POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Amandalea » powroty
powroty
Autor Wiadomość
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2009-01-18, 18:21   powroty

z optymizmem

podajesz bukiet ciepłych słów
maczanych w tęczy i musującym winie
lekkich jak paź królowej

słońce wysrebrza się w twoich włosach
wplatając uśmiech pogodny
byś lotnią marzeń zabrał pasażera

nie nowością bieg z przeszkodami
precyzyjnie pokonany płotek
wypływa wersów łagodną falą

w atolu czułości szukasz czystej perły
ukazując światu uroki krągłości
pozostajesz królem mimo żeś nagi

22.07.05r.


huśtawka

smutne niebo schodzi nisko
kuląc ramiona
jak zawsze kłócą się wróble

spomiędzy pościeli wychodzi nocna tęsknota
spływając ku powiekom
przysłania mgiełką ostrość

słów kilka zdziera zasłonę
sącząc kroplówką ożywczy nektar
uśmiech rozjaśnia zieleń turmalinu

pod zmiennym kątem wędruje spojrzenie
i już nie patrzy że jeszcze lecz tylko

w koszyczek ust zbierzesz grona

03.08.05r.


nikt

kiedy spotkałam
zatańczyły litery
w rytmie na trzy czwarte

płynął wartkim nurtem
omijając wystające głazy
wiry nieprzychylne

ponad codzienność
ptakom podobny
wzbił się

pachniało łąką i latem
magią chwili poddani
bolero zatańczyliśmy

03.08.05r.


ktoś

obiecałam wiersz
więc siedzę myślę
dłonie zawisły nad klawiaturą

za oknem hałasuje kosiarka

suną obrazy te z wczoraj i dzisiaj
purpurowa róża w wazonie
długopis w dłoniach

strosząc ogon kot łasi się do nóg

słowa niby zwyczajne
a jakbym trójniak piła
płyną ciepło błękitnymi

przycupnęły na kratach szare wróble

jak napisać nikt jest kimś
a ktoś bywa nikim
gdy zapatrzony w swoje ja

przepraszam nie umiem pisać wierszy

04.08.05r.


heliodor znaczy dar słońca

chłodem wiało od rzeki
gdy szliśmy bulwarem
ku pradziejom miasta

uśmiech prostował kurze łapki

rozbłysły jednookie ulicznice
wydłużając cienie
igrali z ogniem kuglarze

psotny wiatr studził kolację

ciepło słów rozświetlało źrenice
przeskakując wesoło
od turmalinu do heliodoru

pusta droga wiodła w zacisze

już wiem szampan inaczej smakuje
gdy odstawione kieliszki
nie trzymają go w ryzach

a świat się kręci w blasku świec

07.08.05r.


w ogrodzie botanicznym

wśród ogrodowych alejek
pluszcze cicho fontanna
do wtóru płynącym słowom

ciepła plecionka dłoni
leniwie kołysze myśli

dziś nie pora na smutki
rozjazd już przestawiony
niech tkwią na bocznym torze

pod rozłożystym platanem
zaprasza kamienna ławka

rzucając złotymi piegami
patrzy z uśmiechem
na wtulony podwójnie cień

26.08.05r.


bajkowo

gdyby to była bajka
zaczęłabym od słów
za górami za lasami

osadzony we współczesnych realiach
żył leśny faun dobry duszek
rozdając uśmiechy za darmo

słowa ścielił runem pod stopami
puszystym mchem otulał znużone ciało
łagodnie kołysząc rozganiał chmury

pokazywał pierwsze gwiazdy
umiejętnie rozpalając ognisko
skracał kilometry

by prowadząc za rękę
przeprowadzić przez próg
za górami za lasami a całkiem blisko

27.08.05r.


zbierając chwile

zanurzasz twarz
burząc misterną fryzurę
szepczesz czułe zaklęcia

zmartwione rysy
rozciągają się w uśmiechu
zadowolonego chłopca

zapisujesz w ciepłym jantarze
kształty kolory
zbierasz do kubeczków smak

nim wstanie rozćwierkany
rozwiniesz paletę barw
wyciągając z zanadrza ukryte skarby

19.09.05r.


krążąc wokół tematu

tak sobie myślę czasem
rozstawiając samotność po kątach
może oczekuję zbyt wiele

człowiek jest zachłanny
jak ma okruch szkiełka
chciałby zaraz cały witraż

południowy wiatr
muśnie pocałunkiem
nie to mało a pozostałe

wspomni słodycz kochania
natychmiast marzy mu się
codzienność w ramionach

no więc tak siedzę i dumam
z pretensją patrząc na fotel
przecież powinieneś tam siedzieć

19.09.05r.


wracająca fala

kiedy już życie da ci popalić
schronienie znajdujesz u biesa
blask ognia mroczną izbę rozświetla

siedząc na ciemnej ławie
obserwujesz słoneczną smugę
co uparcie przedziera się między

cicho płynie góralska muzyka
wlewając spokój w dysharmonię wnętrza
cichnie sztorm niepokoju

język bezgłośnie szepcze do ucha
szukając w głębinie ust słodkiego oplotu
wracają nadwątlone siły

znów tworzysz zwartą budowlę
i choć niewiele się zmieniło
rozwiązujesz z uporem węzły

23.09.05r.


przesypując piasek

już nie pamiętam kiedy normalnie spałam
to nie twoja wina
widać mam krótką pamięć

tak swoją drogą muszę policzyć
nocne godziny gdy sen pierzcha za ścianę
zadając gwałt

dwadzieścia osób spłonęło uciekając
na nic zdała się ewakuacja
dla nich nie wstanie następny

