POSTscriptum Strona Główna  
  POSTscriptum
FAQ  FAQ   Szukaj  Szukaj   Użytkownicy  Użytkownicy   Grupy  Grupy
 
Rejestracja  ::  Zaloguj Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości
 

Odpowiedz do tematu POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Amandalea » powroty c.d.
powroty c.d.
Autor Wiadomość
amandalea 
Lidia Kowalczyk


Wiek: 64
Dołączyła: 17 Paź 2007
Posty: 21336
Wysłany: 2009-01-18, 18:22   powroty c.d.

dziś

gdy pokonana odległość
skomli pod stopami
zakwitają słoneczniki van Gogha

płonie rudozłoty ogród
i kiedy jedwabiste pasma
osiadają pieszczotą
na zważając na ośnieżony pejzaż
drżenie pobudza do działania

w zapomnienie odchodzi zmęczenie
choć to nie schody w Auvers
wspinamy się z zachłanną radością
siewca nie czeka zachodu

25.08.07r.


w atolu

zza twoich ramion
słońce maluje esy floresy
a deszcz wygrywa walczyka

i wiesz
śnieg nabiera ciepła
gdy rozgwiazdy dłoni
wyłuskują muszelkę ucha

skrzący nurt słów
w ukryte wplata się myśli
by bliskość była bliższa
gdy słychać miarowy rytm
oddech szybuje swobodnie

jak chomik
zbieram miniatury chwil

26.08.07r.


korelacja

rozczulają przeplatane srebrem
opadające niesfornie
na przygasły bursztyn
kuszą

i gdy zanurzam
ustami pieszcząc płatek
ukrywasz pod powiekami
roztańczone iskry
nie broniąc marzeniom
złagodzić napięte rysy

czekamy
pozwalając opaść
by z łagodnością bryzy
przeniknąć pod powierzchnię
wilgocią znacząc ślady czułości

29.08.07r.


tak niedawno

tamto lato pachniało lipą
słońce tańczyło na liściach
a podkasane sukienki
kusząco odkrywały krągłości

w parkowej alejce ławka
zapraszała by usiąść

opowiadałeś o ptakach
dumnych szaropiórych
nadając imiona chmurom
gdy maleńkie pazurki
chrobotały po pniu

ciepły pomost
łączył osamotnione brzegi
potem szarlotka na gorąco
nieśmiały dotyk
szukający zrozumienia

monotonny szum wiatraka
nie mącił pulsującej ciszy
kiedy opadło co zbędne
zgłębialiśmy tajniki kartografii
wywołując z zapomnienia
smak czułości

01.09.07r.


mieszane uczucia

niewinnym dotykiem
wywołujesz burzę
perła spływa łzą

czekam
w gęstniejącej aurze
powietrze ożywa czułością
płoną coraz intensywniej
nim mgła parawanem
oddzieli od pokoju

i kiedy dryfujemy
zanurzeni w łupinkach ramion
a okna nabierają ostrości
ukrywamy nadzieję
wciąż ucząc się rozstań

powracający śmiech
nieudolnie przykrywa że już
nadrabiamy pewnością
jeszcze nie raz

16.09.07r.


zaglądając w tremo

ostatnie promienie odchodzącego
ozłacały pochylone głowy
w zakolu ciszy

łagodniały rzeźbione wiatrem
wokół oczu ust
bruzdy
gdy rozsiadał się uśmiech
zapatrzeni w migocące płomyki
w niepamięć odsuwaliśmy kaniony

byliśmy tak blisko
przemytnicy czułych chwil
w aureoli obłoków

19.09.07r.


szeptanka

uśnij już proszę
wtulony w ciepło
wspomnienia grzeją
roztańczonym płomieniem

po wnętrzu rozlewa się grzaniec
pod pułapem jemioły bukiet
daje odpust rozszeptanym ustom

śpij
kołysany łagodnym ruchem
pulsującego łona gdy dłoń
łagodnością sunie
rozczulona śladami czasu na twarzy

muzyka szczytów w zaklętej izbie
opływa palenisko i przytulone cienie
rozniecając wiarę w jutro

zaśnij najmilszy
poddając się głaskaniu dobrotliwych słów
na granicy banału i czułości

27.09.07r.


nie wytoczyłam cię na garncarskim kole

jesteś tęsknotą godzin
gdy myśli kiełkują uparcie
obrazując jedyną

była magicznym spełnieniem
zapełniającym krzykliwą pustkę
samotność w gronie

delikatny dotyk
zacierał wczorajsze ślady
rozgrzewając wieczorny chłód

lunatycznym krokiem
wędruję krawędzią dachu
za twoim ciepłem

05.10.07r.


z daleka

gdzieś tam układasz pasjans
tasując problemy
szukasz klucza wśród obłoków

w radiu ciepły tembr
wyśpiewuje jesienną melancholię
przy wtórze parapetowych werbli

wspomnienia odwracając uwagę
ogniskują spojrzenie w mrocznej izbie
pośród szumu smreków

wędrują śladami delikatnej dłoni
ust rozgrzeszonych jemiołą
języków ognia

gdzieś tam tęsknota pisze słowa
marzeniami tkając barwne arrasy
alegorię nieznanego jutra

06.10.07r.


witraż

stukot końskich kopyt
wędrował wśród szczytów
od niechcenia rzucane wiśta wio

wiatr i usta we włosach
niesłyszalny szept

ktoś powie ależ to prozaiczne
cóż w tym wielkiego
że dłoń wypełnia ciepłem

obok ugrzecznieni znudzeni rutyną
gdy my wyłapujemy motyle gestów
zapełniając gabloty codzienności

wciąż jednakowo złaknieni
piastujemy senne marzenia

a kiedy nieuchronnie uciekają światła
wracamy z niechęcią
pod powiekami ukrywając pejzaże

