nago łatwiej przepraszać księżyc
i rodziców
lżej jest nago przekraczać obce progi
i obce kaleczyć języki
bo w nagości mniej prawdy
mniej szczerości jest
niż w ubranej ciszy
niebu wciskając złość rączkami:
niech zachłyśnie się kłamstwem
uchyli jasne oblicze
i żółte pęcherze na twarzy
zacznie wyciskać
niech się zatruje naszym karmieniem
modląc się cicho
na pamięć
a on był jak beton pośrodku
co nigdy nie płacze
i tylko zerkał
przymrużając oko
mówił : nie ty pierwszy nagi
przed moim czołem
głaszczesz nowe przyrodzenie
nie ty ostatni
Ystad
patrzcie! port!
patrzcie !
świeci w roztworze
czarnym klejem
sterty butelek połączone
najwięksi z wędrowców
w wozach
dużych małych
skorpionach
okrapiają dziecię morza
muzyka z nabrzeżnych barów
usypia znajomych
z bezdomnej plaży
to dziś
patrzcie! patrzcie!
dom niebieski umiera
i panna złota
tysięczna kochanka pustyni
z księżycem się bawi
do rana
dwie
Pod horyzont zapięte są place zbożowe.
Wiatr je liśćmi orze i chłodem
na dobranoc. Teraz twarda jesień i
serce w szczelinach zmęczone - wilgoć zlizuje
by smutek przetrzymać.
A ja pod niebem piję, schylony
motyle mam w gardle - pierwszy łyk brandy
francuskiej. Chmury zwalniają zazdrosne.
Na plecach czuję ich oddech. Mimo alkoholu
nieznośne są te wieczory.
Anonim zgubił się w jesiennym zamęcie.
Jego matka mgłę każe zszywać,
by zapomnieć na starość syna.
A co będzie ze mną? Też chciałbym zapomnieć -
najlepiej daleką przyszłość. Po zimie.
Oh gente
Gdzie się gnieździmy - z życia uratowani - wyszarpnięci
na których plażach zasypiamy
niespełnieni
nową pisząc sobie historię
które drzewa cień nam swój odddają
poza ogrodem domu
które gatunki kwiatów będą pieścić
skórę nowych skarbów
dlaczego wypędzeni
nie szukamy powrotu do trwałych więzi
do uczuć słodkich jak z albumu
czy to aby nie zmęczenie materiału?
może to przesycenie
spowalnia nasz obraz
i materię
wokół obrazu
to wszystko
co miało być życiem
miejsce dla żywych. wybacz
Nie zmieniaj proszę kwiatów
które ponad dwa lata stały w dzbanku
później w szklance; a teraz pod dywanem
Nie rozglądaj się po moich trzewiach
które od prawie roku się nie pokazują
i nie czerpią świeżego powietrza
Nie kontroluj nieba widocznego
z mojego okna - za późno -
wpadłem między gwiazdy i już milczę
jak one
Nie wiń mnie za to że kłamię
gdy mówię że idę na śniadanie -
już tak wielu zginęło za prawdę
z pełnym żołądkiem
fado pomorskie
Tu nie ma księżyców, nie ma płócien granatowych.
Gwiazd nie ma na suficie i deszcz tu też
nie pada -
Tutaj słońce się nie rodzi,
nie zasypia. W czarnych koralach
cała roślinność żyje. I w róży, choć wszystkie więdną
już po pierwszej nucie. Po pierwszym dzwonku. Na życie. Ktoś woła. Nikt nie chce się obudzić.
Oczy zaciskaj moje dziecko. Oczy zaciskaj, nim ci piękno całe po policzkach spłynie . Nim dorośniesz. Zapamiętaj jak boli zapach żałoby. Te ściany to mury katedry. Zapamiętaj chłód podłogi. I jej oczy. Jak ich namiętność piętrzy się przez tobą. To najwyższa wieżyczka portowa, co zakotwicza swoją stratę w chłodzie nieba.
do granic Asturii
Idź w stronę cieni, a światło cię mocniej ogarnie. Gdy wejrzysz.
Idź w stronę uliczek, na których walczą bezkrwawo harmonijki i gitary.
Tam gdzie akordeon stoi wejdź i się napij. Nie daj kobiecie zasnąć
póki siły ma w łydkach by ściskać ciepłe kręgosłupy. Pij,
póki wstrzymuje to twój powrót.
Nie żałuję Galicji. Nie rozliczam nocy tam rozbieranych.
Noc to ideał hiszpańskiej kobiety. Więc i ty nie żałuj,
gdy na powieki materiał czarny i zwiewny przysiądzie.
Jej biodra w tysiącach cekinów oświetlą ci ręce, byś wiedział
co dotknąć, co przygryźć, a co polizać.