żył zwyczajnie bez pośpiechu
grudka uderzyła o wieko
nie zdążył powiedzieć dobranoc

może to niecierpliwość a nie strach
intensyfikują emanacje ciepła drżenie
wykradzione minuty nie dają pewności

23.09.05r.


poranek

obserwowałam jak z mozołem
wchodzi po gałęziach ku wierzchołkom
by popłynąć swobodnie ponad

wśród konarów nocni tkacze
porozwieszali tiulowe chusteczki
kapiące wilgocią

rześkie powietrze lizało stopy
źdźbłami spływały księżycowe łzy
ocierając skrzydełka wstawały świerszcze

kołysała się z jodłą senna cisza
pozostawione same sobie myśli
powędrowały za las poza jesień

wśliznęły się z promieniem
zanurzając w bursztynowej toni
wpatrując w zamyślone usta

uśmiechając się czule do ciepłych słów
wróciły smętnie siadając na ramieniu
dzięcioł właśnie jadł śniadanie

25.09.05r.


jadąc

pusty przedział
tylko my
to znaczy ciebie nie ma

oj czepiasz się
siedzisz naprzeciwko
rozmawiamy

wiem
raczej snuję monolog
pod wymyślone odpowiedzi

śpisz
za ścianą masz świadków
muszę sama

26.09.05r.


zmiana na dobre ale czy na lepsze

chciałabym spontanicznie
niech patrzą

jesteś tak wyważony

nie mam nastu
farba dodaje blasku kryjąc

ale czy tylko wtedy wypada

bezprawnie wykradam z realiów
unosząc z ciepłym prądem

nie rozróżniam już dobra zła

myślałam ukoję uzupełniając braki
stoisz rozdarty

sytuacja uległa zmianie

26.09.05r.


szczególnie to jedno miejsce

jeszcze jedna chwila
piasku ziarenko w pejzażu
z górskimi szczytami w tle

zaplątany w metalowe rusztowanie
świszcząc chłodzi twarze
spoza rozdartej mgły kolorowe doliny

dźwięczy szklanka śmiechu
w szpilkach przez szpilki brnę
oglądając fragmenty mozaiki

nie straszne czarcie kopyto
rozsiewa czar jemioła
grzaniec płonące szczapy usta

zapisując kolejny epizod
kręgami schodzisz coraz niżej
każdym detalem zachwycony

27.09.05r.


odrobina brokatu

zapukałeś przedwieczornie
malując uśmiech Giocondy
ciepłym głosem

zabłyszczały szmaragdowo
rozświetlając toń
zafalowały drobne zmarszczki

przysiadając snu latawce
rozhuśtały się na rzęsach
cekinami wspomnień

gdy płomienie tańczyły
w rubinowym blasku
szeptem kołysane

pękały pieczęcie
pod naporem ust
w ciasnym splocie zapomnienia

04/05.10.05r.


przywołać lato

lipcowe promienie na ławce
okryły troskliwie liście
deszcz

anatemą skażona
oprawiam się w ramy
pusty chodnik

coraz słabiej kryje farba
zmęczone odbicie
wciąż jest opalenizna

uzależniona od uśmiechu
zainteresowania
mokrym opadam dmuchawcem

07.10.05r.


diorama

tworzyliśmy ogrody
pełne słonecznej czułości
pośród leniwych obłoków

wędrując bez pośpiechu
nadawaliśmy kształt
minutom godzinom

czasem gwałtowny monsun
zraszał ciała
płuca łapczywie chwytały

pulsowało błogie zmęczenie
tuląc się spontanicznie
kołysał nocny pociąg

12.10.05r.


to nic że jesień

nadeszła złocistobrązowa
rozbijając kolczatki
spłonęła jarzębiną

zadrżały nagie konary
szarpane zimnym porywem
zapłakały szyby

a ty

lato niesiesz w posrebrzonych włosach
rozgrzewasz myśli uśmiechem
lipcowym miodem smakują usta

i
wciąż mi mało ciebie

14.10.05r.


bliski związek

wczoraj tu byłeś
zawężając przestrzeń
do kolan

schowaliśmy we wnętrzu
pulsujące teraz
ustami liczyłeś kręgi

biodra podpisały pakt
o nieagresji
zacieśniając tanecznie więzi

języki zawierały porozumienie
ucztując bezwstydnie
poncz lał się strumieniami

16.10.05r.


oddzielnie

gdy wędrowałeś pośród skał
wybrałam podróż w głąb
odwiedzając wczorajszy dzień

znów płonęło ognisko
mrok gęstniał po kątach
oplatała nogi muzyka

otulając usta
schowałeś okulary
sącząc krople czułości

niespiesznie sunęły
rysując łopatki biodra
pocierały naskórkiem

dążyłeś ku symfonii
w uszach
Bolero Ravela

zabolał w oczach pusty pokój

24.10.05r.


odrętwienie

posłuchaj
wiatr łka we mgle
biegnąc przez pole

przybywa sińców
z każdym nagim drzewem
wtulone leżą zmęczone liście

trzeszczą ramiona
pod naporem ociężałego nieba
patrząc w pomarszczone kałuże

coraz wolniej płyną soki
w podróży wspomnień
czy to zima

25.10.05r.


kuszenie

to takie proste
gdy patrzysz roziskrzonym
odsuwając przestrzeń w bok
niech nie przeszkadza

spoza koronkowej bieli
ciekawsko wyglądają
dojrzałe jagody
kusząc rajem

kołyszesz lekko
zachwycony bukietem
ciepłej kobiecości
smakujesz krople wina

zamykając klamrą ust
odczytujesz
szerokość amplitudy
sejsmografem języka

31.10.05r.