11.10.07r.


samotność żagla

mówisz pieszczotliwie tęskniaczku
sam ukrywając między słowami
pełnymi wspomnieniowych słońc

gladiator w amfiteatrze
z dumnie uniesioną głową
nie czekasz wskazania kciukiem

w nielicznych chwilach
oddajesz w dwójnasób
odrzucając uprzedzenia

jesteś bryzą i sztormem
z otwartymi oczyma
przemierzam fale

14.10.07r.


goniąc jaskółki

gdybym mogła chociaż cieniem
gdy pochylony piszesz
wyszukując pośród liter
tych właściwych

lub głaskając puchaty kłębek
obserwować spod przymkniętych
zachwycony uśmiech
kiedy myślisz że nie patrzę

gdybym mogła śpiewem wiatru
na karminie kroplą rosy
aksamitu kaskadą
nie czekając okazji

31.10.07r.


w stronę zieleni

wędruję labiryntem liter
wyszukując właściwych
do kształtu wspomnień

jeszcze wczoraj ukryta
otulona aromatem
smakowałam chwile

przenikające ciepło dotyku
rozpędzało smutne zmęczenie
po odległych kątach

jeszcze wczoraj otwarta
odpowiadałam na każdy gest
nie kryjąc twarzy w rozwianej

wędruję śladami tęczowych lśnień
a one płyną z nurtem
ku słowom co nie są omszałe

03.11.07r.


odkrywanie

mechatek nie był mgiełką
a jednak rozgarniałeś delikatnie
odsłaniając z ostrożnością
zachwycony obrazem

i kiedy przesuwając wzrokiem
wyczułeś pulsowanie
ciekawska dłoń
nadając kształt pragnieniom
przekraczała kolejne rubikony

gdy bezszelestnie opadł
zacieśniłeś horyzont
do tu i teraz

04.11.07r.


po zmroku

jak szalem otulam się słowem
mrużąc w zamyśleniu
zasłuchana w ciepły tembr

gdy wieczorem zwalniasz
pozwalając by wiatr w żaglach
lawirował wśród wspomnień

zabrana na pokład
bezgłośnie powtarzam zaklęcia
wypierając niedowierzanie

mówisz jestem blisko
wiem choć pustostan pościeli
usidla bezdusznie

15.11.07r.


jaskółki słów

powiedziałeś
jeszcze nie raz świat zawiruje
ciepło uśmiechu płynęło z głosem

za oknem hulał jesienny wiatr
świerszcz gdzieś w kominie
grał mu na nosie

a wokół ściany kot śpi na łóżku
w ciemnościach lampka
zamruga okiem

na korytarzu trwa wycieraczka
gdy nasłuchuję
nie to nie twoje

21.11.07r.


w magicznym kręgu

jak czarodziejskim przyciskiem
słowem zapalasz blask uśmiechu
wynajdując tysiące powodów
nie marznę otulona szeptem

zza załomu ramion
rozkwitłe ogrodami szyby
urokliwym parawanem

wspierając się jak o cembrowinę
gaszę spiekotę pustynnych dni
czerpiąc każdym zmysłem
krople czułości

24.11.07r.


rezonans

a kiedy jak barwne liście
wtulały się w podłogę
szepnąłeś roziskrzony

jesteś wykwintnym daniem
nie wolno się spieszyć
by pełnią rozkwitł bukiet

gdzieś między wczoraj a jutrem
zawirowało garncarskie koło
fantazje nabierały kształtu

półgłos co w rozedrganiu
rozbijał kryształ ciszy
wzniósł się symfonią spleciony

29.11.07r.


w dłoniach artysty

jesteś malarzem słów
rzeźbiarzem

na garncarskim wiruję
poddana palcom

co teraz modelujesz
czarę w której zanurzysz usta
czy piękną choć okaleczona Wenus

słuchaj dzieweczko ona nie słucha
czekając że kiedyś
schwytasz w blejtram gwiazdy
tuląc
póki klepsydra
nie zgubi ostatniego okruszka

12.12.07r.


bujając w obłokach

tam na skraju lasu
gdzie dzik niefrasobliwie
poszukuje żołędzi
stoi chatka
nie
nie na kurzej stopce

z dala od zgiełku samotności
tańczę z brzozami chwytając wiatr

tam na skraju lasu
gdzie świt wstaje z ptakami
śmiejesz się radośnie
dotykiem oplatając dobę

horyzont podchodzi do progu
nie kryjąc

tam na skraju lasu
gdzie objąć można marzenia
świąteczna chwila nie czeka świąt
a gwiazdy kołyszą się na trawie

nie marznie
dłoń wtulona w dłoń

27.12.2007r.


za horyzontem

powiedziałeś jestem rozanielony
a fale spływały ku stopom
wilgocią znacząc drżenie

chciałeś pozostać
lecz wiatr wciąż gnał
zabierając obłoki i klucze

tęskny klangor
błądził między ścianami
oplatając pajęczyną palce

więc kiedy wdychałeś bukiety
a wąska strużka zwilżała usta
przez dziurkę podglądaliśmy jutro

11.01.2008r.


jeszcze raz

coraz bliżej zima
przyprószone straciły blask
i tylko one wciąż płoną
ukryte za parawanem

wyszukuję okruchów echa
by jaskółką przecięły szarość

każde słowo trąci banałem
gdy próbuję powiedzieć
więc
paletą barw
rozgrzewam zmarznięte

koniczyną opuszków
wędruję budząc uśpione struny
faluje ciepły tembr
w gorączce chwili

zaciskam mocniej
by nie uronić

w oczekiwaniu na kolejne
ścieżką zmysłów
powracam do zaklętego atolu

20.01.2008r.