I gdy już wrócisz - biskajską bryzę zetrzesz z kołnierza,
zrozumiesz jak tęskno być zaczyna po natury zwierzeniach.
Obce marzyć będą się zamki, obce trunki, obcy święci,
a ty płakać będziesz do szklanki: Straciłem w Tobie duszę,
atlantycka dziwko.
kohelet
słońce najstarszym jest feniksem
a ja? czuć zgnilizną jedynie
której źródło tylko raz wystygnie
noc po mnie przyjdzie na pewno
gdy miejsce się zwolni
w małym wozie - dla służby zbitym
z miękkich desek
Jakie to wszystko marne,
popiół nas pożre na zawsze!
Dotyku matek nie zaznamy,
głosy ojców wyschną pod nami!
ale ja
ja i tak matki
ojca nie kocham jak mówi biblia
tylko nienawidzę bo biblia mówić
nie powinna
nie znoszę - choć mała jest moja krzywda
Więc co zrobisz?
Nad czym będziesz rozpaczał głupcze,
skoro nic nie stracisz?
zasnę
niespokojnie jak zwykle
na chińskich latawcach głowę ułożę
które tak samo jak ja
uleciały
poniżej oczekiwań gapiów
przewodnik po dworskiej
Oddam moje pragnienia, bez żalu.
Jeszcze Wam pięść na nich pomogę zacisnąć.
By nie wróciły.
Za swoje namiętności zapłacę wieczność;
czy to diabłu – że nadużyłem
czy to bogu – że zboczyłem.
Pewnie wypłakać będę musiał dwie długie rzeki,
co rodowodu wód własnych nie ustalą.
Kolejności pogrzebów i kształtów butelek nie będę w stanie
określić.
Chciałbym być małym chłopcem w sandałach,
z kijem na plecach, co stoi na rozstaju i ze źdźbłem w ustach
śpiewa rodzinną pieśń. To rozstaje jak z obrazu.
Mnie droga pod wiatr wzięła – nie czułem,
że wieje od oceanu, gdzie mi ducha rozgryzą demony.
To ocean, gdzie zboża rosną czarne i gorzkie, a kłosy
są z szarej piany. Pójdź za mną,
a sam zobaczysz.
pisma niezwrotnikowe
Pasja i trzeźwość zmysłów zwykły być moimi
najcenniejszymi ruchomościami. Teraz jakby na klifie stoją
trzymając się za ręce - bo i wrosły w kamienie - wiatr tylko je wyrwać może.
Nawzajem się proszą o modlitwę,
ale słów już świętych nie pamiętają. Każda zegarek biały ma na ręce -
zepsuty. Na bierzmowanie nie odnowiono nam zegarków, bo i po co.
Już się nie opłaca. Zmarnowane pokolenie . Przysypiamy na krzesłach;
Chrząkamy głośno i chrapiemy. I pobudka. Pan Bóg nie istnieje. Spoceni patrzymy,
zdezorientowani na siebie. Jeszcze się nie wybudziliśmy. Żyć też nie zaczęliśmy,
tak serio. Mamy w planach tysiąc planów, a w każdym z nich jeszcze tysiąc pośrednich
zamiarów. Ale to jeszcze nie dzisiaj. Jeszcze siedzimy.
Lampka gaśnie. Żarówka krzywo przykręcona.
Prywatna historia.
Boję się, że znów nadarzy się okazja. Wyśmienita! Zmienić będę mógł wszystko na lepsze. Własne meble naprawić i poustawiać od nowa. Boję się jak cholera, że maska zasłużona pęknie w praniu; że mi teatr zamkną i wpuszczą tam białe gołębie. Dlatego robię zapasy. Zbieram ciemne zachody słońca do kieszeni. Do piwnicy znoszę klatki z krukami. Wino ustawiam pod ścianą.
I tysiąc za mną stoi.
Strach mój rozszeptują złośliwie, choć choroby nie muszą z czoła ścierać nocami.
Użalają się nad sobą w rodzinnym gronie , choć nie znają rozkładu cmentarzy.
Zapachu na pamięć.
Wystarczy im oko przystawić do oka.
Skroń przydeptać oddechem, a już kulą się w środku - przerażeni.
I śmieję się z ich nagości. W blizny ubrany się śmieję.
Teatr Miniatura
Miniatura
Słońce w niemej sztuce, o szkło podwójne
rozbija i ciało własne powietrzem wałkuje.
A sztuka ta, ,,zachód" ma na imię.
Ja w niej jestem jedynie przecinkiem,
co łączy i dzieli według uznania dwie myśli -
Niebo i zieleń, między nimi most słowem
układam sumiennie - cegła po cegle.
