Na POSTscriptum opublikowano tysiące wierszy. Tak jak różnimy się charakterami, wyglądem, upodobaniami, tak i nasze wiersze nie są jednakowe. Subiektywnie jedne podobają nam się bardziej, a inne najbardziej. Te „najbardziejsze” z „bardziejszych” będziemy gromadzić w tym temacie, w chronologii lat zamieszczenia na naszych łamach. Temat z założenia będzie prezentował klasykę POSTscriptum i będzie wyłącznie do czytania, a jeśli zechcecie skomentować jakiś zamieszczony wiersz, to pod każdym z nich podam link do wiersza, gdzie takie komentarze będą mile widziane.
Jeśli zainteresują Was inne wiersze autorów, to klikając w nick (w ukośnikach), bądź w imię i nazwisko (gdy jest ono nickiem), przeniesiecie się na profil danej autorki, czy autora i tam znajdziecie odnośniki do ich wszystkich postów, bądź tematów.
Gdzieś bywa zieleń, w rzekach woda świeża,
ale nie tutaj, tu - w wymarłym mieście,
wąskie uliczki wiatr wolno przemierza
i tylko czasem deska w płocie westchnie.
Siedząc na ławce można siebie słuchać,
patrzeć na liście ostów tak zetlałe,
że przy dotknięciu pryska chmura sucha,
biała jak niebo - zawsze nazbyt białe.
Mirażem cienia mamią martwe drzewa,
zwid psa przegania niewidoczne ptaki.
W takim miasteczku żaden nie zaśpiewa
i wiatr się snuje anemiczny jakiś.
Nikt nie zagląda przy takiej pogodzie
w stare zaułki wyjaśnione żarem,
w szczerbate mury wyczuwane smrodem
i zżółkłą łąkę za zamkniętym barem.
Tak niedaleko. Zza piaszczystych wzgórzy
gdzie się wychyla tylko niebo lniane,
słychać odgłosy warującej burzy
i gwizd pociągu, który tu nie stanie.
Schowam szminkę i buty na obcasach, odarta z atrybutów
staniesz się małą dziewczynką. Ufną. Może wtedy kocham
nie będzie trywialne.
I puste jak ta butelka, którą trzeba koniecznie napełnić.
(Panie oddal ode mnie ten kielich, nie chcę pijanych
pocałunków i łez mocno zaprawionych wódką).
Jak całodobowa opieka paliatywna, jesteś, z tą tylko różnicą
że dla życia.
Po mnie ślad się zatrze, ty nie cała odejdziesz. Zazdroszczę,
chciałbym krzyczeć: niesprawiedliwość. Lecz zamyka mi usta
głębia w twoich oczach i ból, którego bym nie zniósł.
Bawię się niuansami języka i ścisłymi związkami pomiędzy
słowami. Tak na kocią łapę, z doskoku jestem mężczyzną
i wszystkim, co ten wyraz za sobą niesie. Z dziedziczną
mądrością pokoleń gładzisz moje grzechy, z pobłażliwym
uśmiechem. A ja zawsze szukam przyczyny, nie potrafię
bezinteresownie rozgrzeszać.
Wieczorami pełzną twoje słowa,
otulasz szeptem zmoknięte powieki.
Znam ponaglenia, by chwilę smakować,
dopóki tylko przy dłoniach jest lepiej.
Oddycham pełnią wśród księżyca z wiary,
połać ciemności jest wróżbitką - ciszą.
Spokój przetarty cierpką plamą kawy,
wiatr z prześcieradłem do snu mnie kołyszą.
Sufit zamyka strachy bezsenności,
w jego szarzyźnie rozmywa twój obraz.
Nie umiem ukryć niewinnej wdzięczności,
gdy wszystko zniknie, chcę cząstkę zachować.
zapamiętałem tylko mokre przebiśniegi
niepoetycko złożone pod stopy
w ramach czasu mieścisz mi się do połowy
wtedy mogłabyś rodzić dzieci
układać na gałęziach jak pierwsze liście
nie chcę cię dotknąć ani pocałować
wystarczą mi latawce puszczane po zachodzie słońca
rozhuśtane stopy przenoszą ciężar ciała
tak bym wędrował tysiące dni i nocy
teraz jest tu pusto język rozsypuje słowa
jak kwiaty rzucane przez dzieci w Boże Ciało
przy próbie kochania ktoś powiedział
-lepiej umierać przy zamkniętych dłoniach
wykrzyczeć ból
bolesny po krańce pojmowania
i utonąć
w białej ciszy
nie pytaj dokąd idę
idę
i to jest ważne
ja ścieżka błoto pod nogami
a w górze wszystko jedno co
gwiazdy chmury albo pola błękitne
i tak nie dosięgnę bez skrzydeł
a skrzydła zabrał anioł
i przepadł
w szarości dnia codziennego
bogatego w wymodlony chleb
o złocistej skórce
wielki jak koło do wozu drabiniastego
który w spocone sierpniowe popołudnie
przywiózł z pola snopy pszenicy