na adapterze

i znów
a jednak wciąż mało
sprawdzając jak pamiętasz
rzeźbiłeś powietrze

rosłam
nabierając rumieńców
próbowałam spiąć pięciolinię
by rozdzwoniły się skowronki

szept tańczył z włosami
jakże inaczej
niż kiedy zaciskając gorset
sznurowałeś tęsknotę

i znów
mimo splątanych
korzeni obrośniętych codziennością
hydra straciła głowę

31.01.2008r.


parafrazując wszystkie drogi prowadzą do

trudno wędrować zatłoczonymi
pokasłują nerwowo żółwie
czerwona fala spowalnia
a tam

tam znudzony kot
obmyśla jak udawać obojętność
zimny obiad od wczoraj
patrzy na szron

wiesz
zmęczenie zamyka oczy
kołysane monotonnie
biegną myśli
by ogrzać się w zapamiętanej chwili

ciągnę za sznureczki
nie pozwalając odlecieć
lubię gdy zamykasz horyzont
a zegary odmierzają tu i teraz

08.02.2008r.


zaklinanie

wiesz bujałam dzisiaj w cumulusach
że zbyt naukowo znam trudniejsze
a czy zawsze musi być lirycznie

rozłożone ręce niosły ponad
lotki dłoni wychwytywały zmienne
byłeś rozpościerając zielenie i błękity

szept muskał czule płatki
i kiedy obniżyliśmy
ognisty szaman już tańczył

16.02.2008r.


Orfeusz

bo kiedy przychodzisz
wstają uśpione serca dzwonów
wyrwane z letargu ściany
wirują gubiąc samotność cienia

do lotu zrywa się sufit
odsłaniając błękit blejtramu
pozwala odnaleźć drogę

po drugiej stronie
nie ma zwariowanego zegarmistrza
a czułość nie opuszcza dłoni
zaplecionych na lirze

18.02.2008r.


lipcowa mozaika

pamiętasz pachniały lipy
na pszczelich skrzydłach tańczyło lato
w oplocie chwil szczęśliwych
źródło łez zaschło

zamarły w bezruchu wiatraki
u stóp zielonego morza
zefirek dmuchawcem się bawił
cisza dotykiem porosła

w bukiecie aromatów
zauroczeni czerwienią truskawek
szukaliśmy smaku
czułości ustami podanej

pamiętasz pachniały lipy
i choć minęło tamto lato
ciągle szukamy chwil szczęśliwych
pragnąc by źródło ich nie zaschło

25.02.2008r.


czy to wypada

nie jesteś punktualny
i kiedy czekam gęstnieje mgła
przysłaniając okna ściany
budzi strach

bezwiednie zaciśnięte
odgradzają
luzując mięśnie
odchodzi zając

strumieniem płyną ciepłe słowa
ciemność rozprasza głosu czar
wzrusza niezmiennie pytań troska
wspomnień rozstawiam kram

bezwstydem płonie
kolejna noc
jesteś jak chłopiec
choć oprószona skroń

01.03.2008r.


z deszczową porą

przychodzisz gdy sen nie chce
poza zasięgiem wzroku
nagością rozpalasz
gdzieś w dali gra preludium
nieznana orkiestra
kiedy tu

ciepłą wilgocią znaczysz drogę
ku winnicom słodkich gron
i dalej
łagodnym łukiem poprzez dolinę
z zasupłanym pierwszym krzykiem

w zachwycie gładzisz krągłości
wspinając się to schodząc
drabiną kręgów
szukasz
by przerywać tamy
i pozwolić wybrzmieć echu

na spierzchniętą ziemię
słodko-gorzki spływa deszcz

01.03.2008r.


niezwyczajne krajobrazy

nauczyłam się ciebie na pamięć
wciąż maluję nowe portrety
kilka słów motylich głaśnięć
i jak wtedy
obecnością cieszysz

przecież wiesz
nie lubię pożegnań
przytulenia co zda się ostatnie
więc roztaczam letni pejzaż
gdy z pieszczotą niedosyt gaśnie

zaplecione lubieżnie wskazówki
z talią osy stojąca klepsydra
ledwie ziarnko czasami przepuści
w czułą podróż dzień się wybrał

kwitną lipy
a może czeremcha
kra spłynęła z nurtem do morza
otuleni atłasem szeptań
wędrujemy
po zaklętych ogrodach

08.03.2008r.


pod rękę z

coraz częściej spacerują
zaplatając korony palców
szepczą na wiatr

a mnie nie ciągnie nad odrę
gdzie ramiona były otulone marynarką
płonąca o zachodzie rzeka

stare miasto znów kwitnie
krótkimi spódniczkami

stukot kopyt na bruku
lekceważony przez gołębie
i artyści sprzedający duszę

znów sięgam chusteczki
mam chyba alergię
na dni bez ciebie

12.03.2008r.


jak wiosna

wyciągnąłeś zza pazuchy srebrną lunę
rozświetlając czułym blaskiem
przywołałeś zapomniany uśmiech
rozpaliłeś co wygasłe

nocą kiedy usną światła
wciąż przychodzisz niczym ciepły promień
choć żyjemy na odległych krańcach
wichrom się dajemy ponieść

a na progu przysiadła już jesień
między słowa zaplątany dotyk
wypełniając myśli grzeszne
chęć do życia ostrzy

17.03.2008r.


