Na POSTscriptum opublikowano tysiące wierszy. Tak jak różnimy się charakterami, wyglądem, upodobaniami, tak i nasze wiersze nie są jednakowe. Subiektywnie jedne podobają nam się bardziej, a inne najbardziej. Te „najbardziejsze” z „bardziejszych” będziemy gromadzić w tym temacie, w chronologii lat zamieszczenia na naszych łamach. Temat z założenia będzie prezentował klasykę POSTscriptum i będzie wyłącznie do czytania, a jeśli zechcecie skomentować jakiś zamieszczony wiersz, to pod każdym z nich podam link do wiersza, gdzie takie komentarze będą mile widziane.
Jeśli zainteresują Was inne wiersze autorów, to klikając w nick (w ukośnikach), bądź w imię i nazwisko (gdy jest ono nickiem), przeniesiecie się na profil danej autorki, czy autora i tam znajdziecie odnośniki do ich wszystkich postów, bądź tematów.
Dobieram znaki słowne
cyzeluję wersy
- chcę napisać wiersz
i
żeby był doskonały
jak preludia Chopina
więc
dokładam starań
myślom zawierzając kamień formy
fantasmagoriom otwieram furtkę
przestrzeni zmysłów
chciałabym by nasze życie miało powolny smak śniadania
porannej edycji dziennika z kolejnego miejsca
instant aromat kawy podany do łóżka z różą konwalią
niezapominajką na tacy i śnieżną serwetką
pod którą mapa niespodzianek dnia
do wyboru droga przez góry w pierwszym oknie
pod las w drugim a za balkonowym leniwa plaża
wsypująca się zodiakiem piasku
odkrywanie chwil o zapachu nieznanych cukierni
na każdym rogu sprzedawcy smaków muszelek papug
granatowych jak strzępki nocnego nieba
przyprawy i kolory wymieszane zamaszystym pędzlem
przymierzane długo w lustrze twojego spojrzenia
po powrocie odkładane do wieczora
zaproszenie twojej dłoni na moim biodrze
podróż bez mapy z której wracamy otwierając oczy
kiedy usiadłem oddech jakby pytająco przystanął
a ręce bezwiednie przeszukiwały pustkę
zamyślenie podpowiadało że prawie wszystko jest za mną
siwe myśli rozmawiały z wyszczerbionym lustrem
nauczyłem się odnajdować chwile pośród kamieni
pełną sakiewką niezapomnianych potrząsałem dumnie
upływający pełne młodzieńczej fantazji ruchy śledził
jakże to tak przecież musiałeś to zawsze umieć
czas skory był do polemiki a ja zbierałem marzenia
nawet rozsądek opleciony sugestią uwierzył
wokół unosiły się motyle słowa które sen wypowiedział
i tylko nie wiedzieć czemu rozpłakały się wierzby
miała ponad wszystko sto lat zapisane zmarszczkami
w bogatokalorycznej diecie. na pamięć
znała już tylko jedną drogę do kościoła koło polskiej szkoły.
raz w tygodniu. z osiemdziesięcioczteroletnią córką Mary
pod rękę z tłumem zaprzyjaźnionych aniołów rosnącym
z roku na rok. idąc widziała światy zastygłe w zamkniętych
na zawsze oknach. twarze uśmiechów przez firankowe nieba.
zapominała języki. myliły daty imiona modlitwy.
święta teraz były codzienne. w koronkowym szalu
w papierowych woskowanych różach i obrazach.
z kraju na kresach historii jak przez mgłę gdy z mężem wysiadła
na brzeg. sto lat z Bogiem który zawsze szedł przed nią. a później
oszołomił ją dworzec w Kansas City.
córce dali na imię Mary bo innego nie znali. jak większość
dziewczynek urodzonych w depresji na polskich wzgórzach
córek robotników w rzeźni
(bo zwierzęta tu kroi się zawsze świeżymi rękoma)
chodziła do polskiej szkoły. poznawała zawiłości przypadków.
język kwitnący nasturcją w podokiennych ogródkach
podwórkach wymuskanych ostatnim źdźbłem trawy.
na kogutkowych odpustach jak tam
dokąd większość z nich nigdy nie wróci.
Mary wyszła za mąż za Ray’a Niemca. w czasie
drugiej światowej wojny uczono go zapominania języka tak
by strach za nim nie chodził. tego ranka Ray zemdlał podając ostatniego centa.
właśnie płacił za świąteczne znaczki i już nigdy nie wrócił.
do Mary. ani do mnie piętnaście po drugiej do Donnelly College.
nigdy nie mieli dzieci.
gdy na lotnisku w Kansas City
zjawiliśmy się tamtej zimy naszego synka powitał miś
którego znaczenia długo nie mógł objąć. Maria już wtedy
coraz bardziej wtapiała się w swój fotel z szydełkową narzutą.
i jak twierdził nasz synek jej policzki były jak słodkie bułeczki
z cynamonem. na sto lat w restauracji Little Red Hen zjadła
cztery udka kurczaka i waniliowe lody.
ostatnie wspólne zdjęcie zatrzymało nas w kościele
przy niej i wyblakłej ślubnej fotografii.
kiedy umierała pojawił się jej ostatni anioł.
poprowadził lekko w górę obok polskiej szkoły.
urzędnik wykaligrafował nieczęste sto trzy.