Czerwień podają, złoto podają bez wartości
i kolejne przęsła wbite w horyzont,
o krok bliżej nam wszystkim
do wieczności.
Niebo w teatrze o wysokich i tłustych
filarach śpiewa - na chmurach skrzypce,
harmonijki i chór czasem wstąpi,
przemknie przez horyzont świszcząc radośnie.
Ja w tym teatrze sztukę jedną wystawiam,
małą i marną w niej rolę odgrywam człowieka.
A sztuka przytłaczający ma tytuł, co dreszcz
mi rodzi na plecach - ,,Ziemia"
krzyżówka
dlaczego wypędzasz syna
dajesz mu lata na skalistym wybrzeżu
by go obce pomniki żywiły schronem
i ciepłem rodzinnym
wiesz że wrócę
w porze letnich deszczy
kiedy znamię kwiatu
pachnie
czy dasz mi wtedy
kubek mleka chrystusowego
czy uraczysz mnie czernią
obok ciebie rozłożoną przezornie
dla matki obraz
niosę z ramą drewnianą
grzech się po nim sączy -
na postacie nasze - wylany
na jej oczach wyschnąć
musi - nadzieja szepcze
prostując ramiona
lecz ona w bieli
obiecaną czerń zrywa
z pościeli przykleja do twarzy -
ja wylewam na obraz resztkę krzyża -
przepraszam mamusiu -
i wkładam świeże kwiaty
ciągniemy losy
w dobrych rękach myśli się rodzą
w genialnych
z przesytu umierają
dlaczego więc los
dał mi rękę niezdarną
przez której palce
nawet kamień przepływa
a może z tego kamienia
klif piękny się rodzi
co ocean pieści palcem
nie
to tylko moja ułuda
La Mer, O Mar
długi cieniu
biały murze schowany w podniebnej
szufladzie
niech cię wodą nazywają - jak zawsze
rześki poranku
pienista burzo przy każdym głębszym
oddechu
może zjadłabyś ze mną kolację
w ziarenka ślepej rośliny
drewno wbilibyśmy od stołu
mocno
powiem:
niech bezowocna stałość będzie ozdobą
mojego życia z tobą
na tych minut parę rozwianych
w grymasie
może jak wiatr się poczuję
gdy czerwień języka poprawię
może jak bóg
wiatrem w rękach pas twój oprawię
i butelkę porzucę
zaplątaną we włosy
wyobraź sobie
jak noc warkocz układa
nad horyzontem
zmieszana jednością żywiołów
jak w płaczu skleja słońce
by zdążyć do rana
i oświetlić nas
uszczęśliwić nagością
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-05-11, 22:02
U mnie to było tak, że z samą poezją zetknąlem się dość wcześnie ( 13 lat - Różański, Elliot Stearns, ) ale pisać zacząłem o wiele później.
Na początku w ogóle nie myślałem o tym, że człowiek może pisać. Po prostu wiersze były dla mnie jakby czymś co zostało napisane i ,,teraz ja sobie to czytam". Nie wiedziałem, że to proces, który wciąż trwa wśród ludzi.
Dopiero Rimbaud, najpierw mnie zablokował w czytaniu, a później zmobilizował do pisania.
Po nim Poe, Baudelaire i inne francuskie gady
Baudelaire dopadł mnie przy pierwszym piwie w życiu - potem nie wiedziałam, co mnie tak trzepnęło: Kwiaty zła czy browar
_________________ kroplą miodu pocieszamy błaznów
lub sami ze sobą rozgryzamy liść mięty
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-05-11, 22:11
Ja już to gdzieś pisałem, ale wiersz Rimbaud, ,, Siostry Miłosierdzia" zadziałał na mnie w niepowtarzalny sposób. Miałem w sobie takie ciągotki, cechy charakteru, które się po tym uwidoczniły.
jakoś tak mi po czytaniu kamilowych tekstów jakbym ze swoim pisaniem był w piaskownicy, albo tuż obok ...
(dzieckiem być - nieźle jest ...!)
Kamil K. [Usunięty]
Wysłany: 2009-05-12, 16:33
El, pisanie w ostatnich miesiącach ( listopad - marzec ) pochłaniało mnie niemal całkowicie, ale przyszedł taki moment zastanowienia, że mam przecież coś innego do zrealizowania, a tworzenie tylko to opóźnia, odwleka, komplikuje. Długo by gadać, a po co.
Marku, wezmę ten i pewnie parę innych. A co do wierszy i ,,wierszy", toś ty przecież abstynent, a prawisz, jakbyś już po parunastu kielichach absyntu był.
Hodujmy własne dusze na wyczucie - nie strzyżmy ich i nie przewiązujmy ciasno sznurami, bo nie znamy się na tego rodzaju ,,ogrodnictwie"