flamenco

trudno rozmawiać gdy brak odpowiedzi
ale wiesz byłeś dzisiaj
a włosy puszyły się pod ręką

wyłapywałam jak motyle
wtedy na łące
gdy lipa miodnie kusiła pszczoły
uśmiechnięty słuchałeś kosa
a może słów płynących niepewnie
czy zostaną

usta
czuję jak rzeźbią ornamenty
błądząc ciepłą wilgocią
unoszą w amazońską puszczę

wiem powiesz tak się nie da
wspomnienia zawsze różowe
a pomiędzy kamienie i grzęzawisko

ale będziesz
i uciekniemy w zaklęte ostępy
a winorośl dojrzeje w dłoniach

19.03.2008r.


szeptem by nie płoszyć

-o czym śnisz na jawie
-boję się marzyć przygnieciony
próbuję wtoczyć na górę
-jak to tak
-niespełnienie boli rozczarowaniem
żłobi kolejną bruzdę
wiatrem w oczy rzeźbi skałę

-ale przecież
-nie kuś nadzieją
lepiej z dnia na dzień
wyłapywać uśmiechy
tuląc gdy wsłuchana
dotykiem pieczętujesz bliskość

-a ja tęsknię że kiedyś
-cicho maleńka bo usłyszy
spójrz w błękicie laguny
zapisana kronika

21/22.03.2008r.


o krok od przyszłości

to był zwyczajny dzień
w cieple lipcowego popołudnia
szeptały trawy ścieląc się miękko

nieopodal barwny nurt
odsłaniając ramiona nogi
spieszył goniąc minuty

dla nas splecione wskazówki
co pozwalały błądzić ustom
pulsującymi miedzami
w poszukiwaniu cienia

gdzie rozkołysane skowronki
budziły błękit
a tornado odnajdowało ukojenie
w zacisznym atolu

to był zwyczajny dzień
w cieple lipcowego popołudnia
zatopiłam przeszłość

28.03.2008r.


niepotrzebna koperta

chciałam napisać list
o zwyczajnym dniu
z tobą bez ciebie

gdy deszcz płynie potokami
zmywając zmęczenie ulic
budzi źdźbła spod krawężnika
budzik jak zawsze
wyrywa poranek ze snu
wróble krzyczą na siebie

jeszcze rozespane
myśli wędrują naszą galerią
a ono uparcie obok
znaczy ślad szarym pędzlem
wiesz że to trudne
kiedy przenika wiatr
brak pewności skąd drżenie

chciałam napisać list
a pustynia wkroczyła w pióro
i kosz wystąpił z brzegów

04.04.2008r.


bez tajemnic

nie powiem jak bardzo
wiesz to czytając z dotyku
blasku szmaragdów
krzyku mew poderwanych do lotu

nie musisz mówić
poznaję
gdy piętom wyrastają skrzydła
a czułość oplata bluszczem

kiedy semafory wskazówek
prostują ramiona
nie dziwisz się melancholii
jak ja przeszukując horyzont

05.04.2008r.


w podróży

lubię gdy niecierpliwość
każe się rozglądać w poszukiwaniu

biegną drzewa drogowskazy
kameralnością kuszą polne ścieżki
tonąc w rozpasanej zieleni

w pół drogi za horyzontem
czekają na odpoczynek wskazówki
wiedząc że splatając warkocze
zanurzymy się w zapomnieniu
jak za pierwszym razem
poznając bukiety smaków aromatów
w otoczce wibrującego szeptu

zaakceptujemy swoją zwyczajność
otwierając kolejne drzwi fantazji

06.04.2008r.


list

piszesz że nie masz czasu
i że tysiące myśli w codziennym maratonie
a wróble spać nie dają znów rozpłakane rano

niepewność chęć odbiera bez przerwy gasząc światło
chociaż nie jesteś kukłą lalkarze samozwańczy
bezczucia wiążą sznurki swe przedstawienie grając

piszesz że ta obława wyssała wszelkie soki
siada na barki garbiąc podcina wciąż kolana
czeka by chwycić gardło

usiadłam
kartka leży
wygląda liter jakichś

piszę że tak nie można to tylko senna mara
że zawsze ktoś gdzieś czeka tuląc wspomnienie razem
gdy pośród westchnień wichru wróble szukały miejsca

i przecież to nieprawda że siły gdzieś odeszły
pamiętasz tak jak piórkiem poszybowałam wczoraj
a może trochę dawniej lecz wszakże nie za dawno

aktorzy w każdej scenie zmieniają ciągle maski
ale ty jesteś sobą uparcie niedzisiejszy
bez laski melonika w zaczarowanej dorożce

nasz świat wciąż umyka ramom i konwenansom
więc dziś o uśmiech proszę
spójrz w błękitnej krynolinie ruda wiewiórka pomyka

13.04.2008r.


z Krystyną w tle

jesteś lekiem na całe zło
jak echo powtarzały palce
błądząc po rozgrzanej

za drzwiami pędziła codzienność
pokasłując alergicznie
rzucała kamieniami w okna
strącone z ramion cienie
podnosząc głowy próbowały gryźć

jesteś gwiazdą w ciemności
odpowiada dłoń dłoni
prowadząc poza wymiary

18.04.2008r.


przez przypadek

spotkałam go na brzegu lata
wiatr huśtał się na trzcinie
myślałam figla spłatam

naiwnie

zniknęła gdzieś ostrożność
wstyd opadł z pierwszym deszczem
ktoś powie że bezbożną
przy nim jestem

być może nie zaprzeczam
gdy wspinam się na fale
on na mnie zawsze czeka
zuchwale

a kiedy w krzyku burzy
jak ptak spadam bez życia
z przekorą pyta czy powtórzyć
spryciarz

spotkałam go na brzegu lata
wiatr huśtał się na dzwonach
gwiazda rozbłysła i nie zgasła
czułością otulona

19.04.2008r.