Maria Boga zostawiła Mary.
It will all be alright
I'll be home tonight
I'm coming back home
........................................(z piosenki Michaela Buble “Home”)
Michael, nie zaczynaj tej samej , starej piosenki,
skończ z refrenem, że wracasz do domu.
ta kobieta już nie woła o ciebie w pacierzach,
spaliła wszystkie obrazy, nie wypłakuje
pamięci w seriale o miłości.
w domu przestrzeń kurczy się wieczorami,
pod oknem koty, które ona zaprasza
na miłość.
miękko wślizgują się w jej ciszę,
rozdają zadrapania. o świcie rozwłóczą po okolicy
martwe resztki snów.
niemądra, śmieje się cicho do kociej muzyki.
drepcze do sklepu po słodkie wino,
nie tęskni.
zagryza wargi. czasami to boli,
jeżeli jej wierzyć.
w dłoni garść życia – pęknięcia, ślady zrostów i blizny.
to ręka sparzonej kobiety, bardziej zniszczona
niż twoja.
nie śpiewaj, Michael, nie nuć, że będzie dobrze.
tam nie można wrócić.
w jej świecie nie ma wyjścia.
przerysowuję się cieniem pod drzewem zmartwień
zakazem spróbowania czegokolwiek przed siłą
nadaną pierwszymi słowami jak echo
do dna milczenia
tylko grzmotu nie rozumiem
z coraz jaśniejszą wstęgą frustrata nad chmurami
że jeszcze można się modlić w godzinę na sekundę
deszcz zawsze marnieje w kałużach pokory
dlatego klęczymy na dłoniach udawanej radości
kadzidła wplątanego w ogrom zniszczenia sodomy
jakby to dzisiaj miało coś zmienić
gdy ciągnę kreską błyskające cienie
podobne do rozłożystych konarów
dobra i zła
z tym drugim na końcu języka
Nikły płomyk świecy powoli dogasa;
niech ciepło i radość nadal będą z nami;
chwila bycia razem pozostanie nasza;
daję ci na drogę ciasto z owocami.
W pociągu otworzył pudełko z radością,
co skrywało uczuć sekretnych tajniki,
łączył kęsy ciasta razem z samotnością;
rozkoszy jedzenia nie podzielił z nikim.
Znalazł iskrę ciepła w niedawnych wspomnieniach;
Syty i szczęśliwy tak jak Quasimodo,
mieszał łzy radości ze łzami wzruszenia,
bo go Esmeralda napoiła wodą.
z głową na twoim ramieniu
cichą zatoką znów płynę
sennym rytmem na dwa
stuk-puk
stuk-puk
stuk-puk
gdyby tak wiedzieć jak
i zatrzymać
ptaka co ufnie usiadł na dłoni
- niebieska kulka puchu -
a przyleciał z tamtej strony
białego nieba
z wyciętego okna snu
znał przyszłość
gdybym wtedy zdążyła
rzucić mu w powietrze
choć jedno ziarenko pytania
gdybym się nie obudziła
wiedziałabym co kryje
w przepastnych kieszeniach
czas
może nas kiedyś zabierze
w podróż
do siebie
skąd powrócimy łagodnie
obdarowani skrzydłami
lub zabłądzimy rozsądnie
za oknem wyciętym
we śnie
z głową na twoim ramieniu
cichą zatoką znów płynę
sennym rytmem na dwa
stuk-puk
stuk-puk
stuk-puk
gdyby tak wiedzieć jak
i zatrzymać
ptaka co ufnie usiadł na dłoni
- niebieska kulka puchu -
a przyleciał z tamtej strony
białego nieba
z wyciętego okna snu
znał przyszłość
zdążyć
rzucić mu w powietrze
choć jedno ziarenko pytania
nie obudzić się
zanim nie poznam co kryje
w przepastnych kieszeniach
czas
może nas kiedyś zabierze
w podróż
do siebie
skąd powrócimy łagodnie
obdarowani skrzydłami
lub zabłądzimy rozsądnie
za oknem wyciętym
we śnie
"Naszym dachem jest melodia gwiazd,
pod którymi tańczyłaś
tej pierwszej jesieni.
Zamknęliśmy je w złotych kręgach
i powiesiliśmy na sklepieniu
wszystkich dążeń i planów. "*
* Marek Olszewski-Dom banalny
wtedy nie wierzyłam
że cokolwiek może się spełnić
dni były deszczowe, a listopad
mglisty
dziś wiem
że każda tamta chwila
prowadziła mnie
do twoich zmarszczek, siwizny
i tego niepojętego ciepła
nauczyłam się
dorastać do ciebie
zasypiać równoważąc oddechy,
kiedy tańczyliśmy - gwiazdy pływały
wokół nas zazdrosne o te chwile
wspólnego planowania
zamknęłam oczy
i to nie może być sen
skoro nadal trzymasz moją rękę
a ja ubrana w twoje spojrzenia
płynę przez wieczność