Na POSTscriptum opublikowano tysiące wierszy. Tak jak różnimy się charakterami, wyglądem, upodobaniami, tak i nasze wiersze nie są jednakowe. Subiektywnie jedne podobają nam się bardziej, a inne najbardziej. Te „najbardziejsze” z „bardziejszych” będziemy gromadzić w tym temacie, w chronologii lat zamieszczenia na naszych łamach. Temat z założenia będzie prezentował klasykę POSTscriptum i będzie wyłącznie do czytania, a jeśli zechcecie skomentować jakiś zamieszczony wiersz, to pod każdym z nich podam link do wiersza, gdzie takie komentarze będą mile widziane.
Jeśli zainteresują Was inne wiersze autorów, to klikając w nick (w ukośnikach), bądź w imię i nazwisko (gdy jest ono nickiem), przeniesiecie się na profil danej autorki, czy autora i tam znajdziecie odnośniki do ich wszystkich postów, bądź tematów.
Zniknąłeś na peronie, jak ciało złożone do grobu,
a tu obiad dla dzieci trzeba gotować, wietrzyć
pokoje, wiązać sznurowadła, a sznur zaciska się.
Potrafiłeś delikatnie rozplatać go i odwieszać mnie
na łóżko. Teraz nic. Szyja się wyciera, a tu pranie,
stos naczyń do zmywania i choć woda,
stos pali się. W gardle nie ma twojego języka,
więc zasypiam jak mniszka, a światła pociągów
pogaszone, a jutro
kolejna stacja.
Zatraciłem czas w smutkach, zaplątałem się w matni;
z dzieci twych marnotrawnych może jestem ostatni;
zatroskanie o jutro wrosło w moją codzienność;
nie odtrącaj mnie matko, miej cierpliwość nade mną.
Możem zaparł się siebie i w występkach mych ginę,
możem smutkiem napełnił czułe serce matczyne;
przed twym jasnym obliczem twarz ukrywam wstydliwą;
nie potępiaj mnie matko, miej nade mną cierpliwość.
Kiedym myślał w rozpaczy, że już wszystko stracone,
pozostało pod twoją się uciec obronę;
Wysłuchałaś cierpliwie, wsparłaś w każdej potrzebie;
Nie potępiaj mnie za to, że wciąż mówię do Ciebie.
Już mnie nie raz zawiodło, to, co kruche, nietrwałe,
serce dręczą tęsknoty i pragnienia zuchwałe.
pozwól wytrwać przy tobie we wdzięczności, w podziwie
i wysłuchaj mnie matko i wysłuchaj cierpliwie.
Idź. Gdzie gruz łez spada na głowę,
tam przed tobą szmat nieprzebytej drogi.
Dawno chciałem ci powiedzieć,
że dziwnie wyglądasz stojąc przed lustrem w tej pozie.
Tak cierpliwie wyglądając zorzy w swoich oczach.
Rzucasz tylko smukły cień kobiecy.
Białawy jak pogróżka śmierci.
Pod skórę warg usilnie tłoczysz różę krwi
by zapomnieć, że za sercem jest miejsce,
gdzie spoczywa ciężki głód.
Tam cumują statki ze starymi papugami.
Taka papuga jest stworzeniem rozpaczliwym, niezbyt urodziwym,
dalece niedoskonałym, skłonnym do obżarstwa.
Sama więc widzisz,
to dlatego w niej schowane jest
ziarno obfitego strachu.
Masz w sobie otwarte morze przeżyć,
Jeśli uśniesz -
uśniesz snem zgiełkliwym.
On doprowadza do obłędu,
do miejsc w przestrzeni lęku, których istnienie
zdradza tylko smuga na źrenicy.
Tu nie będzie cudu wystarczy spojrzeć w lustro
złożyć sobie życzenia wszystkiego najlepszego bo na złość
szkoda już sił nie wiem może to złudzenie
że cień na ścianie przypomina szubienicę
nie narzekam mimo wszystko wciąż żyję
jestem w lepszej sytuacji niż Bóg
który umarł widziałem przybity był do krzyża
twarz mu wykrzywiał grymas bólu
trzeba otworzyć drzwi i okna
wypędzić tłum myśli przed snem ma być pusto
pogodzić się z tym co jest nie czekać na jutro
nawet gdyby miało zabłysnąć tobą
Wyginęło rycerstwo, inny cel ma epoka,
już stalowej nie nosi nikt zbroi.