spontanicznie

kiedy codzienność
wkrada się pomiędzy
porywając zdradzieckim wirem
nie potrafię czekać

drążąc ciepłym słowem
biegnę boso pokonując odległości
by tak jak lubisz
wsunąć się na kolana

kryjąc twarz w zagłębieniu
wilgotnym szeptem
zrywam wędzidła
wiodąc na zatracenie

powiedziałeś
jesteś pięciolistną
w zapamiętaniu stopniałam w dłoniach
by spłynąć kroplą dżdżu na usta

24.04.2008r.


stojąc w oknie

czasem
gdy horyzont tonie we mgle
jesteś tak nierealny

a przecież ciągle pamiętam
smak truskawek czy raczej ust
kiedy roześmiany
podawałeś kapiące lepkim sokiem

łaskotanie szampana
w bliźnie po pierwszym krzyku
a może zwinnego języka
pragnącego pachnącej mną kropli

aromat ciepłej skóry
otulający rozedrgane chwile
w ciszy oddechów

czasem
gdy noc zasnuwa horyzont
ból czekania trawi sen

26.04.2008r.


pobudka

przy tobie
wszystko jest pierwszy raz
pobudzając apetyt

faluje wiosenna zieleń
zanurzona w błękicie obłokach
kiedy dotyk zastępuje oczy
a skóra drży z niepewności

w tle szum pędzących kilometrów
i cichy plusk leniwego nurtu
zapatrzonego w słoneczne igraszki

przy tobie
godziny gnają na zatracenie
wstrzymują oddech
zadając retoryczne

nie lubię peronów pożegnań
gdy na czoło wypełza rysa
przywracając codzienności

01.05.2008r.


czułością

wchodzisz wieczorną ciszą
z aromatem kwitnącej wiśni
przytulone cienie za plecami

karminowa koronka
wypływa uśmiechem
na płonące usta

i kiedy tylko ona
chroni przed złym urokiem
porywasz w szumie

gołębie obłoków
podrywają się spod stóp
ginąc za mgłą

jestem
gdy jaśniejąc
tulisz chwile

03.05.2008r.

za siedmioma górami

rozmruczane ciepło
przegania smutki
gdy zmęczone powieki
i nie słychać kroków

kolejny wieczór
skrobie pazurami o framugi
niosąc niespokojne sny

czy już mówiłam

jesteś utuleniem samotnych dni
kiedy otwieram wieko
wyjmując

chwile rozgrzeszone jemiołą
wśród tańczących płomieni
owiane łagodną bryzą
w zielonym zakolu

powiedziałeś
nigdy tak wiele ani długo
słowa płynęły tęczowym potokiem
a mi ciągle mało

w ciszy zanurzania dłoni
gdy jednym rytmem uderzają
czułością przepełnione

tylko dlaczego horyzont zakrywa mgła

08.05.2008r.


zwrot

powiedz co czujesz
kiedy przygarniasz rozedrgane
a szept dąży na wyżyny

uliczny rozgardiasz
wciska się szparami
by opaść bez echa
zaskoczony wtuloną ciszą

czego doświadczasz
konkurując z wiatrem
kroplą deszczu
Atlasem

między obłoki odpłynął
odsłaniając nieznane
znów potrafię oddychać

25.05.2008r.


spostrzeżenie

zauważyłeś
kawa ma inny smak
kiedy zajęta huśtawka kolan
a usta zgłębiają tajemnice

jak przed zerwaniem zakazanego
wędrujemy nagimi bezdrożami
zdumieni tak łatwo poruszyć ziemię

milczenie wsłuchuje się w dotyk
mówiący więcej niż szmer słów
gdy zegary
odmierzają kroki na obcych rynkach
w nieskończoność
rozciągając chwile pomiędzy

03.06.2008r.


rozważania po

pokój wciąż oddychał tobą
niedopalona świeca
wspominała wspinaczkę
zbierały się chmury

biało-szara kotka
przestała obserwować trawy
mrucząc zajęła kolana i dłonie

ucichły kroki pozwalając by wróciła
ciężko siadła na rzęsy
patrząc z wyrzutem

czy powinnam się odwrócić
zacisnąć zęby wejść w jutro

jesteś bryzą
niosącą świeżość porankom
spełnionym snem w atolu ramion

nie wyrzuca się kromki

08.06.2008r.


do Itaki

piszę do ciebie list
a za oknem deszcz gra na werblach
spadając w otwarte usta ziemi

ucichły rozkrzyczane wróble
nie znajdując schronienia w zamkach
pozostawionych bez obrony

piszę omijając rafy
przelewam minione godziny
wplatając osnowę wspomnień
w kanwę codzienności

to nie błyskawica
a ogień tańczy wśród polan
i wiatr nuci tęsknie

piszę gdy w wysmukłym
biegną ku powierzchni bąbelki
choć nie zanurzysz
patrząc z iskierką w koronki

a białe okręty
nie dopłyną do twojego portu
lądując wrakiem na dnie

16.06.2008r.


jutro

były już szarości i czerń
trzask w palcach
gdy nie widać wyjścia
błędne ogniki
na ruchomych piaskach
obiecywały
dłonie

kłamały niosąc tymczasowość
co oprócz siebie nic nie widzi
a kiedy odeszłam
uderzyły w złorzeczenie

pytałeś czy żałuję
lipcowego poranka na ławce
gdzie szpaki w lśniących frakach
i smuga jak reflektor na rampie
naszych oczu

gdy pustynny wiatr
porusza niepotrzebne firanki
przeglądam kalejdoskop
błądząc w komnatach dotyku
czuję magię płonących szczap
wiem
będziesz

21.06.2008r.


