Na POSTscriptum opublikowano tysiące wierszy. Tak jak różnimy się charakterami, wyglądem, upodobaniami, tak i nasze wiersze nie są jednakowe. Subiektywnie jedne podobają nam się bardziej, a inne najbardziej. Te „najbardziejsze” z „bardziejszych” będziemy gromadzić w tym temacie, w chronologii lat zamieszczenia na naszych łamach. Temat z założenia będzie prezentował klasykę POSTscriptum i będzie wyłącznie do czytania, a jeśli zechcecie skomentować jakiś zamieszczony wiersz, to pod każdym z nich podam link do wiersza, gdzie takie komentarze będą mile widziane.
Jeśli zainteresują Was inne wiersze autorów, to klikając w nick (w ukośnikach), bądź w imię i nazwisko (gdy jest ono nickiem), przeniesiecie się na profil danej autorki, czy autora i tam znajdziecie odnośniki do ich wszystkich postów, bądź tematów.
Siedzę przed starą chatą. Dzisiaj, już po raz kolejny
lipcem zajrzało lato - jak dawniej upiekłam sernik.
Mijają pory roku. Zajrzą to kwiatem, to liściem,
cieniem przepatrzą pokój, drzwi otwierając na roścież.
Czekam już bardzo długo, nie mógłbyś czasem zadzwonić?
Miałeś tu być przed drugą. Już sześć lat? Jak ten czas goni.
Zepsuta stara lampa, ta którą sam strugałeś.
Patrzysz ze zdjęcia w ramkach. Czy tylko tyle zostaje?
Nie odpowiadasz, milczysz. A ja tak tęsknię za głosem.
Myślisz - plotę trzy po trzy, a proszę cię tylko o szept.
Pisałam już, jest lato. Tak brak mi gitary i nut.
Na dzisiaj kończę tato. I nie martw się, napiszę znów.
uczestniczyłem w rozmowie cichszej niż szeptania
nurt melodii spojrzeń coraz bardziej przymglonych
wschodziły ziarna co je nastrój zasiał
migotał pojedynczy ledwo rozświetlający płomyk
niecierpliwe przemierzały przez lata skrywane
meandry sennych zniepokojeń
rósł emocjami nadpisywany zamęt
zadziwiały przemieszane role
były i słowa te najważniejsze z ważnych
ich wydźwięk wtulił się w nabrzmiałe granie
rozmywający na okamgnienie zastygł
znieruchomiała chwila nie snem jest zawierz
Nie widać brzegów lądu na białym ekranie,
lecz litery posłusznie składają się w słowa.
Muszę na pustej mapie swoje miejsce znaleźć
i drogę bez kompasu wytyczać od nowa.
Biały świt się zakrada przez zamknięte okna,
z cieniem nocy, skostniałej, na zdrętwiałych plecach.
W dole błyszczy ulica, bezludna i mokra,
którą deszcz jeszcze wczoraj, razem z wiatrem, przetarł
Łacińskie nazwy chorób zabrzmiały w półmroku,
jak tajemne zaklęcie do bramy Edenu.
Potem głosy ucichły i znów nastał spokój,
Łatwiej będzie do brzegu dopłynąć samemu.
Cicho drzemie przy łóżku Anioł Stróż z obrazka,
jeszcze pusto w pokoju - trwa szpitalna cisza.
Omijam rafę ciała, gdy ból się nawarstwia,
dryfując w samotności za statkiem Odysa.
coraz trudniej odnajduję się w codzienności
spraw
zatraciłam sens
samotna poranna kawa
nie kusi aromatem
w kuchni z przyzwyczajenia fałszuje ekspres
przeliczone płatki zalewam mlekiem
rutyna
nie muszę nic i nie chcę
dawno temu zgubiłam impuls
napięcie zastępując bezwładnością
moje mięśnie straciły sprężystość
a serce oddech
powtarzałeś- życie trzeba dożyć
kołacze mi w głowie i nawet się godzę
wkładam odświętną sukienkę
i srebrne pantofle