Nie ma smoków. Dam nie ma. Nie popłynie łza z oka
a gitara tęsknoty nie koi.
Czasem jakiś nie-rycerz w pustym przyśnie tramwaju,
gdy fabryczne wymęczy go piekło.
Lub zdobędzie w niedzielę dzieciom bilet do raju,
goniąc to co przez tydzień uciekło.
Nieraz jakiejś nie-damy w ciężkiej sukni wyrzeczeń
dotyk ręki poczujesz niewieści,
wymęczonej obawą o Wasz byt, pustą kieszeń,
kanapkami o czwartej trzydzieści.
Jeśli w bitwach codziennych wyszczerbiamy nie-miecze,
i nie-walka jest naszą podnietą...
Jeśli nie są rycerskie moje czyny człowiecze
- niech mnie nikt nie nazywa poetą!
czujne jest ucho zająca z którego wiatr
wyciąga na słońce kroki przybyłych
pytają o imię
osierocone ptaki świętego Franciszka
pod kwitnącym skrzekiem w zimnych jeszcze wodach
tańczą żaby
rozbiegły się po krzakach szare koty które niańczy wiosna
wspomnieniom i nadziejom ten pierwszy bukiet bazi
na ramionach wiatru dzwonią wiadra
deszczów rzek i źródeł
z dna wyłazi niebo podparte kosturem trzciny
w płonącym kapturze idzie ponad lasem
na zakolu wieczorowych świateł
odchodzi w nieznane nieznany włóczęga
jego skarb tam gdzie jego serce
X
zdejm z włóczęgi to zaklęcie co go więzi w skrzydłach
wiatru bo mu losu nie odmieni burz kropidło
ani wilk co patrzy w gwiazdy ten mu bratem pierwszy śnieg
drodze da na suknię ślubną po ciemnych znakach pragnień idzie
co dzień z inną rzeką gada na noc dziuple las wygrzewa
bo drzewo też człowiek jak mówią wszystkie drzewa
spotkaniem tylko żyje cierpliwość czasu nie zna
spotkaniem żyje cudu złakniony włóczęga
kto go znał niech nie czeka w inną stronę wiedzie ślad
obrócony w lesie kamień ledwie cień na miejskim trakcie
zdejm z włóczęgi to zaklęcie
choćby oślepł zerwie chabry co szerokie drogi znają
poprowadzą dalej
Złożyłem trzydzieści cztery bursztyny, kolejnym jest diament...
Widziałeś Ty Panie brylant odlany z dwóch odcieni człowieczych?
A widziałeś kowala, który te dwie areny spajał?
Mówili, że to stać się nie może, że sen nie ma pokrycia
z rzeczywistością i bajka pozostaje zawsze bajką.
Podpisali akt zgonu, gdzieś pomiędzy poboczem a butelką
i podśpiewywali ballady o zmętniałych promilami bursztynach.
Sączyli jad ustami, a moje kryształki lśnią,
jak gdyby były płynnym sokiem sączącym się z ociosanej sosny
i wieńczy je kamień węgielny - czysty jak łzy matki,
z której go wydarto. Bezbarwny, choć zawiera wszystkie kolory,
jakie przepływały przez nasze ziemskie ciała.
Ognia w moim piecu wygaszał nie będę.
Na póki Bóg pozwoli, powstrzymam latające piaski,
by nie próbowały zarysować młodego, miękkiego jeszcze szkliwa.
Na póki pozwoli... przejmę w swoje dłonie iskry i ognie nieokiełznane.
Widziałeś Ty Panie dłonie kowala?
Jego linie papilarne będą rozwinięte o dwa dodatkowe wersy rodziców.
Dwa tak różne eposy, o tej samej poincie.
I kiedy uznam, albo też uznasz Ty, nim ostatnie szkło zastygnie,
a jądro zabije silnym, stabilnym pulsem,
pozwolę, by przyjął chłosty codzienności zza drzwi warsztatu.
By otarł się o chciwych kupców, bardów zakłamanej poezji
i bogów, którzy sami się bogami określili.
Pozwolę, by przeniósł kowadło z północy na południe,
a w młocie wymienił trzon - on będzie mi kowalem,
a ja pozostanę tłem w nowym obrazie, nowego artysty.