przeglądając dni

wczoraj
los wyrzucił nas na plażę
szmaragdziło morze
przecedzając słońce

zmęczeni
siedzieliśmy na ławce
dotykając spod powiek
soczystych ust

na chwilę
zaskoczone odsunęły się
pozostawiając beztroski uśmiech
w płonącym ognisku

dziś
na krzesłach rzęs
rozłożone ciężkie myśli
nerwowo uderzają w policzki

leży
niewykorzystany scenariusz
przekreślony afisz obwieszcza
spektakl odwołano

przyczynę
rozmył płaczliwy deszcz
w zamian surogat
seans wspomnień

12/13/11.05r.


bez słońca

pamiętasz
nasze wagary od dzisiaj
z szumem sosen

piwo z jednej butelki
na szczycie
wewnętrzne ciepło

roześmiany
opowiadałeś o lęku
tuląc się nieznacznie

dziś coraz mniej nas
poszarzało choć niby biel za oknem
monotonnie krążą wskazówki

zaabsorbowany biegasz
gubiąc kolejne dni
cóż ja

czy ma sens przerzucanie kładki
brak punktu zaczepienia
głucho odpowiada nurt

21.11.05r.


zapisane na korze

codziennie te same
kolczyki wisiorek
zawsze to bliżej

spacer starymi uliczkami
w cieniu gotyku

wyregulowana rzeka
mulaste ryby
nie do jedzenia

w kokonie marynarki
pachnące tobą ciepło

wieczór połykający ogień
a może
płonące oczy

specjalność kuchni
pieściła podniebienia

samotność straciła dziewictwo
spływając pragnieniem
w bezwstydne ciała

06.01.06r.


tropy

dzwoni
jak zwykle nie tu
dzwonnica okryta śniegiem

zlodowaciałe chodniki
skrzą się śmiechem

schowałam w kieszeń
tę o zapachu
wczorajszego dnia

pamiętasz
zatonęłam bez pamięci

gdy wsunąłeś dłonie
zaokrąglając pośladki
rój plejad jaśniał

sierpień
nie myślał o zimie

07.01.06r.


odpowiednie zaznaczyć

rzucić grochem w ścianę
to lepsze
słychać dwie odpowiedzi

wczoraj wymienialiśmy myśli
chyba żyjesz
pływając w swoim żywiole

wysyłam latawce
jest dobrze
żaden nie wrócił z adnotacją

adresat nieznany
wyprowadził się
zmarł

10.01.06r.


ukojenie

obejmij kryjąc
widzisz już nie drżę
tak niewiele trzeba

wpłynąłeś uchem
no nie śmiej się
łaskocząc cebulki

szlaban na smutki
dla ciebie prawie wszystko
muszę zostawić furtkę

a jeśli zgaśnie słońce
wiem jeszcze nie dzisiaj
boję się mroku

przygarnij bliżej
daj spokój niech świecą
zamkniesz przestrzeń

25.01.06r.


liczę na ciebie

wejdź mimo zamkniętych
czekam przesypując
krzemowe drobiny

wytężony
wyłowi kroki

daj nim opowiesz o wczoraj
poznać siłę ramion
władzę ust smakujących ambrozję

odległość
potęguje czucie

wtul się słuchając
przyspieszonego rytmu
to nie trzęsienie ziemi

spójrz
kot się uśmiecha

29.01.06r.


mówią o nich zwierciadła

twoje oczy kameleonią
gdy pochylona rysuję obwódki
nadając kształt

błyskają łobuzersko spoza
widząc koronkowych więźniów
usiłujących się wymknąć

pulsują świetliście
gdy zamknięty między
skubiesz jagody

by w następnej
zmieniając punkt patrzenia
rozproszyć mgławicę nade mną

24.02.06r.


nocny koncert

pamiętasz płonące wydmy
w ciszy wieczoru
słuchały naszych szeptów

otulając wzrokiem
ustami bawiłeś się w mrówkę
pracowicie wędrując zakamarkami

wiatr leniwie kołysał falami
usypiając mewy
by nie płoszyły naszych dłoni

przygasły zawstydzone gwiazdy
gdy poznawaliśmy smak życia
i tylko świerszcze niestrudzenie grały

28.02.06r.


niepogodzona

przesypuję kwarcowe ziarenka
szukając śladów
stóp dłoni pleców

odwrócony cień
krąży z żurawiami
czasem zerkając przez ramię

rzuca linkę wspomnień
lipcowego popołudnia
w słonecznych piegach

sierpniowej nocy
stłumionego krzyku
wspartego na sośnie

łamię dziesięć
wykradając chwile
z pełną świadomością

04.03.06r.


ciepła migawka

letnim wiatrem sfrunęły
ożywiając rytm
przymknęłam powieki

karmił nas owocami
wspólną łyżeczką wieczór
odpływałam z falą

zagubione między oczami
a świecą
wirowały nocne baletnice

a śmiech dzwonił
pośród konarów
budząc puszczyki

24.03.06r.


tak niewiele

powiedziałeś spójrz świeci słońce
deszcz obmywał szyby
grając werblami na liściach

zakłócenia na linii
rozbijały falochron
kruchej wiary

niepokój pnąc się ku zenitowi
po szczeblach ciszy
szklił spojrzenie

szept przecież jestem
rozdzwonił skowronkami błękit
pulsując żywo w żyłach

31.03.06r.


jeśli wiem

znasz mnie miły
niewiedza oberwaniem chmury
zmywa sen z powiek

rwącym potokiem
pogłębia koleiny zmarszczek
apatycznie nawlekając minuty

wiem czasem czerwony semafor
blokuje pragnienia
bez pytania przestawiając zwrotnice

tak jestem szalona
ale wciąż mam siłę perswazji
znając punkt odniesienia

pędzlem nostalgii
pokryję blejtram dnia
puszczając słoneczne zające na wiatr

przywołam nocnych świadków
niech w szumie muszli
odnajdą letnią historię

10.04.06r.


