Na POSTscriptum opublikowano tysiące wierszy. Tak jak różnimy się charakterami, wyglądem, upodobaniami, tak i nasze wiersze nie są jednakowe. Subiektywnie jedne podobają nam się bardziej, a inne najbardziej. Te „najbardziejsze” z „bardziejszych” będziemy gromadzić w tym temacie, w chronologii lat zamieszczenia na naszych łamach. Temat z założenia będzie prezentował klasykę POSTscriptum i będzie wyłącznie do czytania, a jeśli zechcecie skomentować jakiś zamieszczony wiersz, to pod każdym z nich podam link do wiersza, gdzie takie komentarze będą mile widziane.
Jeśli zainteresują Was inne wiersze autorów, to klikając w nick (w ukośnikach), bądź w imię i nazwisko (gdy jest ono nickiem), przeniesiecie się na profil danej autorki, czy autora i tam znajdziecie odnośniki do ich wszystkich postów, bądź tematów.
Jak każde inne i to miasto przygarnęło mnie ciepło.
Objęło i urzekło – tu mówię prawdę – mówiąc o mieście,
Które dało mi gospodarskie masło do chleba, mieszkanie,
Piękną rzekę i cudowną, zaczarowaną kobietę.
Nie zwykłem kłamać komuś kogo lubię, a polubiłem
Warmiński chleb i gospodarskie masło, mieszkanie
Na kwadracie i cudowną, zaczarowaną kobietę.
Wyjałowionym starcom nie są potrzebne kobiety,
A już broń boże, te zaczarowane, te cudowne -
Dla nich miasto w darze daje wiekowe kamienne baby,
Wodę w plastikowych butelkach i Kętrzyńską z kilkoma
Wystawnymi witrynami – wszystko na pokuszenie.
Wszystko tylko po to, by zzuć kapcie, by na gwarnym deptaku
Wykrzyczeć swoje halo i cześć, by wreszcie na kilka
Kwadransów wyruszyć nad rzekę, która niczym życie
Przewija się meandrami pomiędzy pamięcią, wspomnieniem,
Tęsknotą, a zapomnieniem. Wczoraj przypomniałem sobie,
Jak bardzo, bardzo, zapadłem się w miłość.
Niemy los dopiero tutaj wykrzyczał dla mnie szczęście.
To dziwne, tyle lat ganiałem po świecie w jego poszukiwaniu,
A ono przyszło do mnie samo, podało uśmiech i rękę,
Przygarnęło starego jak znajdę, jak swego. Dziwne to miasto,
Co tak zauroczyć potrafi przez dobroć i miłość.
Kiedyś winien będę spłatę grą w kości, które niczym wolny los
Powędrują za sercem do nieba.
Zapytacie, gdzie śpiew? - Ten śpiew to noc, z oknem
Wychodzącym na farę i rzekę, z kołyszącą się latarnią
I miriadami gwiazd zanurzonych w czarodziejskich oczach
Miasta i ukochanej.
prawdziwi mężczyźni płaczą jak bobry
najczęściej poza spojrzeniami
by się nie dało nachalnymi odkryć
najskrytszych zranić
miliony luster tworzą obraz macho
wyznawcy fikcji mirażu łakną
zamknięci w maskach ulicami chodzą
bo tak wypada bo tak trzeba
łzami wzruszeniem tłumią osąd
mity próżności łatwo sprzedać
w czterech samotne wnętrze pije
hektolitrami nieprawdy ileż
jak beniaminek prawdziwy mężczyzna
gdy pustka wokół liście gubi
nadludzką siłą znaczy ścieżki wyzwań
chciałby się w innym czasie zbudzić
w miejscu gdzie sobą być wystarczy
a nie golemem za życia martwym
dzień jak pudełko kredek
naostrzone odcienie decydują pejzaż
z tęczowym podtekstem
wyłuskujesz ze światła podstawowe barwy
niby nieświadomy protanopik* w granicach swojego świata
w którym wszystkie serca są niebieskie
jak chabry kąkole i niezapominajki
* "Tęcza widziana przez osobę z protanopią -- barwa czerwona nie jest widziana, purpura jest mylona z niebieską" - Wikipedia
elżbieta 16 IX 2016
day like a box of crayons
sharpened tints decide landscape
with rainbow undertones
you hull primary colors from the light
as if unaware protanopist* within the limits of his world
wherein all hearts are blue
as cockle cornflowers and Forget-Me-Nots
* "Rainbow seen by a person with Protanopia - the red color is not seen, purple is confused with the blue" - Wikipedia
Wyłania się samoistnie,
Niczym iskra zapłonie zniczem,
Klonowym liściem jesiennej barwy,
Biało czerwoną powiewającą jak żagiew
Strojnych szeregów nowych obyczajów,
I zadeptanym śladem tysięcy mrówek,
Które z mrowisk do dyskonta,
Z dyskonta do mrowisk, w drodze do kościoła,
Do narożnej kawiarni pani Ewy,
Gdzie z inną Ewą spotka się Stefan,
Mówi coś, czego nigdy nie usłyszymy,
Ale co możemy odczytać z gestu dłoni i oczu -
Ewy, Stefana – Stefana i Ewy.
Za rogiem kawiarni – Szkoła, czerwona
Jak rozognione twarze uczniów, biegających
Zda się bezładnie po szkolnym podwórku,
Ale to tylko pierwsze wrażenie, bo naprawdę,
Jest to przerywana siedzeniem w ławce,
Krótka lekcja gimnastyki. Czerwoność Szkoły
Barwią cegły ze starej poniemieckiej cegielni,
Której śladem na pół rozstrzelany,
Na pół wypalony komin.
Poniżej Szkoły kolorowe fasady domów,
Ulica zbiega ku innej, gdzie domy szare,
Jakby oprószone kurzem, ta ku rzece,
Obraz wraz z nią zaczyna się wić, podobny rzuconej
W przestrzeń nici pamięci – po lewej ręce wzgórze,
Gdzie w miejsce Zamku porosły drzewa,
W dole obok rzeki zatopiony w sercu staw
I nieodległy most, świadek zdyszanego świstu pary
Nieskończonej liczby pociągów, pasażerów,
Węgla, zboża, cukru i soli oraz książek,
Za mostem mostek, aż po niewidzialną granicę
Do nie wiadomo czego.
strzelały rozwiane wiatrem dmuchawce
i biodra rozkołysane tańcem godowym dwóch serc
w blasku słoneczników piszę pożegnalny wiersz
słyszałam płacz deszczu i oddech dzikich płatków róż
ciszę niewypowiedzianych słów i sen chodzący po nocy
krzyk oddzielanej od srebra luster rdzy i miedzi jesieni
kruchej jak liryka wyrwana ze splecionych prozą kochanków
poznałam ciężar grudki ziemi rzucanej w rozpacz
chłód cienia umierającego słońca w samotnej dłoni
i sens słów - idź a dojdziesz do bram domu...