stojąc w czerwieni miast
wyuzdane do granic
więc czego nie rozmienisz dotyku
rozdając za każdym rogiem
z zadartą spódnicą
na co komu akceptacja
widzisz przecież
cynizm w największej cenie
03.12.06r.
proste pytania
że świat boli
a kogo nie boli można by spytać
patrzysz na swoje dni nie dostrzegając innych
jedynie słuszna racja zwodzi na boczne tory
każdy coś dźwiga spierając się z losem
o najmniejszy grosz
tam za ścianą wciąż słychać krzyki
zatopione w oparach absurdalnej miłości
pięści znaczą swoje drogi od
do a czasami nawet dalej
psia wierność podkuliła ogon
będzie trwać pomimo
przecież obowiązuje przysięga
widać w jedną stronę
nad głową stukają w ochraniaczach kule
czasem przesiadając się na wózek
nie pozwalają spać
krążąc po zmęczonym dniu
wysokie piętro więzi odcinając od ulicy
z rzadka poruszy flesz refleksji
budząc wątpliwości czy masz prawo
praca mieszkanie jakiś chleb
rozsypana układanka
gdzie wciąż brakuje kluczowych elementów
zwichnięte czarnowidztwem zdrowie
na wyprzedaży płaszcz bez dwóch guzików
sprzedano za pięćdziesiąt procent
01.01.07r.
dysonans
wśród znajomych sprzętów
błądził dzień za dniem
przestawiając drobiazgi
bez emocji
słuchał głosu wykonując nakazy
czasem uciekał po zapałki
nie palił
choć spłonęły mosty
zostawiając gorycz
echo dni
na wspólnej budowie
zamykało sypiące się drzwi
choć na zewnątrz świeciło słońce
w półmroku świec widząc przyzwolenie
pośród muślinu gubił drogę
nie potrafił odejść
patrząc na kronikę zaklętą w ramkach
czuł ciężar wyrzutów
*
zniesmaczona
nie chciała zrozumieć
błądzącego po niej wzroku
zrezygnowała przecież
zamykając się między
żyła tylko dla niego
fale wyrzutów
ciskały błyskawice
żądając zapłaty
czasami jak królowa
pozwalając na adorację
topniała w oddechu
kalejdoskop w sepii
potęgował żal
choć z dzieci była dumna
wciąż potrafiła go zatrzymać
otwierając romantyczny arsenał
przecież była kobietą