ulubiony rytuał

uwielbiasz głaskać drżące guziczki
pozwalając by wysunęły się z dziurek
odsłaniając delikatne ciało

jakby od niechcenia liczysz kręgi
wędrując ustami od nasady
szeptem burząc spokój krwi

gotowy przeciągasz w nieskończoność
by narastająca amplituda
bezwiednie zacisnęła kleszcze

uderzeniem dźwięku
przerywając hymen ciszy
wzbiła się mimo zamkniętych okien

by miękko spaść w ramiona
tuląc się rozedrgana
zawstydzić wskazówki

11.04.06r.


tworzenie

przebiegłam wzrokiem po literach
pamiętam jestem
zajaśniały cekiny na granacie

zawirował tanecznie księżyc
rzucając odblask słońca
zaszmaragdziły tęczówki

gdzieś od środka
rozlał się kielich ciepła
zaszumiało w głowie

jak wtedy gdy pochylony
całym sobą
kształtowałeś rzeczywistość

16.04.06r.


w ramionach eos

a gdy ranek zawitał
wzniosłeś mnie
pozwalając opleść talię

przenikałeś ciepłem
każdą stęsknioną komórkę
karmiąc dotykiem

cicho szemrał strumień słów
niosąc spokój i ukojenie
kąciki ust wędrowały ku górze

niekłamany zachwyt w źrenicach
żarliwa wilgotność języka
brały w czuły jasyr

bezwstydem kwitłam
na obrusie prześcieradła
spełniając wielokroć ofiarę

22.04.06r.


koniec lata

porwałeś mnie z boreaszem
między kroplami deszczu
marzenia uderzały o skrzydła

tęczowo trzepocząc w oczach
ubarwiały codzienność
skracając czekanie

pękła łódka ramion
przecież nie potrafię pływać
płakały kolorowe liście

22.04.06r.


pierwszego misia dostała zamiast mając trzy lata

jakby nie mówić kilometry zawsze dzielą
skuteczniej niż najbliższa ściana
tu zawsze próg który wystarczy przełamać
wkładając w dłonie wachlarz wspólnych lat
gdyby diament był bez skazy

gdyby

jakże inaczej smakuje obiad podany na cztery ręce
zwykła kolacja gdy w źrenicach rośnie głód dotyku
poranek kiedy tak trudno rozstać się z ramionami
a jednak
pewność dnia daje siły by iść pokonując troski

pustka

przelewają się słowa posmutniałymi tęczówkami
bezbożnie przesuwane paciorki chwil nie sycą
choć to nie ciało płonie a w ustach ten sam smak
za plecami pragnienie tamtego lata kwitnących marzeń
pełna sprzeczności rada zdejmij ze mnie oczy

pluszowy psiak tuli do snu

22/23.04.06r.


w zaczarowanym ogrodzie

jesteś falą
łagodnie obmywającą stopy
przemykasz między palcami

pnąc się łukiem łydki
muśnięciami ust
zapisujesz zmianę pogody

odgadując pragnienia
zrywasz pieczęcie
w dolinie łona

by w zachwycie odkryć
maleńką perłę
w koronie płatków

29.04.06r.


zdarta płyta

tyle razy powtarzam
kobieto nie można mieć wszystkiego
masz zdrowie bo przecież nie liczą się te drobne
dom co prawda pustkami świecą pokoje
ale kiedyś każde miało swój
dzieci mówią że udane
bez nałogów trzymające się litery
zaraz chciałabyś się chwalić
przecież sobie radzą choć to życie je uczyło

masz swoją tajemnicę
sięgając zakazanego owocu poznajesz smak nieba
i piekło niespełnionych pragnień
a przecież wystarczyłoby żyć z dnia na dzień
ciesząc się chwilą odurzać zapachem akacji i brać
mogłabyś wreszcie uwierzyć
czepek
a pal go licho nie każdy się w nim rodzi

21.05.06r.


ciepły powiew

razem z twoim głosem
puka do okien
zapalając gwiazdy w dzień

rozśpiewuje liście
jak na pszczelich łapkach
znosząc akacjowy nektar

wiatrem między włosy
skrą w źrenicach
witaj maleńka

24.05.06r.


powrót do krainy cieni

odciąłeś pępowinę dłoni
zabierając pewność siebie
zgubiłam drogę

coraz wolniej płynie
zmrożona brakiem czułości
zapadam

w bezsenną noc płoną tęczówki
martwe o poranku
poznaczone wokół bruzdami

unieruchomiona bolesną siecią
wysysana bezuczuciem
nie czekam jutra

24/25.06.06r.


patrząc na widnokrąg

pamiętam usta
kiedy szeptałeś wtulony
budzące dreszcz na karku

monotonny zda się ruch rąk
morską falą wędrujących
plażą pleców

słodka bryza
zmieszana z krwią
niosła ciebie w każdy atom

otwarte językiem tamy
spływały mgłą na źrenice
unosząc zerwane latawce

jeszcze raz może ostatni
zawirowało garncarskie koło
gdy dłonie tworzyły wenus

12.07.06r.


odległy zachód

nie chodzę nad odrę
brak marynarki
przenika chłodem

samotnie kąpie się słońce
spływając krwią
odbija obce twarze

pamiętasz

w półmroku kamieniczek
wiatr czytał nam z ust
kradnąc słowa

na szczęście
trzymałeś koniczynę dłoni
zapalając gwiazdy

nocą splotły się cienie

17.07.06r.


