Wysłany: 2010-06-15, 04:53 Wena rozbiera się na życzenie
Cytat:
Recepta:
Otwiera się WORD - jak wiadomo pusta kartka A-4 - pisze się tytuł - koniecznie wytłuszczonym drukiem - własnie owo "o niczym. byle coś napisać" - i pisze się pierwsze słowo jakie przyjdzie na myśl. Jesli po tym słowie NIC nie przychodzi do łepetyny myszką klia się zapisz - koniecznie na pulpicie i się czeka... za kilka dni patrzy się cóż tam jest pod tym tytułem - ano NIC - jedno słowo - w tym przypadku "ono" - co może być rodzaju nijakiego - dziecko... i wiele innych - życie też jest "ono" - a właśnie lewa ręka swędzi - się drapie i się patrzy a tu linia życia jakaś taka pokręcona, kończy się jakoś tak rozwidlona - więc może to jakoś zapisać - byle było - potem się skraca, skraca - i w końcu wymęczy toto - ten niby wiersz... nooo tak to jest moi drodzy!
To oczywiście jest postępowanie/pisanie kiedy nie ma weny twórczej - bo kiedy jest - mnie omija skutecznie - to ONA właśnie dyktuje wers pierwszy - resztę to już trzeba samemu!O!
Napisał Marek pod swoim, O NICZYM ŻEBY TYLKO COŚ NAPISAĆ (3) . http://postscriptum.net.pl/viewtopic.php?t=9786
Zastanowiły mnie jego słowa, szczere, bo trudno mu nie wierzyć, skoro sam zastrzega się, że nigdy nie kłamie. Z tego zastanowienia napisało mi się coś, z czego klasyfikacją mam problem. Publicystyka? Proza poetycka? Rozmowy o literaturze?
Zdecydowałam się na tutaj.
Wena rozbiera się na życzenie
Wena, ta niby nieuchwytna, ulotna, nieposkromiona, kryjąca swe oblicza, bo ma niejedno - wbrew pozorom - jest do ujarzmienia. Przeważnie tak, jak kobieta, kochanka, żona Wena rozbiera się spontanicznie, wtedy, gdy sama ma na to ochotę. Ale, jeśli potrafimy znaleźć do niej klucz, wiemy jak złamać szyfr - rozbiera się i na życzenie.
Tak mi się wydaje, ale możecie się ze mną nie zgadzać...
Wena mieszka w momentach, które zdarzają się każdego dnia, jeśli tylko je zapamiętać. Przykład:
Ruchliwą ulicą idzie kobieta. W którymś momencie przechodzi szybko w miejscu, które jest nieoznakowane i naprawdę niebezpieczne. Jak spod ziemi, albo raczej z pościgowej sceny w filmach akcji, pojawia się samochód z szyldzikiem: POLICE. No, nie Police, tylko POLICE.
Wysiada policjant i mówi:
- You know ... Pani wie, że tu się nie przechodzi. Niebezpiecznie i dla pani i dla innych.
A owa pani mówi
- I know, I’m sorry ... Wiem, przepraszam, ale musiałam przejść tutaj.
- Nie rozumiem – mówi policjant – Czemu pani musiała?
- Bo te piękne kwiaty w gazonie, tak było najbliżej.
I to jest moment, który Wena nam podrzuca... Szczodrze, szczerze, przemyślnie.
Dzień pospieszny zwyczajny a tu kobieta zapomina o wartości życia dla oglądnięcia z bliska jakichś – w pojęciu policjanta – głupich kwiatków.
A my na to patrzymy, jesteśmy obserwatorami i albo patrzymy na to świadomie, albo nie. Albo umyka nam gazon, kwiaty i kobieta o samobójczych zapędach, albo zapamiętujemy, bo warto było.
Koniec przykładu.
