Wysłany: 2012-04-11, 17:23 [humoreska] Z poradnika początkującego jeźdźca
Na praktyce studenckiej w Radłowie było "w moich czasach" kilka koni pod siodło. Czekając na swoją kolejkę, przeglądałem książkę, którą pod opiekę powierzyła mi dosiadająca gniadosza koleżanka. Masztalerz podszedł do mnie i zagadnął:
- Czytasz? To ładnie, że czytasz. I pamiętaj, jeśli w książce napisali tak jak ja was uczę, to postępuj z koniem tak jak w jest w tej książce. Ale jeśli byłoby napisane inaczej - rób tak, jak was uczułem. I dobrze na tym wyjdziesz.
Zapytałem jak się zachować w przypadku, gdyby koń mnie poniósł. Poprawił furażerkę, obciągnął na plecach marynarkę i prawi z całą powagą:
- Nad koniem trzeba panować. Prawdziwego jeźdźca koń nie poniesie. No, ale wy studenty jesteście jeszcze takie jeźdźćce nieopierzone. Więc gdyby ci się koń spłoszył, to wiadoma, takiego jak ty gapiszona niechybnie zrzuci z siodła. Jedyna rada - krócej trzymać wodze i tak szarpnąć, aż smak wędzidła poczuje. I pamiętaj, trzymaj konia na wodzach, nawet w trudnej sytuacji - prawdziwy jeździec nie wypuszcza ich z ręki.
W Poradniku dla początkujących nie czytałem jeszcze tego rozdziału, a już wkrótce przyszło mi wypróbować praktyczne porady pana Zenona. Dosiadłem starszą kasztankę z latarnią i białymi chrapami. Poklepałem po szyi i dałem piętami polecenie. Ruszyliśmy stępa. Potem truchcikiem. Najlepiej czułem się właśnie w kłusie ćwiczebnym. Potem kłus sportowy. W tym fragmencie ani trener ani koń nie byli ze mnie zadowoleni. Wreszcie zagalopowałem. Na łuku czułem się świetnie, dobrze się w siodle trzymałem, może tylko za dużo wodzy dałem kasztance. Na prostej nabrała prędkości, weszła w cwał. Odchyliło mnie do tyłu, a wodze posłużyły do utrzymania równowagi, nie było mowy, żebym mógł je przyciągnąć. Pamiętałem jednak, żeby trzymać mocno! Ściskałem je więc w obu dłoniach, lecz zaczęło mi brakować siodła, potem derki, wreszcie końskiego zadu. W czasie salta przez ogon poluzowałem uchwyt, koń dostał więcej wodzy, mnie ich zostało mniej, lecz pamiętałem, że nie wolno ich wypuścić. Koń galopował dalej, przewróciło mnie na plecy, poczułem kurz w ustach i ból w łokciu, i wtedy usłyszałem krzyk masztalerza: - Puszczaj te lejce, bo się do nieszczęścia doprowadzisz!
Nigdy nie zostałem prawdziwym jeźdźcem, jednak konie bardzo lubię do dziś.
_________________ Autorów setki, a czytelników niewielu, gadających tysiące i miliony, a słuchać nie chce prawie nikt.
Ho,ho! to dobry byłeś!
Ja tylko dosiadłem konia, po czym stwierdziłem że za wysoko, że nie ma kierownicy, pedałów sprzęgła, gazu i hamulca i... powolutku zsiadłem...
Ho,ho! to dobry byłeś!
Ja tylko dosiadłem konia, po czym stwierdziłem że za wysoko, że nie ma kierownicy, pedałów sprzęgła, gazu i hamulca i... powolutku zsiadłem...
Aha! ładny tekścik!
Ze mnie podobny koniarz jak Marek, z tym, że ja uzmysłowiłem to sobie przed próbą dosiadania.
_________________ a po nas już nic
jeno popiół i zgliszcza
życie to jeden wic
rzekł uczeń mistrza
an [Usunięty]
Wysłany: 2012-04-15, 19:09
Świetny tekst!
A co do dosiadania koni, jestem na tym poziomie, co Leszek
Choć jako miłośniczka średniowiecza uwielbiam rycerzy na koniu Już samo opanowanie sztuki jeździeckiej to COŚ! A gdy jeszcze dodać do tego umiejętność posługiwanie się bronią podczas jazdy... To już prawdziwe mistrzostwo!!!