mokre czułości

a gdyby tak
rozwiesić krople deszczu
na pajęczynie słów

rozkołysane oddechem
dzwoniąc cichutko
siadałyby pieszczotą na ustach

spływały na język
kusząc twoim smakiem
zapamiętanym z wczoraj

a gdyby tak
wpleść między nitki
by przylegały ciasno jak dłonie

gdy suną powoli
z ciekawością odkrywcy
budząc z uśpienia

dreszczem co ciepło
rozpływa się po końce
słyszysz trzepot piór

05.08.06r.


wygasłe ogniska

chciałam jutro
tak właściwie
po cichu marzyłam

czułam już twój wzrok
jak sunie płomienny
pełen zachwytu

słyszałam ciepły tembr
snujący opowieści
w oczekiwaniu

jeszcze jemioła w mroku
rozgrzeszająca z pocałunków
gdy w kieszonce ukryte okulary

jutro
ty masz spotkanie
i troski całego świata

ja samotnie wtaczając głaz
kolejny raz upadnę
nie pomoże Cyrenejczyk

06.09.06r.


z pamiętnika zapisanego na skórze

wciąż zdziwiona
patrzę w puste dłonie
prostując zaciśnięte palce

niecierpliwy język
wędrując spierzchniętymi
szuka czułego partnera

pamiętając jak w tańcu spleciony
przekraczał zakazy
a gorączka trawiła wnętrze

zimne uda tuląc się do siebie
drżą na myśl
o ustach łamiących pieczęcie

gdy odrzucony płonął wstyd
a my zapominając o życiu
utrwalaliśmy wywołane fantazje

10.09.06r.


spójrz tęcza kąpie się w kałuży

dziś jest chyba odpowiedni dzień
pobiegnę za białym królikiem
zapominając o szarudze

w gościnie u kapelusznika
będziemy rzucać spojrzeniami
wymowniejszymi niż słowa

wszystkie okoliczne koty
zamruczajac godziny
będą się śmiały nie niknąc

a my będziemy tańczyć z flamingami
pośród złotego deszczu
kołysząc drzewami ścianami niebem

zauroczona zima przysiądzie na zapiecku
zapominając zmrozić nam serca
dziećmi za dłonie pobiegniemy ku bramie

24.09.06r.


moja katarynka

wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
tańczy w palenisku

w mroku szmer muzyki
rozprasza smutki
pod jemiołą sięgają ust usta

niepotrzebne dłoniom słowa
dotyk przekazuje najskrytsze
drewniane bale bronią chwili

wciąż wracam
gdzie ognisty szaman
ciepłą magią daje nam siebie

29.09.06r.


w jasyrze

wtulona w myślach
nasłuchuję szeptu dłoni
pogrążonych w rozmowie

przenikające ciepło
z wnętrza do wnętrza
zapala roześmiane iskry

troski spływając cieniem
nikną pod klepkami
zapominając języka

wiedzą liczysz się ty
i chwila spięta klamrą
czułych ramion

więc nie bądź zdziwiony
gdy lawirując między godzinami
otworzę kolejne drzwi

by zakwitnąć wspomnieniem
lśniącej perły
uwięzionej w muszli ust

02.11.06r.


w zasięgu ust

splatając rozgwiazdy dłoni
zmniejszamy odległość
otwierając drogę ku głębinie

pachniesz gorącym latem
i dymem z paleniska

zawirowała karuzela
rozświetlając półmrok
za horyzont odpływają chmury
unosząc zbędne bagaże

wstydliwie okna zachodzą mgłą
widząc dokąd sięga nie tylko wzrok

ty kolejny raz zrywasz pęta
pozwalając by mięśnie zwarły szyki
nim drzewa każą odejść w noc

10.11.06r.


antykwariat

wciąż na segmencie
stoi świeca z różą
w celofanowej sukience

chiński smok z Krakowa
nasłuchuje nocami kroków
ziejąc wspomnieniami

niekiedy
spomiędzy książek
wysunie się folder
oprowadzając po królestwie soli

zapomniany bilet
błyśnie łuską czarnego pstrąga
zawilgacając powieki

czasami
otwierasz drzwi
wnosząc górski powiew
i roztańczone płomienie

08.12.06r.


gdy w pokoju wyrasta puszcza

przesuwasz dłonią
lekkim łukiem
zgłębiając linię podziału

wilgotne ciepło
deszczowego lasu
rozkwita orchideą

rozgarniając językiem
wzbierające fale
sprowadzasz w niebyt

09.12.06r.


to nieprawda że jestem cierpliwa a jednak

ukryta na dnie kieszeni
wśród kurzu spinaczy
okruchów codzienności

czekam

czasem zabłądzisz dłonią
ścierając patynę zapomnienia
przytulisz do ust w zapamiętaniu

wiem

bezprawnie wykradam chwile
w stukocie kół próbując dogonić
mgłę nabrzmiałą dotykiem

dlaczego

przestałam już pytać
może kiedyś banalnie spleciemy
obiad na cztery ręce

31.12.06r.


szeptem
jeśli pozwolisz
zaplotę wianek na głowie
zbliżając czarę do ust

delikatnie wznosząc toast
w rozpalonym tyglu
ogrzejesz twarz

wsłuchany w narastający szmer
będziesz sączył
smakując językiem każdą kroplę

aż przemówię
rzucając nieznane zaklęcia
w zderzeniu z nieboskłonem

28.01.07r.


witraże

rozplatam pieszczotliwie
przymykając by dalej sięgnąć
otulona w ciepły aromat

nie to nie herbata
rozkołysana zerkała ciekawie
mimo panującego półmroku

nadstawiając uszka
nasłuchiwała nierównych oddechów
osiadających mgłą na szybach

roztańczona na skrzydłach wiatraków
złocista smuga kąpała się w kroplach rosy
gdy zapach lip wpadał oknami

i kiedy pochlapane barwnie liście
szemrały łagodnie na ścieżce
płomienne języki czekały pod jemiołą