Wena lubi karteluszki, na których zapisuje słowa, przychodzące niespodziewanie do głowy i zapadające w duszę, wiercące się niespokojnie, dopóki się do nich nie wróci i nie obejrzy dokładniej pod światło, pod mikroskopem. Przy powtórnym spojrzeniu może się okazać, że to nic szczególnego, że nie bursztyn a zwykły kawałek szkła. Jednak, jeśliby nie wrócić do przypadkowo napotkanego skarbu, nie wiadomo byłoby, czy ma jakąkolwiek wartość, czy tylko pretenduje.
Wena lubi karteluszki, na których zapisuje urywki rozmów, zdania, które zastanowiły, zdenerwowały, pokazały język, albo uśmiechnęły uwodzicielsko. Z tych karteluszków, jak ze szkiców wychodzi często interesująca postać, którą warto poznać bliżej, zaprzyjaźnić. Czasem jednak karteluszek zatrzaskuje się jak walizka, i do tego walizka, do której zgubiliśmy kluczyk. Wtedy: Pa pa! Karteluszku! Tu jest kosz.
Wena lubi przychodzić po przebudzeniu, gdy jeszcze błąkają się w głowie senne obrazy, fragmenty nieznanych światów. Lubi poranne rytuały, aromaty i ciszę, która powoli ustępuje miejsca dźwiękom, gdy dzień zaczyna się rozkręcać, jak sprężyna w antycznym zegarze.
Wena lubi wieczory, gdy jest cicho i słychać tylko równe oddechy śpiących, albo chrapanie, które chociaż nie jest muzyką, to może urodzić małe arcydzieło w odpowiedniej tonacji.
Wena nie dyskryminuje, właściwie lubi każdą chwilę, na którą spojrzy się z boku, z góry, od spodu, inaczej.
Wena lubi, gdy przyłapuje się ją na gorąco, zostawiając gwiżdżący czajnik na za chwilę bo niezwłocznie trzeba zapisać to, co było głośniejsze od dźwięku gwizdka.
Spontaniczna wena to ekstaza i metafizyka, słowa i obrazy, które przychodzą skądś, z niebytu, jak w wizjach Nostradamusa.
I nie na darmo niektórzy twórcy mówią: tak podyktowała chwila.
Ale codzienna Wena, domorosłe: Natchnienie, to nic innego niż rzemieślniczka, władająca słowem, która jednakowo czerpie z wyobraźni i z rzeczywistości. Rzemieślniczka, bo trudno sobie wyobrazić, że każdy doskonały utwór, niech to będzie: wiersz, poemat, opowieść, baśń, oda, dramat - powstały w transie, ekstazie tworzenia, gdy świat zewnętrzny się zamyka.
Ile słów, rymów, fraz, całych rozdziałów musiało zmieniać swoje miejsca w Liliach, w Panu Tadeuszu, Białym małżeństwie, Lalce, albo w wierszach, tekstach PeeSowych? Niektóre z Elementów, Natchnienie poustawiało na dobrych pozycjach na samym początku bez zastanowienia, bo tak miało być i tak trwały do ostatniego aktu.
Jednak wiele szukało, gdzie by usiąść, przycupnąć, jak w zabawie w muzyczne krzesła, gdy na końcu zostaje dwóch przeciwników a w grand finale najsłabsze słowo odpada.
Szlifowanie, gładzenie, przeróbki, poprawki, zaszewki, skracanie, podwijanie, ciosanie, struganie – rzemiosło, proszę ja Was, rzemiosło ozdobione talentem, żyłką, drygiem, odwagą i niezaprzeczalną iskrą, która się rożarza, gdy przychodzi Wena, domorosłe Natchnienie.
Wena w wieczorowej kreacji i Natchnienie w szlafroczku to ta sama osóbka chętna do wspólnych igraszek.
Czy się rozbierze, czy nie, to zależy w ogromnej mierze od...
_________________ przestrzeń
składa się z czasu
pokonywania
prostą linią
myśli
zakrętem pytania
zdecydowaniem
kropki śmierci
po wielokropku
umierania
E