Na POSTscriptum opublikowano tysiące wierszy. Tak jak różnimy się charakterami, wyglądem, upodobaniami, tak i nasze wiersze nie są jednakowe. Subiektywnie jedne podobają nam się bardziej, a inne najbardziej. Te „najbardziejsze” z „bardziejszych” będziemy gromadzić w tym temacie, w chronologii lat zamieszczenia na naszych łamach. Temat z założenia będzie prezentował klasykę POSTscriptum i będzie wyłącznie do czytania, a jeśli zechcecie skomentować jakiś zamieszczony wiersz, to pod każdym z nich podam link do wiersza, gdzie takie komentarze będą mile widziane.
Jeśli zainteresują Was inne wiersze autorów, to klikając w nick (w ukośnikach), bądź w imię i nazwisko (gdy jest ono nickiem), przeniesiecie się na profil danej autorki, czy autora i tam znajdziecie odnośniki do ich wszystkich postów, bądź tematów.
Wstawał dzień - letni ogród ubrany na biało,
obudzony przez burzę obmywał się deszczem.
Dziwnie było, sen odszedł, lecz senność została
- świat na zewnątrz, jak obcy, odrzucony przeszczep.
Dzień powstawał z kawałków oderwanych doznań,
stosu barwnych obrazków, które ktoś zostawił,
gdy wśród wszystkich postaci siebie nie rozpoznał,
znudzony oglądaniem cudzych fotografii.
Węszył wiatr – donosiciel, krążył za plecami,
odwracał strony liściom i czochrał sitowie.
A ja słowa odmieniam nie znając pytania
i próbuję odnaleźć właściwą odpowiedź.
Gdzie ścieżka, której szukam błądząc nieustannie?
Nie odpowie jeziora pomarszczone lustro.
Zagubiony, już drogi powrotnej nie znajdę
- czas się teraz obudzić, lub na nowo usnąć.
wartkie strumienie
nim zatracą się w rzekach
lubią pofiglować
na przekór sennemu przeznaczeniu
za niektórymi polami
niektórymi lasami
wczesną wiosną tworzą wylewiska
słońce wychodzi na opłotki
staroświecko porośnięte bzem
młode karasie nabierają odwagi
w rozkołysanej wodzie
gubią odbicia niesforne topole
rozsypał Najwyższy
rajskie okruchy
co pole co droga co las
każe mądrze kosztować
a mnie wciąż
tak wiele się wydaje
że unoszę życie
we własnych dłoniach
że boskie powietrze*
rozwieje wątpliwości
a nocne cykanie świerszczy
jest jak modlitwa
że zapamiętam
każdy poranek
hałaśliwych jaskółek
i w tej ledwo tkniętej
mistyce ogrodów
przechowam się na wieki
urodziłaś ją na cmentarzu
tam gdzie spotykałaś się ze zmarłymi
mówiąc nie stać mnie na znicze
niechże przynajmniej
lżejszą mi będzie
niż Niemcy wrzucający granaty przez okno
ciężar zapominanych imion
nazwiska spłoszone przez wiatr
który chciał śpiewać kołysanki o utajonych grobach
z takich się nie zmartwychwstaje przecież
można co najwyżej napluć trzy razy przez ramię
odpukać w niemalowane drewno
wiedźmy się rodzą w popiele
jak śnięte gruszki
jak długo przegryzała ci pępowinę
łzami brudniejszymi od wojny
głodu
strachu