04.02.07r.


smakosz

jak każdy esteta
zachwycony pięknem
przymykasz by ukryć błysk

gasną przy nim
wystudiowane w tysiącach kadrów
przysłonięte papierosowym dymem

fantazja podsuwa pomysły
gdy coraz szybciej krąży
a niespodzianka cieszy

kusząco odchylając
ukazuje ukryte skarby
smaki egzotyczne

zbliżając usta wyłuskiwałeś
soczyste groszki
ukryte w załamaniach

żaden obraz
nie odda ezoterycznego piękna
oplecionego czułością

rozkoszowałeś się
aż rozkołysane dzwony
uderzyły w lament

05.02.07r.


gdyby nawet

to jest nasza historia
zapisana w obłokach
kluczem żurawi

puchatym dmuchawcem
porwanym w letni dzień
gdy srebrną łuską lśniła rzeka

wiesz

tak będzie
choćby wichura zerwała liście
zostawiając nagie konary

i wszystkie tory
pognały za uciekającymi drzewami
zacumujemy wschodzącym słonecznikiem

11.02.07r.


pomimo

to nie noc kupały rozpaliła ognie
biorąc w objęcia spał Amor Walentego
na ścieżce skakały słoneczne piegi

pełnią lata szeptały liście
wpatrzone w ruchy warg
obok młodość pokazywała nogi

umknęła gdzieś szarość
wśród barwnej wstęgi
oplatającej nasze dni

i choć jesień
strąciła z rzęs krople dżdżu
a zima niestrudzenie maluje włosy

to wciąż pod nami
delikatnie ugina się dywan mchu
a księżyc uparcie przerzuca kładki

14.02.07r.


ucząc się od nowa

gejzerem noc
w pajęczym oplocie oddechów
za mglistym parawanem szyby

chrzęściły pod nogami słowa
rzucone kiedyś
zapomniały odlecieć

milczały zajęte usta
odrywając przyziemne stopy
błękitniał sufit

piórkiem języka
wymazywałeś stęchłe litery
ukazując piękno abecadła

pomarszczone falą przypływów
w raczkującym świcie
bielało prześcieradło

18.02.07r.


u brzegów

szept wtulał w ramiona
błądząc klawiaturą żeber
budziłeś z uśpienia

przyspieszony oddech
jednoczył
niecierpliwością drżała cisza

ściągnąłeś wodze
językiem wzburzając fale
w oczekiwaniu mostu zwodzonego

wspierając silną dłonią
zacumowałeś usta
przetrzymując sztorm

18.03.07r.


wagary

rozpłakała się zima
gdy rozespanym porankiem
patrzyłam na mijane smutne pola

czekałeś a dzień nabierał kształtów
w uśmiechu gubiąc troski

ciężarne kiściami śniegu
kłaniały się drzewa

i chociaż nie było jemioły
zauroczeni ognistym rytuałem
w półmroku syciliśmy usta

niecierpliwość pragnęła więcej
nie dając się omamić spokojem
bezwstydnie sięgała głębi

pieszczotliwym ruchem dłoni
kończył się dzień

z miarowym stukotem kół
niknęłam gdzieś w mroku
coraz dalsza coraz bliższa codzienności

26.03.07r.


spójrz wciąż tli się płomień

jeszcze dzień dwa
odejdą mroczne zmory
z nurtem popłynie myśl
niosąc świętojańskie wianki

smukłe wiśnie w weselnym orszaku
roztańczą przydrożne sady
i nawet chmury stracą grozę
wynosząc ku zaśnieżonym szczytom

a ty

szybując z ptakami
zapomnisz o goryczy soli
pomimo bielejących pasemek
odnajdziesz ciszę

by czułością chwili rozkołysany
wzbić się sokołem
i spaść wiosennym deszczem
w zamierającym krzyku

17.04.07r.


w ostatnim rzędzie

gdzieś w tle kinematograf
i cichy śmiech
wśród pustych krzeseł

treść przepływała obok
w sznurze napisów

nieprzyzwoicie zachłanni
jak para nastolatków
sprawdzali intensywność doznań

oddawany hołd
wzbudzał spazmatyczne fale

na co dzień
przerzucają kartki wspomnień
staromodni tkacze chwil

02.05.07r.


zapomniany zakątek

wiesz to dziwne ale wciąż istnieje
rozpachniona łąka gdzie gwiazdy
schodzą na ziemię z dala od świateł
w koniczynie miodnej

cykady strojąc skrzypce
dają księżycowy koncert do wtóru
wędrują po wodzie głosy

tam wciąż tak samo
mgła wstaje nad ranem
otulając drzewa

strwożone sarny
nieśmiało wyglądają z lasu
dziki szukają kartofliska
a wspomnienia chodzą parami

03.05.07r.


niedosyt

o ileż prościej
sprawdzić dotykiem
wtapiając się w ciepło

Rubikon niepotrzebny
Statua Wolności
stoi gdzieś na nabrzeżu

nie są konieczne pytania
gdy czuć mimowolny ruch
w drodze pomiędzy pokojami

i nawet ściany tańczą
nie zważając na porę dnia nocy
a dywan wdzięczy się pod stopami

przymykam więc powieki
widząc dokładnie
pod pułapem wciąż czeka jemioła

06.05.07r.