na jagodach

nie było wokół nikogo
tylko wiatr strącał igły
a leśne ptaki
nawoływały wśród drzew

tęsknoty jak cień
niezależnie od słońca
z każdej strony

rozumiem
codzienność
podchmurne wędrówki
perz dróg pomiędzy

jednak
skóra wciąż wypatruje dłoni
spragnionych ust
ciepła szeptanych wyznań

uparte pragnienie
dotknąć opuszkiem zmartwień
w splecionej kołysce uśpić noc
poczuć jak budzisz poranek

wróciłam
z przejeżdżającym pociągiem

29.06.2008r.


na tęskną nutę

pamiętasz tamto lato
odurzał zapach siana
maki były takie czerwone
pszczoły wśród lip nieprzytomne

gdzieś w dali
rżały konie a wóz
turkotał monotonnie
zmęczony południowym słońcem

dłonie dziwnie leniwe
rysowały esy floresy
napinając do drżenia
w urywanym oddechu

pamiętasz padał deszcz
koszula sukienka drugą skórą
wabiły wśród białych brzóz
rozdzwoniły się dzwony

gdzieś tam
czekała kryta strzechą chata
z kwaśnym mlekiem na stole
chleb z cukrem

wieczorami
czytałeś Wierzyńskiego
kwitły zieloną beztroską fiołki
i byłam ci wiosną

05.07.2008r.


południe

skrzypiał stary żuraw
gdy pochylony czerpałeś
w cieniu rosochatej gruszy
byłeś taki realny a jednak
bałam się wiatru

wzdłuż ścian płonęły malwy
wiła się leniwa smużka
zapatrzony w drzemiącego psa
przystanął czas

szepnąłeś nie budź go
strząsając zimne krople
dotknąłeś rozgrzanej
puszczając w ruch karuzelę

kiedy ugięła się trawa
a twarz zagarnęła horyzont
niosłeś w łupince ramion
gdzie fale rozbijają się o brzeg

05.07.2008r.


w sezamie

kiedy nagość daje ciepło
spojrzenia i pewność
jesteś pomimo

jak kot słowem się łasisz
rozpinając tęczową trampolinę
więc skaczę w błękitno granatową toń
wiedząc
ocalisz spadochronem dłoni
a wężowisko codzienności
odpełznie z niczym

znasz pragnienie
gdy wędrujesz bez końca
spiętrzając fale aż runą
z krzykiem mew
by porwać
gdzie góra i dół
nie wiadomo

kiedy wzrok wiąże
z czułością dłonie we włosach
chciałabym być
zawsze

13.07.2008r.


bagaż

jeszcze dziś
czuję w łydkach ileś tam nad poziomem
falują przesiąknięte mgłą
włosy oplatając myśli

ktoś zginął w wypadku
nóż nie zdał egzaminu
a w kuluarach
Temida mocniej wiąże opaskę

planuję krótszą odległość choć wiem
jak zawsze codzienność bluszczem
i nie pomoże maczeta
wznoszenie błagalnych
czy kuszenie rajskością Ewy

zrywam płomienne minuty
nie zważając na srebrny pył
tuszowany jesiennie
na piętrach za enklawami drzwi plecy
zaglądają plecom w oczy pełne zimy

nie słucham najświeższych
buzujących kolejną aferą
zbierając samorodki wspomnień
pakuję garść nadziei
że czas się zapomni wsłuchany w szmer
gdy dłonie sycą dotykiem

18.07.2008r.


jest takie miejsce

gdzie jemioła rozkłada skrzydła
spragnieni szukamy ciepła
z dala od rozbieganych ulic
pod strzechą ukrytą
ponad chmurami

roztańczone języki
liżą smolne szczapy
rozświetlając półmrok
a zioła pod powałą
strzegą przed złymi

tu
przełamałeś ostatnie lody
gdy w rozszeptanej ciszy
popłynęły słowa dodając smaku
gestom obrosłym w znaczenia

litościwy starzec
mocniej ścisnął klepsydrę
zwolnił rozpędzony nurt
zasłuchany w echo
ja też
od dawna

26.07.2008r.


szkoła cierpliwości

były już maje i wrześnie
i lipce pachnące lipą
pęczniejące złudzeniem
że szczęście wyśnią

aż przyszedł kolejny
niby nic wielkiego
kiedy czułości gesty
obudziły echo

powędrowały dłonie
słowa spłynęły ciszą
szczodrze otwarty korzec
stłumione rozdmuchał ognisko

i chociaż wciąż klepsydra
przerzuca wydmy czasu
to przecież już nie w myślach
szukamy słonecznych blasków

niekiedy trudno wierzyć
strach oczy wytrzeszcza
lecz mimo wciąż jesteśmy
w późnonocnych szeptach

czekamy aż horyzont
z tej samej spojrzy strony
czy zdarzy się to szybko
dzień za dniem lata toczy

27.07.2008r.


bez osłonek

lubię gdy wnikasz
nie zostawiając miejsca
roztrzepanym minutom
huśtającym się na wahadle

drżysz kiedy w nieskończoność
przysiadają motyle opuszków
zaskoczone że nie odganiasz
jak natrętnej muchy

to nie ołtarz ofiarny
więc bez skruchy zrywamy
zakazane podając do ust
by spłynęły soczyście

02.08.2008r.


ubrani w zieleń

zmieniające twarz krajobrazy
malowane słońcem w kropli deszczu
niknęły za plecami

w oddali most Karola
przyjmował tysiące gości
Wełtawą spacerowały łodzie
setkami barwnych okruchów
koronkami starych mistrzów
zachwycała katedra

splecione
mówiły o bliskości
gdy kroki
odkrywały kolejne zakątki

11.08.2008r.


a trawa ciągle zielona

to nie była wakacyjna przygoda
choć lipiec w pełni rozbrzęczanych pszczół
a wiatr zaglądał pod mini spódniczki
odsłaniając opalone

kluczyliśmy między słowami
chociaż schwytane w pajęczynki
mówiły płonąc
a nieskrępowane dłonie potakiwały
budząc drżenie

drzewom przybywało słoi
ubywało piasku w klepsydrze
żółkły to znów zieleniały
szepcząc o mijającym

pamiętasz
jemioła była świadkiem
gdy popłynęły z rozsupłanych
wypełniając ciszę

to nie jest wakacyjna przygoda
lipcowym ciepłem rozgrzewa głos
jak wiatr przenikasz przez spódniczkę
zapełniając fantazją kolejny dzień

13.08.2008r.


obietnica

jeśli kiedyś los przyzwoli
kołysankę ci zaśpiewam
jak za oknem szumią drzewa
i jak bardzo jesteś moim

więc dziś nie smuć się najmilszy
zamknij oczy spróbuj wyśnić
w ciemnonocnej martwej ciszy
uśpij biegające myśli

ten las wokół słońcem płonie
tańczą cienie w rytm walczyka
żaden serca nie dotyka
gdy splatamy nasze dłonie

więc dziś nie smuć się najmilszy
zamknij oczy spróbuj wyśnić
w ciemnonocnej martwej ciszy
uśpij biegające myśli

ołtarz strojny w biały obrus
czasem w kwiaty zieleń łąki
nie pozwoli w szczęście zwątpić
tylko nie mów nic nikomu

więc dziś nie smuć się najmilszy
zamknij oczy spróbuj wyśnić
w ciemnonocnej martwej ciszy
uśpij biegające myśli

jeśli kiedyś los przyzwoli
w jedną stronę patrząc wspólnie
pokonamy wszelkie turnie
niosąc z sobą kwiat jabłoni

więc dziś nie smuć się najmilszy
zamknij oczy spróbuj wyśnić
w ciemnonocnej martwej ciszy
uśpij biegające myśli

16.08.2008r.


odsłona

tym razem było ciut inaczej
bez czarowania godzinami
tak z głupia frant wam dzisiaj zdradzę
koliber przy koronie zawisł

nie obiecywał gruszek
czasami wręcz odwodził
dostarczał nowych wzruszeń
czułym uśmiechem swoim
w blasku księżycowej sonaty
świat zdawał się bogaty

i chociaż ranki puste
cieniem witane noce
bez zbędnych dłużej smuceń
nowe witraże tworzę

i czekam by koliber
znów nektar pił z kielicha
pozwalał niebu istnieć
wichry burzę uciszał
dodając wiary siły
by niemożliwe się spełniły

24.08.2008r.


barwne okruchy

kiedy przytulasz
odchodzi szare zmęczenie
rozkwita pustynna róża
w horyzoncie oczu

ciepłem przenikasz zziębnięte
koniec polarnej nocy
spieszę
by zazielenieć tundrą

szepczą palce na skórze
nie dostrzegają pęknięć erozji
w zachwycie tęsknoty spełnionej

gdybym prosić mogła
tętent słychać wskazówek
porwani wirem
znów odrzuceni daleko

29.08.2008r.


nieoczekiwany zwrot akcji

nie dajesz się skusić
choć noc taka pusta
a dama w białej sukni
wędruje znów po murach

puszczyk w czerń pohukuje
już zdmuchnął wszystkie gwiazdy
nie widać leśnych dróżek
strach się pod skórą zaszył

odsłaniam to i owo
próbując swoich wdzięków
mruczysz a gdzie jest podmiot
zaginął pośród jęku

więc zostaw go w spokoju
spójrz czekam drżąca
chciałabym wiesz co poczuć
po grząskim gruncie stąpam

śpisz to niemożliwe przecież
a chciałam cię tak bardzo
skąd miałam o tym wiedzieć
żeś w sen się wplótł ladaco

13.09.2008r.


jak kania dżdżu

zawirowałeś dni noce
choć klamka wciąż czeka
drżąc gdy ją dotykasz
otwiera

znikają ściany podłoga
w szumie zielonych traw
zrywamy kwiaty czułości
wypuszczając skrzydlate

kołysze księżycowy hamak
zbyt krótkie chwile
stulonych wskazówek
z rzadka witając Jutrznię

i znów zapada
cisza panoszy się po kątach
ucząc cierpliwości
gdy doba pustynną nocą
skrapla rosę na kamieniach

17.09.2008r.


w ruinach Westy

z przepastnych kieszeni pamięci
wyciągam coś naszego
gdy dzień zmęczony już skręcił
i tylko słońca echo

wyblakłe niczym płótno
bezsilnym świeci blaskiem
i znowu jakoś pusto
choć się starałam właśnie

uchwycić niby wróżbę
co płonąc w dół spływała
zatonąć w morzu muśnięć
i zasnąć aż do rana

w ramionach utulona
wdychając zapach bliskość
w zaczarowanych słowach
wszak zmieścić można wszystko

więc mimo uroczyska
szeptem bo przecież mogę
zbuduję jedną przystań
i znów zapłonie ogień

02.10.2008r.


tropiąc skrzydlate

na tym zdjęciu co go nie mam
w ramion zatopiona głębi
ot zwyczajnie sobie mieszkam
i nic więcej mnie nie nęci

nic nie gnębi i nie straszy
no i zmartwień jakby mniej
chociaż światła wokół zgasły
to nie groźny żaden cień

tak ukryta z piersią dumnie
zero tylko we wspomnieniach
i nie gaśnie oczu uśmiech
a paletę jesień zmienia

złotem i purpurą błyśnie
w zachodzącym gdzieś za góry
w rozsrebrzonej pajęczynie
ciepłem dłoni smuży

na tym zdjęciu w serca ramie
gdzie kominka jasny płomień
wspólna chwila już nie gaśnie
gdzieś za nami kakofonie

