Wysłany: Dzisiaj 9:48 Dobrze jest znać języki, nie tylko obce
(fragment z czegoś nowo pisanego)
(...)
W połowie lat dziewięćdziesiątych znajomość języka angielskiego nie była jeszcze dość powszechna, nawet wśród młodszych mieszkańców naszej ojczyzny…
Szedłem z nastoletnią córką po promenadzie plaży nad jeziorem. Naprzeciwko stukała klapkami o chodnik wyrośnięta dziewczyna w bluzce z angielskim napisem na piersi. Córka rozszerzyła oczy i ledwie stłumiła śmiech. Kiedy pannica nas minęła, moja pierworodna odwróciła się za nią i już nie wytrzymała – zasłoniła usta dłonią, ale jednak tak głośno się zaśmiała, aż parsknęła.
Też się odwróciłem – dziewczyna na plecach miała inny napis. Nic mi nie mówił, podobnie jak ten z przodu. W dawno minionych latach szkolnych uczyłem się języka „bratniego narodu ze wschodu” oraz liznąłem drugiego obcego języka, którym posługiwano się za Odrą. Mowy, który był w powszechnym użyciu w byłym imperium brytyjskim, nie było dane mi poznać.
– Z czego się śmiejesz?
– Tato, wiesz, co ma napisane?
– A skąd mam wiedzieć? No co?
Córeczka odpowiedziała między jednym a drugim paroksyzmem śmiechu:
– Z przodu ma „Jestem…” no wiesz, w ich języku. W popularnym słowniku pewnie nie ma tego słowa, podobnie jak w polskim, chociaż wszyscy używają. Uderz się w palec, to będziesz wiedział, o które chodzi.
– No ładnie…” – teraz i ja się roześmiałam. – A z tyłu?
– O, jednak wiesz? – Nie mogła powstrzymać śmiechu. – Tam ma napis „Bierz mnie od tyłu”.
O wciórności! Nieznajomość języka jednak czasem szkodzi!
Zaśmiałem się jeszcze raz i przypomniałem swoje niedawne zdarzenie:
– Wiesz, czasem i u nas, gdy mówisz po polsku, trzeba wiedzieć gdzie i co. Inaczej można się wkopać. Gdy w Sulechowie zdobyliśmy mistrza Polski w piłce siatkowej nauczycieli(1), to dyrektor męskiego więzienia w Grudziądzu zaprosił nas na turniej. Organizował go u siebie, w środku zakładu. Drużyna klawiszy, dwie drużyny z więźniów, no i my. Przygotowywał się do ich międzywięziennych rozgrywek. Im zależy na takich zawodach, bo z tego też naczalstwo jest rozliczane.
Chwilę pomilczałem, przypominając sobie scenkę sprzed roku.
– Wyobraź sobie – podjąłem ponownie – wysoki budynek więzienny w formie czworoboku, gdzieś z cztery piętra z celami i zakratowanymi okienkami wychodzącymi na duży plac, znajdujący się pośrodku. Plac z boiskiem do gry, ogrodzone dodatkowo podwójnym rzędem bardzo wysokiej siatki. Samo granie tam już wywołuje dziwne uczucie.
Moją nieodrodną „krew z krwi” niełatwo było wstrząsnąć. Wzruszyła ramionami:
– Więzienie. To czego się wewnątrz spodziewałeś, tato? Ale co z tym mówieniem po polsku?
– Rozpoczęliśmy pierwszy mecz. We wszystkich oknach cel więźniowie i zaczynają dopingować, gdyż graliśmy pierwszy mecz z pierwszą drużyną ich kumpli. Nawet przyznaję, dobrze grali. Każdy ich zdobyty punkt to wrzaski w oknach, walenie miskami w kraty…
– Tato, do mety, do mety. – Córka się zaśmiała i ponagliła mnie ręką. – Znowu zaczniesz nawijać przez dobre pół godziny, nim dojdziemy do sedna.
– Przecież dobiegam. No dobra. – Uśmiechnąłem się. Sam siebie znałem, że potrafię mówić krótko i konkretnie, ale jeśli czas nikogo nie gonił, zaczynał się u mnie dłuższy słowotok. – Ktoś u nas obronił piłkę, ta poleciała wysoko, za boisko. Kolega jednak zdążył, dobiegł, a ja byłem przy siatce po przekątnej, z dwanaście metrów. Wrzeszczę do niego „ciąągnij!”, aby mi ją tyłem wystawił jak najbliżej siatki. Tak, jak normalnie na meczu. W tym momencie to dopiero wrzask we wszystkich celach! Walenie michami, przeciągłe gwizdy, normalnie obłęd. Przebiłem tę piłkę, zdobyliśmy punkt, a kakofonia w oknach nie ustaje. Patrzymy po sobie nie wiedząc, o co chodzi. Przecież ich drużyna straciła punkt, nie hałasowali wtedy. – Pokręciłem głową i uśmiechnąłem się na wspomnienie tamtej scenki. – Podchodzi do nas jeden z ich wychowawców więziennych i mówi „nie wołajcie „ciągnij!”. U nich to znaczy, jak jeden drugiemu każe, temu z niskiej ich hierarchii… – zająknąłem się. Rozmawiałem przecież z córką, wyrosła już pannicą, ale… – No wiesz. Ty też kazałaś się domyślać angielskiego słowa na koszulce.
– Dobra, tato. – Znowu głośno się roześmiała. – Domyśliłam się. W każdym, środowisku trzeba uważać na słowa. Idziemy popływać?
– Jeszcze się pytasz? Najwyższy czas. Pół godzinki czy dłużej?
- Zobaczymy.
---------------------------
1/ W latach 90. XX wieku w corocznych Mistrzostwach Polski Nauczycieli, rozgrywanych na początku maja w Sulechowie, nasza grudziądzka drużyna zdobyła dwukrotnie mistrzostwo i raz wicemistrzostwo