żywioł

kiedy mówisz pragnę
zrywa się wiatr
rozniecając ogień

tańczą rozpuszczone włosy
leciutkie mrowienie
wędruje od opuszków

kiedy mówisz
pękają tamy rwący nurt
porywa niosąc zapomnienie

topnieję spływając w szept
w ciasnym oplocie
zaciszna przystań

12.05.07r.


przed burzą

wiesz
jak wczoraj szłam twoimi śladami
śpiewały ptaki a ona płynęła leniwie
tak samo pachniała czeremcha
w dali szczekały psy

księżycowy bulwar cóż za banał
rozbrzmiewał rozmowami
tylko moje kroki chwytały pustką
zaciskając pętlę
zanosiło się na deszcz

20.05.07r.


list

nie powinnam wyjeżdżać
ciągnie się za mną
przysłaniając słońce

mówiłeś żebym odpoczęła
zostawiając u podnóża
skąpaną w rześkim powietrzu

a ja

ściągnęłam burzę
by nikt nie widział śladów na twarzy
gdy tropiłam twoje stopy

znalazłam miejsce
gdzie dają placek po węgiersku

dziś wyrzuciłam loda
był zupełnie bez smaku

ptaki wdzierają się każdym świtem
wyrywając z ramion
przecież nie jesteś imaginacją
więc dlaczego

21.05.07r.


okruchy

widziałeś
kwitną głogi
a góry barwią się zielono
rosnąć ku błękitowi

wczoraj była burza
potoki obmywały stopy
drżały trącane płatki

czułam twój smak dotyk
dłoń przez cienką siateczkę
gdy sprawdzałeś wewnętrzną stronę

widziałam topniejesz
nie rozluźniając splotu
zapominaliśmy pustkę dni

22.05.07r.


podróż

lubię gdy palce jak leniwe węże
suną smakując dotyk
a drzewa i znaki na poboczu

kolana jak to kolana
wychylają się kusząco
budząc ciekawość co dalej
koronka a może nic

słoneczne zajączki słów
rozjaśniają
co tylko chcesz
a ręce
mocno wsparte na kierownicy
powstrzymują drżenie

powiedziałeś z tobą
nawet się milczy cudownie
a ja krzykiem tnę ciszę
rozsypując włosy topnieję w dłoniach

29.05.07r.


senne miraże

jadę a w myślach
do ciebie
pod powiekami ogień

jadę migają znaki drzewa
wiruję piórkiem w ramionach
czując przenikające drżenie

jadę spłakane okna
rozmazują krajobraz
pusta dłoń na torebce

09.06.07r.


smuga światła

każdą wspólną chwilę
zapisuję na tysiące sposobów
pamiętając

początkowe nienasycenie
gdy bez słów gwałtowną burzą
nieśliśmy ukojenie tęsknocie

odradzającą się łagodną czułość
kiedy wciąż spragnieni bliskości
wędrowaliśmy piórem dłoni
a pokój tonął we mgle

szmer strumienia
opowiadającego o dniach bez
wiatrakach odbierających jasność

i rozświetlający twarz oczy
uśmiech co jak latarnia
pozwala ominąć mielizny

10.06.07r.


wysnuta nitka

pamiętasz
lśniła błękitem tafla
marszcząc leciutko lico

wiatr zaplątany w szuwarach
słuchał ciszy dzwoniącej ptasim trelem

ukryci w ciasnej przestrzeni
kołysaliśmy ramiona współgrając
w poszukiwaniach
obłoki schodziły do stóp

smakując esencję dnia
tonęliśmy we mgle

nie dostrzegając zieleni traw
ukrytego za zakrętem jutra
na rzęsach podawaliśmy uśmiechy

12.06.07r.


zielonymi zakolami

myśli ciężkie od niewylanych
wiem nie dla mnie ciepła dłoń
budząca rozespaną skórę

a chciałabym kołysać twój sen
wślizgnąć się pomiędzy zabiegane
czułym szeptem przywołać uśmiech
niecierpliwy dreszcz

miała być burza i deszcz dotyków
spływający nabrzmiałymi gronami
ku wilgotnej pradolinie
gdzie współgrają żywioły

płynę meandrami wspomnień
gdy przylegając połówkami muszli
tworzyliśmy najpiękniejsze perły

15.06.07r.


płynąc

myślałam
choć jestem raczej mała
osłonię parawanem czułości
wygładzając czoło późnym wieczorem
gdy do burzy coraz bliżej

zanim wróble przepłuczą gardła
wtulona w twój sen
będę czekała z zamkniętymi
na zmianę rytmu

potem
śniadanie roześmiany dzień
płatki myśli wirujące wokół dłoni
niecierpliwie przekraczających granice

a kiedy delikatnie rozchylisz
perłowe łzy przytrzymując w ustach
rozkołysany odpłynie sufit
i w każdej chwili będę prezentem

17.06.07r.


szamanka

z nurtem twojego głosu
płyną wspomnienia
wypełniając drżeniem

smak truskawki
podawanej z ust do ust
kapiącej czerwienią tylko po to
by kusić zwinne języki

monotonne skrzydła wiatraka
krojącego nabrzmiałe
gdy pieszczotliwą dłonią
w opadającej kaskadzie
szukałeś pulsowania

migotliwy płomień
wydobywający z mroku
oślepione pragnieniem ciało

osiadam na mieliźnie
wyszeptując zaklęcia
a jednak deszczu nie będzie

23.06.07r.


może kiedyś

skąpałam spojrzenie
w odcieniach błękitu
gdy wiatr stada przeganiał

od ciemnego granatu
na granicy burzy
wędrowałam gdzie wstęga
rozciągnięta wielobarwnie

zielonymi meandrami wspomnień
ku dolinom łagodności
w ramionach zamkniętych

na biegunach kolan
spływały miedziane fale
rozpalając bursztynowe błyski
gdy płakały ciała

skąpałam spojrzenie
w odcieniach błękitu
czekając

23.06.07r.