06.10.2008r.


gdzieś

srebrno-rude wieczory
gdy tańczy płomień w kominku
rysujesz ciepłe esy floresy
a skóra lśni lipcowo

oddech napina wanty
z letargu obudzone żagle
aromat orientu drażni zmysły
wspinamy się

i kiedy zrywasz grona
wiruje garncarskie koło
nadając kształt godzinom
z trzepotem
opadamy

srebrno-rude wieczory
oplecione dłońmi
falujący horyzont
za zamkniętą powieką

18.10.2008r.


wpatrzeni w niknącą linię

budujemy zamki słów
z wiatrem wędrują wydmy
tworzą senne miraże

kwitną sady i łąki nad potokiem
gdy biegniemy dłoń w dłoni
a sukienka łasi się do nóg

rozpraszamy jesienne wątpliwości
olejkiem i czułością sycąc skórę
przewieszamy sufit góra dół

a kiedy chmury siadają na czołach
bezradni odległością
ciepłem głosu osuszamy rzęsy

czekamy mimo szadzi
uparcie srebrzącej skronie
zawsze kiedyś wschodzi

25.10.2008r.


z kolekcji pereł

jezioro lśniło szmaragdowo
mimo błękitnej nazwy
nagie brzozy
zanurzały ramiona

nie pokazywałeś królika
ani ptaka przywołując uśmiech
rozpościerałeś siateczkę
wokół roziskrzonych

mówiłeś nie śpij to tylko słońce
chce sprawdzić barwę tęczówki
spójrz tańczy na ostatnim
bawiąc się w alchemika

a kiedy mgłą przysłoniłeś
wyczulone poniosły grzbietami fal
wśród rozkołysanych dzwonów
w obietnicę jutra

04.11.2008r.


w cieniu Śnieżnika

świt zakwitł różowo
więc wracam
gdzie rozkrzyczane wróble
budziły w atolu ramion

nie było zimnej ściany
dłonie
kreśliły zaklęcia na dobry dzień

czekało śniadanie i droga
ku bajecznym witrażom
gdy wyłuskiwałeś perłę
wstydliwie kryło się słońce

pamiętasz
duch gór wypatrywał oczy
kiedy zarośniętymi śladami
szukaliśmy bajek

11.11.2008r.


istota

kiedy w zabieganej
pełnej łokci i kamiennych słów
jesteś
topnieję w uśmiechu

nie piszę o zimnych kartonach
czy płatnej czułości gdzieś w bramie
nie wskazuję palcem zmarzniętych
czterech lat gdy butelka trąca butelkę

mogłabym szerzej
codziennie gdzieś giną w mroku
piętrzy się woda osuwa ziemia
potrafiłabym chyba dotknąć

lecz
zaglądam w głąb
patrząc na ukryte
i wiem

chociaż sznurują usta
ścianom oddając słone
wypierają się topiąc gdzieś
między życiem a kolejnym etatem
pragną

więc kiedy usypiasz szeptem
wtulam się w zapamiętane
wierzę jeszcze
rozjaśnimy zachód w kokonie dłoni

16.11.2008r.


bezdomni narzeczeni

wykradamy chwile
przytulonych wskazówek
by spleść w kosz pełen owoców

zginamy plecy
rdzawymi kroplami znaczymy
pozostawiane ślady
gdy dłużej nie można

biegniemy ku sobie
wśród umykających minut
wierząc

zanuci sękaty stół
rozczulony złączonymi
a zachodzące za horyzontem
zapłonie ogniem w pochylonych

przemykająca pomiędzy czułość
nie będzie świątecznym prezentem
na pięciolinii zmysłów
w oazie ramion
będziemy

06.12.2008r.


poczekaj

jeszcze tylko zanurzę się w sen
zaplątana w objęciach
zanim słońcem zabłyśnie dzień
o tej porze
w nagich czereśniach

jeszcze tylko poczuję smak
delikatnie końcem języka
rozkołyszę jak gałęzie ptak
opadnę
byś w ramionach zamykał

jeszcze tylko zaplotę dłoń
zbiorę czułość tkliwie podaną
szepnę
przed cieniem broń
zanim powiesz
dzień dobry dobranoc

14.12.2008r.


wyznanie

tak przyznaję
zbieram jak naręcza kwiatów
i kiedy przejście niknie pod wodą
a horyzont cienką linią
przymykam

pachniesz gorącym latem
zanurzonym w śpiewie skowronka
ukrytym w dłoniach z poziomkami

to znów stubarwną jesienią
wiruję gdy unosisz jak liść
chłonąc krople ciepłego dżdżu

roztaczasz zapach żywicznych polan
i nie wiem co płonie
gdy jemioła baldachimem
a mrok pozwala na wszystko

tak przyznaję
wciąż otwieram szeroko
kiedy rozplatasz wokół
warkocze czułości

18.12.2008r.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
POSTscriptum Strona Główna » DZIAŁY AUTORSKIE » Utwory zebrane » Amandalea » powroty c.d.


Kontakt:

w sprawach merytorycznych:
Amandalea: amandalea@interia.pl, Leszek Wlazło: niepoeta2@wp.pl

w sprawach techniczno-merytorycznych:
Łukasz Pfeffer (luk19952): lukasz@pfeffer.com.pl


Pfeffer.com.pl - Zaistniej w internecie
 
 

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Template created by Dustin Baccetti modified by Nieoficjalny support phpBB2 by Przemo