cicho szemrał strumień słów
niosąc spokój i ukojenie
kąciki ust wędrowały ku górze
niekłamany zachwyt w źrenicach
żarliwa wilgotność języka
brały w czuły jasyr
bezwstydem kwitłam
na obrusie prześcieradła
spełniając wielokroć ofiarę
22.04.06r.
koniec lata
porwałeś mnie z boreaszem
między kroplami deszczu
marzenia uderzały o skrzydła
tęczowo trzepocząc w oczach
ubarwiały codzienność
skracając czekanie
pękła łódka ramion
przecież nie potrafię pływać
płakały kolorowe liście
22.04.06r.
pierwszego misia dostała zamiast mając trzy lata
jakby nie mówić kilometry zawsze dzielą
skuteczniej niż najbliższa ściana
tu zawsze próg który wystarczy przełamać
wkładając w dłonie wachlarz wspólnych lat
gdyby diament był bez skazy
gdyby
jakże inaczej smakuje obiad podany na cztery ręce
zwykła kolacja gdy w źrenicach rośnie głód dotyku
poranek kiedy tak trudno rozstać się z ramionami
a jednak
pewność dnia daje siły by iść pokonując troski
pustka
przelewają się słowa posmutniałymi tęczówkami
bezbożnie przesuwane paciorki chwil nie sycą
choć to nie ciało płonie a w ustach ten sam smak
za plecami pragnienie tamtego lata kwitnących marzeń
pełna sprzeczności rada zdejmij ze mnie oczy
pluszowy psiak tuli do snu
22/23.04.06r.
w zaczarowanym ogrodzie
jesteś falą
łagodnie obmywającą stopy
przemykasz między palcami
pnąc się łukiem łydki
muśnięciami ust
zapisujesz zmianę pogody
odgadując pragnienia
zrywasz pieczęcie
w dolinie łona
by w zachwycie odkryć
maleńką perłę
w koronie płatków
29.04.06r.
zdarta płyta
tyle razy powtarzam
kobieto nie można mieć wszystkiego
masz zdrowie bo przecież nie liczą się te drobne
dom co prawda pustkami świecą pokoje
ale kiedyś każde miało swój
dzieci mówią że udane
bez nałogów trzymające się litery
zaraz chciałabyś się chwalić
przecież sobie radzą choć to życie je uczyło
masz swoją tajemnicę
sięgając zakazanego owocu poznajesz smak nieba
i piekło niespełnionych pragnień
a przecież wystarczyłoby żyć z dnia na dzień
ciesząc się chwilą odurzać zapachem akacji i brać
mogłabyś wreszcie uwierzyć
czepek
a pal go licho nie każdy się w nim rodzi
21.05.06r.
ciepły powiew
razem z twoim głosem
puka do okien
zapalając gwiazdy w dzień
rozśpiewuje liście
jak na pszczelich łapkach
znosząc akacjowy nektar
wiatrem między włosy
skrą w źrenicach
witaj maleńka
24.05.06r.
powrót do krainy cieni
odciąłeś pępowinę dłoni
zabierając pewność siebie
zgubiłam drogę
coraz wolniej płynie
zmrożona brakiem czułości
zapadam
w bezsenną noc płoną tęczówki
martwe o poranku
poznaczone wokół bruzdami
unieruchomiona bolesną siecią
wysysana bezuczuciem
nie czekam jutra
24/25.06.06r.
patrząc na widnokrąg
pamiętam usta
kiedy szeptałeś wtulony
budzące dreszcz na karku
monotonny zda się ruch rąk
morską falą wędrujących
plażą pleców
słodka bryza
zmieszana z krwią
niosła ciebie w każdy atom
otwarte językiem tamy
spływały mgłą na źrenice
unosząc zerwane latawce
jeszcze raz może ostatni
zawirowało garncarskie koło
gdy dłonie tworzyły wenus
12.07.06r.
odległy zachód
nie chodzę nad odrę
brak marynarki
przenika chłodem
samotnie kąpie się słońce
spływając krwią
odbija obce twarze
pamiętasz
w półmroku kamieniczek
wiatr czytał nam z ust
kradnąc słowa
na szczęście
trzymałeś koniczynę dłoni
zapalając gwiazdy
nocą splotły się cienie
17.07.06r.
mokre czułości
a gdyby tak
rozwiesić krople deszczu
na pajęczynie słów
rozkołysane oddechem
dzwoniąc cichutko
siadałyby pieszczotą na ustach
spływały na język
kusząc twoim smakiem
zapamiętanym z wczoraj
a gdyby tak
wpleść między nitki
by przylegały ciasno jak dłonie
gdy suną powoli
z ciekawością odkrywcy
budząc z uśpienia
dreszczem co ciepło
rozpływa się po końce
słyszysz trzepot piór
05.08.06r.
wygasłe ogniska
chciałam jutro
tak właściwie
po cichu marzyłam
czułam już twój wzrok
jak sunie płomienny
pełen zachwytu
słyszałam ciepły tembr
snujący opowieści
w oczekiwaniu
jeszcze jemioła w mroku
rozgrzeszająca z pocałunków
gdy w kieszonce ukryte okulary
jutro
ty masz spotkanie
i troski całego świata
ja samotnie wtaczając głaz
kolejny raz upadnę
nie pomoże Cyrenejczyk
06.09.06r.
z pamiętnika zapisanego na skórze
wciąż zdziwiona
patrzę w puste dłonie
prostując zaciśnięte palce
niecierpliwy język
wędrując spierzchniętymi
szuka czułego partnera
pamiętając jak w tańcu spleciony
przekraczał zakazy
a gorączka trawiła wnętrze
zimne uda tuląc się do siebie
drżą na myśl
o ustach łamiących pieczęcie
gdy odrzucony płonął wstyd
a my zapominając o życiu
utrwalaliśmy wywołane fantazje
10.09.06r.
spójrz tęcza kąpie się w kałuży
dziś jest chyba odpowiedni dzień
pobiegnę za białym królikiem
zapominając o szarudze
w gościnie u kapelusznika
będziemy rzucać spojrzeniami
wymowniejszymi niż słowa
wszystkie okoliczne koty
zamruczajac godziny
będą się śmiały nie niknąc
a my będziemy tańczyć z flamingami
pośród złotego deszczu
kołysząc drzewami ścianami niebem
zauroczona zima przysiądzie na zapiecku
zapominając zmrozić nam serca
dziećmi za dłonie pobiegniemy ku bramie
24.09.06r.
moja katarynka
wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
tańczy w palenisku
w mroku szmer muzyki
rozprasza smutki
pod jemiołą sięgają ust usta
niepotrzebne dłoniom słowa
dotyk przekazuje najskrytsze
drewniane bale bronią chwili
wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
ciepłą magią daje nam siebie
29.09.06r.
w jasyrze
wtulona w myślach
nasłuchuję szeptu dłoni
pogrążonych w rozmowie
przenikające ciepło
z wnętrza do wnętrza
zapala roześmiane iskry
troski spływając cieniem
nikną pod klepkami
zapominając języka
wiedzą liczysz się ty
i chwila spięta klamrą
czułych ramion
więc nie bądź zdziwiony
gdy lawirując między godzinami
otworzę kolejne drzwi
by zakwitnąć wspomnieniem
lśniącej perły
uwięzionej w muszli ust
02.11.06r.
w zasięgu ust
splatając rozgwiazdy dłoni
zmniejszamy odległość
otwierając drogę ku głębinie
głos nazywają zdecydowanym
miękkim brzmieniem
przepływa pieszczotliwie
uciekające kilometry
nic nie znaczą
gdy z czułością zanurzam palce
patrząc na ślady codzienności
tu srebrem tam zmęczonym cieniem
kładące się na twarzy
pod zamkniętą powieką
zaskoczony czas stulił wskazówki
poznając moc tchnienia na skórze
19.07.07r.
rytuał
chcesz być kartografem
by piórkiem języka
rozrysować łagodność wzniesień
każdą dolinę szemrzącą
niewidocznym potokiem
mierzysz w szerz i wzdłuż
sejsmografem opuszków
obserwujesz nasilające się wstrząsy
wyszukując epicentrum
schodząc w mroczną jaskinię
pragniesz dotrzeć do jądra
jak do rogu obfitości
aby raz kolejny
na ofiarnym ołtarzu
odchodzić od zmysłów
22.07.07r.
bez skrępowania
ubiorę zwiewne mgły
w oczekiwaniu że przyjdziesz
niosąc ciepło dłoni
będę tulić się kusząco
budząc z letargu zmysły
aż niecierpliwie pochylisz twarz
by za tiulową zasłoną
odszukać pociemniałe grona
pulsującą życiem dolinę
rudozłotym jedwabiem
pogłaskam wnętrze ud
nasłuchując jak wciągasz powietrze
ubiorę zwiewne mgły
wiedząc
gdy przyjdziesz
na garncarskim kole
uformujemy fantazje
28.07.07r.
epizod
czy pamiętasz tę noc
och oczywiście że nie w Zakopanym
przecież to życie nie piosenka
za oknami
latarnie grały w dwa ognie
a samochody burzyły nastrój
po ścianie pływały żaglowce
nie to nie był Monet
widziałam jak maszt zaczepiał chmury
potem jakaś mgła siadła na źrenicy
słyszałam szept strumienia słów
wyostrzający zmysły
i kiedy zmęczony głaskałeś rozsypane
tak łatwo było wspiąć się ponad
zmieniając punkt widzenia podparcia
czy pamiętasz spokojny oddech
i oburzone nogi
a przecież nie chciałeś bym zmarzła
31.07.07r.
najważniejsze
nie wiem ile kosztował
luksus w krzywym zwierciadle
ale byłeś i wszystko tonęło we mgle
nieważny zaśniedziały pet
kożuch kurzu czy smutne ściany
gdy zaskoczony rozchichotałeś noc
bez pośpiechu pomimo zmęczenia
płonęliśmy w każdym geście
odnajdując ślad codziennej tęsknoty
i kiedy spuszczone ze smyczy fantazje
feerią zmysłów przegoniły smutki
snem przeplataliśmy czułości
01.08.07r.
trójskrzydła makatka
obraz czułością przesączony
nieprzystający do realiów
oschłej królowej
codzienności
na parapecie szaropióry wróbel
zagląda przez szybę
na nagi spleciony warkocz
wie jest bezpieczny
choć ruch wzburzył pościel
a fale przepłynęły falochrony
na rozsłonecznionej ścianie
tańczy świetlisty zajączek
obserwując kadr po kadrze
nikt nie zasłania okien
bezwstydne dłonie
rzeźbią w powietrzu kształty
na stole
parują talerze
czekając na swoją kolej
w zaspokajaniu
srebrzysta agrafa spina granat
zerkając na niedzisiejszą scenę
w nikłym blasku płomieni
pochylony nad źródłem dąb
tysiącem opuszkoliści
muska atłasową taflę
niczym kamerton
dostraja
tworząc symfonię
szaleństwa z delikatnością
03.08.07r.
nadmorskie pejzaże
uwielbiam kiedy skręcone runo
łaskocze twarz z każdym oddechem
kołysze słodki zapach
dzień śmieje się w lustrze szyby
smakujesz jak
lody i poziomki skąpane w słońcu
albo Martini Asti spijane z naparstka
ukrytego w pulsującej dolinie
rozlewasz się łagodną falą przypływu
biorącego w posiadanie plażę
po horyzont kapiący pomarańczą
odpływ przynosi tęsknotę