namiastka

nie wymawiasz wielkich słów
bojąc się wiatru nasłuchujących ścian
jesteś mniej niż byśmy chcieli

porywani tornadem
czekamy ciszy oka
by delektować się bliskością

czasami niecierpliwie wykradamy
zamknięci poza czasoprzestrzenią
w zagłębieniu ramion

jesteśmy mniej niż byśmy chcieli
oddzieleni asfaltową plątaniną
czułością fal tulimy się do snu

04.07.2007r.


w dłoniach

byłam kruchą porcelaną
gdy powolnym ruchem
odwijał delikatnie z materii

sprawdzając ostrożnie
stromiznę wzniesień pochylał się
to odsuwał z zachwytem

pragnąc obudzić rzeki
piórkiem języka
wodził na pokuszenie

i kiedy połączone
rwały z siłą wodospadu
jak winną czarę podnosił do ust

04.07.2007r.


bez wielkich słów

jesteś pierwszą myślą
nim Eos zapuka do okien
a wiatr obudzi trawy

zabłąkana w gąszczu spraw
przesiewam kolejną wydmę
unoszona zefirem wspomnień
w zaczarowany ogród

kolejny dzień do snu
układa się pod drzewami
wśród korzeni szukając azylu
wtula głowę w poduszkę z mchu

i kiedy srebrnowłosa luna
wyczesuje gwiazdy
jesteś myślą ostatnią

08.07.2007r.


w towarzystwie luny

pod zamkniętą powieką
ciepłe kobierce
lśnią wspomnieniami

mimochodem wędrująca dłoń
pełna sprzeczności
zadziwia delikatnością

głos nazywają zdecydowanym
miękkim brzmieniem
przepływa pieszczotliwie

uciekające kilometry
nic nie znaczą
gdy z czułością zanurzam palce

patrząc na ślady codzienności
tu srebrem tam zmęczonym cieniem
kładące się na twarzy

pod zamkniętą powieką
zaskoczony czas stulił wskazówki
poznając moc tchnienia na skórze

19.07.07r.


rytuał

chcesz być kartografem
by piórkiem języka
rozrysować łagodność wzniesień

każdą dolinę szemrzącą
niewidocznym potokiem
mierzysz w szerz i wzdłuż

sejsmografem opuszków
obserwujesz nasilające się wstrząsy
wyszukując epicentrum

schodząc w mroczną jaskinię
pragniesz dotrzeć do jądra
jak do rogu obfitości

aby raz kolejny
na ofiarnym ołtarzu
odchodzić od zmysłów

22.07.07r.


bez skrępowania

ubiorę zwiewne mgły
w oczekiwaniu że przyjdziesz
niosąc ciepło dłoni

będę tulić się kusząco
budząc z letargu zmysły
aż niecierpliwie pochylisz twarz
by za tiulową zasłoną
odszukać pociemniałe grona
pulsującą życiem dolinę

rudozłotym jedwabiem
pogłaskam wnętrze ud
nasłuchując jak wciągasz powietrze

ubiorę zwiewne mgły
wiedząc
gdy przyjdziesz
na garncarskim kole
uformujemy fantazje

28.07.07r.


epizod

czy pamiętasz tę noc
och oczywiście że nie w Zakopanym
przecież to życie nie piosenka

za oknami
latarnie grały w dwa ognie
a samochody burzyły nastrój

po ścianie pływały żaglowce
nie to nie był Monet
widziałam jak maszt zaczepiał chmury

potem jakaś mgła siadła na źrenicy
słyszałam szept strumienia słów
wyostrzający zmysły

i kiedy zmęczony głaskałeś rozsypane
tak łatwo było wspiąć się ponad
zmieniając punkt widzenia podparcia

czy pamiętasz spokojny oddech
i oburzone nogi
a przecież nie chciałeś bym zmarzła

31.07.07r.


najważniejsze

nie wiem ile kosztował
luksus w krzywym zwierciadle
ale byłeś i wszystko tonęło we mgle

nieważny zaśniedziały pet
kożuch kurzu czy smutne ściany
gdy zaskoczony rozchichotałeś noc

bez pośpiechu pomimo zmęczenia
płonęliśmy w każdym geście
odnajdując ślad codziennej tęsknoty

i kiedy spuszczone ze smyczy fantazje
feerią zmysłów przegoniły smutki
snem przeplataliśmy czułości

01.08.07r.


trójskrzydła makatka

obraz czułością przesączony
nieprzystający do realiów
oschłej królowej
codzienności

na parapecie szaropióry wróbel
zagląda przez szybę
na nagi spleciony warkocz

wie jest bezpieczny
choć ruch wzburzył pościel
a fale przepłynęły falochrony

na rozsłonecznionej ścianie
tańczy świetlisty zajączek
obserwując kadr po kadrze

nikt nie zasłania okien
bezwstydne dłonie
rzeźbią w powietrzu kształty

na stole
parują talerze
czekając na swoją kolej
w zaspokajaniu

srebrzysta agrafa spina granat
zerkając na niedzisiejszą scenę
w nikłym blasku płomieni

pochylony nad źródłem dąb
tysiącem opuszkoliści
muska atłasową taflę

niczym kamerton
dostraja
tworząc symfonię

szaleństwa z delikatnością

03.08.07r.


nadmorskie pejzaże

uwielbiam kiedy skręcone runo
łaskocze twarz z każdym oddechem
kołysze słodki zapach
dzień śmieje się w lustrze szyby

smakujesz jak
lody i poziomki skąpane w słońcu
albo Martini Asti spijane z naparstka
ukrytego w pulsującej dolinie

rozlewasz się łagodną falą przypływu
biorącego w posiadanie plażę
po horyzont kapiący pomarańczą
odpływ przynosi tęsknotę

13.08.07r.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Amandalea » powroty


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo