przedzierali się krzakami do jaskini
poranione krzyżem dłonie jedna w drugiej
chłód ich wspierał skwar porażał a Bóg z nimi
patrząc z waty na ich podróż rzucał smugę
przedzierali się przez gąszcze liżąc życie
smakowali ostre ciernie pijąc ocet
oddychali gęstym kurzem coraz płycej
niepodobni do człowieka w kwietne noce
w utrudzeniu omijając drogowskazy
zawieszone boską ręką na gałęziach
coraz cichsi nie umieli nawet marzyć
że na końcu ich wędrówki zabrzmi hejnał
gdy dotarli zobaczyli ze zdumieniem
że trzewiki całkiem zdarte na kamieniach
i gdy w oczach licznik wiosen spoczął cieniem
uśmiechnęli się do siebie od niechcenia
Przeczytałem z przyjemnością, niemniej puenta pozostawiła po sobie pewien niedosyt (w odróżnieniu od Leszka, i to właśnie jest piękne, jak różnie można odbierać poezję!) Po cichu liczyłem, że gdy dojdą coś się wydarzy, a tymczasem tylko uśmiechnęli się do siebie od niechcenia. A może nie "tylko" ale AŻ (po wielu latach)? Prawdę mówiąc to od niechcenia ma troszkę wpływ na ten niedosyt
Podoba mi się utwór pani Ewy. Ballada uniwersalna, rzekłbym.
A gdyby tak Autorka pomyślała jeszcze raz o tytule, może coś trafniejszego, jakoś bardziej lirycznie?
a na oczach licznik wiosen spoczął cieniem
uśmiechnęli się do siebie od niechcenia
Pointa dla mnie celna, piękna i z refleksją. Marcin pisze o różnym odbiorze... Jasne, że tak jest... i zależy od wielu czynników. Pomyślałam, że może jeszcze lata nie przygięły mnie do ziemi, ale często gęsto w róznych sytuacjach, trudnych momentach, wystarczy mi uśmiech miłego, zmrużenie oczu, grymas ust i juz wiem, o co mu chodzi. Po długiej wspolnej wędrówce czasami słowa są zbędne.
Pozdrawiam
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty